Pod szklanym kloszem

Carol plakatKobieta wstaje i siada przed lustrem. Delikatnie czesze włosy. Następnie rozkłada na łóżku kilka zestawów ubrań. Miesza je i dobiera, pamiętając o kolorystyce zaplanowanego makijażu. Puder pokrywa jej cerę, szminka naznacza usta, które rozchylają się lekko, gdy nakłada tusz do rzęs. Na koniec spryskuje się ulubionym zapachem, który będzie zostawiał jej ślad. Każdy detal ma znaczenie. Sztuka polega jednak na tym, by perfekcjonizm i wysiłek ukryć pod płaszczem pozornej nonszalancji, jak gdyby gracja i styl przyszły jej bez najmniejszego wysiłku. To właśnie Carol.

 

Akcja adaptacji powieści Patricii Highsmith (pierwotnie wydanej pod pseudonimem jako The Price of Salt) dzieje się na początku lat 50. w Nowym Jorku. Punktem wyjścia jest przypadkowe spotkanie głównych bohaterek – starszej, wysublimowanej Carol oraz młodszej, introwertycznej Theresy. Wzajemna fascynacja narasta, wrzucając obie kobiety w wir nieuniknionych powiązań i ambiwalentnych wydarzeń, które nieodwracalnie zmienią ich życia. Mówiąc krótko: jest to historia o miłości, a mimo to – jeden z najbardziej zaskakujących filmów zeszłego roku.

Todd Haynes składa swoją opowieść konsekwentnie, kunsztownie i na pierwszy rzut oka – mało spektakularnie. W dorobku reżysera znalazły się filmy takie jak Idol, Daleko od nieba, czy chociażby Gdzie indziej jestem, przy okazji którego pracował z Blanchett. Wszystkie jego prace łączy jedno: zawsze stawia historię na pierwszym miejscu. Każdy wybór jest uzasadniony, nie ma tu miejsca na efekciarstwo. Carol wyróżnia się na tle tegorocznych nominacji do głównej kategorii Oscarów niczym dama wśród tłumu mężczyzn. Oni krzyczą, sapią i prężą się jak pawie. Ona porusza się subtelnie, cicho, z gracją, a jednocześnie wielkim animuszem. To tylko fasada dla skomplikowanej maszynerii, której złożenie mogło wymagać więcej precyzji, niż samcze przepychanki, a zostało zignorowane na rzecz bardziej oczywistych wyborów, takich jak Brooklyn. Aby w pełni zrozumieć film Haynesa, należy potraktować go właśnie jak maszynę i rozłożyć na części pierwsze. Już pod zdjęciu obudowy z podpisem romans okazuje się, że mamy do czynienia z dużo większym, niż mogłoby się wydawać, zbiorem ściśle zazębionych części. Osią, wokół której się obracają, jest niewątpliwie scenariusz autorstwa Phyllis Nagy.

Pisarka była wcześniej nominowana do Emmy, BAFTA, a za skrypt Carol – do Oscara. Znała też osobiście autorkę powieści, którą zaadaptowała. Zasługą Nagy jest przetasowanie jednych z najważniejszych akcentów fabularnych. W powieści narracja prowadzona jest przez postać Theresy – świat przedstawiony poznajemy dzięki jej monologom wewnętrznym. Nagy podzieliła filmową narrację na dwoje, czyniąc ją dużo ciekawszą i mniej subiektywną. Zmieniając zawód Theresy z dekoratorki wnętrz na fotografkę, dała jej idealne narzędzie do wizualnego prowadzenia widza, bez zbędnych słów. Film jest wypełniony fotograficznymi kadrami autorstwa Edwarda Lachmana. Zdjęcia, za które otrzymał Złotą Żabę, były inspirowane pracami Saula Laitera – malarza i prekursora kolorowej fotografii ulicznej. Jego spojrzenie na Nowy Jork tamtych czasów czuć praktycznie w każdym kadrze. Przygaszone kolory, lekkie cienie, światła neonów, ukryte za zaparowanymi szybami twarze. Intensywna miękkość obrazu znalazła swoje uzasadnienie również w fabule. Obiektyw wydaje się dla Theresy jedyną drogą do realnego zbliżenia z Carol. Obyczajowe ograniczenia nałożone na bohaterki sprawiają, że bezpiecznie mogą podziwiać się jedynie z dystansu – co w obrazie Haynesa często symbolizuje przekute na różne formy szkło: soczewka aparatu, okno samochodu. Wojeryzm to przez długi czas jedyne ujście wzajemnej fascynacji.

Carol 1

Gdy Theresa skupia się na obrazie, ciszę wypełnia Carol. To ona nadaje kształt i dźwięk słowom, o których zdaje się myśleć fotografka. Mówi pewnie i – w przeciwieństwie do Theresy – najwyraźniej wie, czego chce. Dialogi i sposób prowadzenia narracji sprawiają, że nawet z pozoru błahe słowa stają się kluczowe. To, co niedopowiedziane, mówi o bohaterkach najwięcej. Sprawność Nagy polega również na tym, że używając niewielu słów potrafi kreślić bohaterki z krwi i kości. Każda z nich ma przeszłość. Scenarzystka przytacza ją naturalnie, zapewniając więcej pytań niż odpowiedzi. Strzępki dialogów i informacji podsycają w widzu głód poznania, jednocześnie nie burząc skupienia na bieżących wydarzeniach. Dynamika oparta na uzupełniających się przeciwieństwach napędza cały film. Swoje odzwierciedlenie znalazła również w obsadzie.

