Pięć najbardziej zaskakujących koncertów Open’era 2014

Wielkie festiwale mają to do siebie, że w trakcie ich trwania czy organizacji trudno jest przewidzieć wszystko. Niby znamy line-up, niby znamy artystów, a jednak potrafimy być zaskoczeni nagłą ulewą lub… jogą na polu namiotowym o 13:00 w piekącym słońcu. Niejednokrotnie również same zespoły potrafią zaskoczyć, zwłaszcza, jeśli konfrontujemy się z nimi na żywo po raz pierwszy. W tym roku na Open’erze wyłapałam pięć takich perełek.

 

Pink Freud Plays Autechre

Już sama obecność jazzowego kwartetu w line-upie festiwalu mogła budzić ciekawość czy wręcz zdziwienie. No bo jazz na Open’erze? Z drugiej strony wciąż istnieją tacy, którzy – jeśli odpowiednio ich podpuścić – uwierzą, że grać przed nimi będzie jakiś cover band z kawałkami mistrzów progresywnego rocka (tak, znam kilku takich). Niemniej jednak ani rock, ani dotychczas prezentowany przez grupę jazz nie były powodem, który skłonił organizatorów do zaproszenia gdańskiego zespołu. Pink Freud na festiwalu wystąpili wyłącznie ze swoim aktualnie wcielanym w życie projektem okołojazzowych aranżacji utworów elektronicznego duetu z Anglii. Muzycy przyznają, że dziełami Autechre inspirują się nie od dziś, a planowana płyta z zapisem przełożonych na jazz kawałków to wynik wieloletnich poszukiwań i podejść do takowego materiału. Brzmi ciekawie, jednak fakt, że w grupie Open’erowych wykonawców jawili się jako dość niszowi oraz że występowali o 1:45 na dalekiej Tent Stage, tuż po energetycznym koncercie Pearl Jamu sprawił, że wierzyłam, iż pod sceną nie pojawi się zbyt wiele osób. Tymczasem zebrał się tam całkiem pokaźny tłum. Stopniowo także ci, którzy przy dźwiękach saksofonu, trąbki czy chłodnego basu chcieli się zwyczajnie wychillować po całym dniu balowania, powstawali z ziemi, aby zbliżyć się do wykonawców i z bliska przeżywać niezwykły koncert. Aranżacje brzmiały faktycznie wyjątkowo i nie było ciężko dla osób, które z jazzem na co dzień mają niewiele wspólnego. Dominowały długie, miażdżące ostinata basu i saksofonu, ale to dzięki trąbce muzyka nabierała odpowiedniego kształtu i trafiała do widzów. Dzięki melodyjnym improwizacjom Adama Barona, wspomaganym przez bardzo miękką niekiedy gitarę, występ z dobrze skonstruowanego technicznie stał się też bogaty znaczeniowo. Sama niekiedy miałam problem z tym, jak chciałabym go przeżywać – czy leżąc na plecach, z zamkniętymi oczami lub wpatrując się w gwiazdy, czy raczej tuż pod sceną razem z entuzjastycznym tłumem. Open’erowicze skorzystali ze wszystkich tych opcji, jestem ponadto przekonana, że żaden z tam obecnych nie pomyli już Pink Freud z nikim innym, a do muzyki Autechre wróci nie raz.

Kaseciarz

Występy na Open’erowej Alter Stage naznaczone są obecnością osób, które wiedzą, po co przyszły i czego oczekują. Trudno o przypadek wśród publiczności, która składa się raczej z gorących sympatyków występujących tam zespołów. Nie oznacza to jednak, że artyści mają przez to łatwiej lub że mogą sobie cokolwiek odpuścić. Kaseciarz nie odpuścili. Zachęcona charakternymi brzmieniami gitar i mocną perkusją spędziłam w namiocie cały występ, choć z zasady muzyka, którą grają, nie jest mi szczególnie bliska. Widząc jednak jak trójka chłopaków świetnie daje sobie radę na scenie, chciałam pod Alter namiot zawołać wszystkich. Działo się bowiem wiele – świetna muza, połykany niemal mikrofon, dziurawe dżinsy, nagie klaty, wyrwany kabel… aż dziw bierze, że z taką energią nie spotykaliśmy się często na głównych scenach. A taka właśnie im się należy. Występ bez dwóch zdań wyjątkowy, mimo wczesnej pory i małej sceny. Plus nauczka dla organizatorów koncertów, że niewielkie zespoły takie jak Kaseciarz, spychane do bocznych scen mogą mieć więcej ognia aniżeli zagraniczni headlinerzy. Dla tych, którzy nie widzieli – macie jeszcze szansę. Będą na OFFie.

Domowe Melodie

Nigdy nie byłam i wciąż nie jestem największą fanką Domowych Melodii, jednak to co wydarzyło się na tegorocznym Open’erze nie mogło nie wywołać uśmiechu na mojej twarzy. Zespół nie znajdował się bowiem w standardowym rozkładzie wykonawców, a na Here&Now Stage zagrał w zastępstwie The Dumplings, których z występu wykluczyła choroba wokalistki. I choć grali stosunkowo wcześnie, bo o 19:00, to pod sceną zebrała się cała masa ludzi. Słuchaczy przybywało z każdą minutą, a ponadto znali całe teksty piosenek, co radośnie obwieszczali śpiewając razem z zespołem. Tak ciepłe przyjęcie wywołało masę wzruszeń po stronie występujących, brzmieli jednak przez to tylko lepiej i prawdziwiej. Publiczność doczekała się zapowiedzi nowego albumu oraz pięknego wykonania Addio Pomidory z repertuaru Kabaretu Starszych Panów, którego do dziś nawet ja nie potrafię pozbyć się z głowy.

Artur Rojek 

Kolejny artysta, którego już sama obecność może budzić kontrowersje. Rojek bowiem w kontekście organizacji festiwali muzycznych wypowiadał się o Opene’rze w dość jasny sposób, krytycznie podchodząc do mnogości imprez towarzyszących i doboru występujących gwiazd. Tymczasem sam pojawia się na jednej z głównych scen nadmorskiego festiwalu w charakterze gościa, a nad nim wisi jego neonowe logo AR, połyskujące w trakcie występu niczym marka didżeja techno. Po jego koncercie okazuje się jednak, że duża, przestronna przestrzeń festiwalowa robi jego płycie dobrze. Wyłaniające się z ciszy dźwięki utworów dzięki przestrzennym pogłosom brzmiały bardzo magicznie. Samemu artyście należy się również pokłon za skupienie i koncertowe aranżacje utworów. Kokon i Krótkie Momenty Skupienia wybrzmiały znakomicie dzięki dłuższym, elektronicznym wstępom, niezwykłości nadały im natomiast używane przez Rojka marakasy (swoją drogą wizja Artura Rojka z marakasami i w meksykańskim kapeluszu wyjątkowo mi do jego fizys pasuje…). Do tego wystrzelone w publiczność w trakcie występu srebrzyste konfetti. Sam występ przypominał mi bardzo koncert Hey na tej samej scenie sprzed roku. Hey i Artura Rojka darzą sympatią niemal wszyscy, dlatego też, tak jak rok temu, przestrzeni w środku jak i poza Tent Stage brakowało już przed rozpoczęciem koncertu. Dzięki osiągniętej po drugim numerze magii ludzie swobodnie nucili teksty piosenek i bez zażenowania bujali się w rytm płynących melodii. Muszę przyznać, że nowa płyta Rojka z tekstami, które absolutnie nic mi nie mówią, bardzo ładnie wybrzmiała na koncercie na żywo i nie miałabym nic przeciwko, aby na takim koncercie znaleźć się jeszcze raz.

Foals

Występ brytyjskiego zespołu był tegorocznym top of the top, jeśli chodzi o zaskakujące czy też niespodziewane koncerty. Foals wydali w zeszłym roku dość rozczarowującą płytę, w miłości do grupy nikogo jednak nie jest w stanie zatrzymać kilka słabszych piosenek. Duże oczy zrobili mimo wszystko ci, którzy oczekiwali starych, ciepłych, melancholijnych melodii z tęsknym wokalem, okraszonych odrobinę shoegaze’owymi brzmieniami. Foals nie pozwolili ani na minutę odpłynąć czy rozmarzyć się w promieniach zachodzącego słońca, w których przyszło im grać na głównej scenie. Zamiast sentymentów i westchnień wprost zrzucili na publiczność bombę głośnych, niemal psychodelicznych brzmień gitar i ostrej perkusji. Yannis Philippakis, zamiast czarować wokalem, skakał i wrzeszczał wtórując rozszalałym instrumentom. Nie mówię, że była to gra na złym poziomie – wręcz przeciwnie, muzycy grali świetnie i po chwili porwali za sobą publiczność. Jednak żadne z ich wcześniejszych dokonań nie wskazywałoby na to, że mogą oni dać występ tego typu. Jestem przekonana, że większość osób o niezłym słuchu, bez świadomości kto jest na scenie, zapytana o to kto gra, w życiu nie wskazałaby na Foals. I choć udało im się przekonać większą część publiki – energii im w końcu nie brakowało – to widziałam jednak wśród wielu widzów, że nie do końca odnajdują się w tym, co widzą przed sobą. Koncert z powodu niebywałej ambiwalencji z pewnością zapadnie w pamięć mnóstwa osób.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.