Rola Carol to kolejne koronne osiągnięcie Cate Blanchett. Widać i czuć, że aktorka przeżywa osobistą złotą erę. Jej nowe wcielenie to, obok nagrodzonego Oscarem występu w Blue Jasmine, najlepsza rola w karierze. Z ekranu bije dojrzałość – zarówno warsztatowa, jak i emocjonalna. Blanchett łączy subtelność z brawurą, pokazując zupełnie inną – lecz równie silną, co w filmie Woody’ego Allena – skalę aktorską. Udało jej się stworzyć silną postać, bez zbędnego manieryzmu. Grana przez Rooney Marę Theresa stanowi kompletne przeciwieństwo Carol. Jest introwertyczna, w sposób momentami wręcz irytujący. Kreacja młodej aktorki to splot minimalistycznych, dobrze zagranych momentów i mniej udanych scen, w których Theresa zostaje zmuszona do porzucenia komfortowej roli obserwatora. Mara gra solidne, lecz nietrudno zauważyć przepaść, jaka dzieli ją od Blanchett. Nie zmienia to jednak faktu, że w duecie radzą sobie bardzo dobrze. Chemia pomiędzy bohaterkami wynika często nie tylko ze słów i gestów, lecz również z wyglądu obu postaci. Jest to niewątpliwie zasługa odpowiedzialnej za kostiumy Sandy Powell, której praca przy Carol zapewniła dwunastą już nominację do Oscara. Zdobywczyni trzech nagród Akademii szukała inspiracji głównie w czasopismach o modzie kobiecej z lat 40. i 50. oraz w fotografii ulicznej Ruth Orkin i Vivian Maier. Ideą przyświecającą pracy Powell było stworzenie wiarygodnych historycznie, a jednocześnie wybijających się z tłumu kostiumów, które charakteryzowałyby bohaterki bez słów. Carol nosi eleganckie futra, drogą biżuterię, kapelusze. Najczęściej towarzyszy jej kolor koralowy, popularny wśród kobiet z wyższych sfer tamtych czasów. Theresa to jej skrajne przeciwieństwo – myszowata, skrywająca się pod zbyt dużymi, skromnymi strojami, które przełamuje elementami artystycznej bohemy. Kostiumy i ich kolorystyka ewoluują wraz z bohaterkami, tworząc swoisty lookbook rozwoju postaci.

Carol 2

W historii, gdzie cisza i minimalizm odgrywają kluczowe role, nie mogło zabraknąć muzyki. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Cartera Burwella, za którą również otrzymał nominację do Oscara, to kolejne połączenie dwóch światów. Utwory instrumentalne przywodzą na myśl muzykę Philipa Glassa do Notatek o skandalu – gdzie główną rolę również zagrała Cate Blanchett. Kompozycje są delikatne, lecz stanowcze; zdecydowanie zapadają w pamięć, tworząc wrażenie zbliżającej się katastrofy, której tak naprawdę nikt nie chce uniknąć. Druga część ścieżki Burwella to sentymentalne, klasyczne utwory jazzowe. Zdecydowanie lżejsze, często o tematyce miłosnej. Odnoszą się do mitologii powojennego dobrobytu lat 50., ale przede wszystkim ilustrują uczucie łączące Carol i Theresę – w ten romantyczny, oficjalnie nieosiągalny dla nich sposób. Burwell łączy brutalną rzeczywistość ze strefą marzeń. Gdyby nie fakt, że konkurował z legendą w postaci samego Ennio Morricone, miałby zapewne duże szanse na statuetkę.

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym, choć może nieoczywistym sukcesie Carol. W latach 50. książka Highsmith stanowiła prawdziwą rewolucję, pokazując homoseksualne protagonistki w oddzieleniu od undergroundowych ruchów LGBT. Bohaterki nie pasowały do żadnego ze światów. Reżyserowi udało się zachować duch oryginału i zrobić film, którego głównym wątkiem jest miłość lesbijska, a jednocześnie wcale nie jest to obraz branżowy czy nacechowany politycznie. Patrząc na dotychczasowe osiągnięcia kina LGBT, jest to sztuka niebywała. Od lat filmy branżowe spełniały – mniej lub bardziej celowo – funkcję manifestów politycznych, narzędzi, dzięki którym przeciętny widz z Teksasu mógłby dostrzec w gejach i lesbijkach człowieka, a nie chodzące źródło wirusa HIV. Swoistym zwieńczeniem tego typu kina był zeszłoroczny i raczej nieudany Freeheld z Julianne Moore i Ellen Page, który nie doczekał się pofestiwalowej dystrybucji. Choć dzieła te były bardzo ważne w procesie walki o równe prawa, to pewna epoka dobiegła końca. Carol to pierwszy film, który łączy mainstream z szacunkiem do kultury queerowej. Świadczą o tym małe akcenty, które można odnaleźć w humorze, czy chociażby drugoplanowa rola Sary Paulson, otwarcie wyautowanej lesbijki. Płeć i orientacja bohaterek nie jest kluczem ani warunkiem koniecznym, lecz wytrychem do ulokowania konkretnej historii w danym miejscu i czasie. Mamy do czynienia z zabiegiem dramaturgicznym, nie politycznym. Twórcy nie wybielają postaci, pokazując zarówno dobre, jak i złe aspekty ich osobowości oraz wyborów. Reżyser nie stawia bohaterek w roli męczennic. Jasno zaznacza, że są zniewolone przez otaczające je świat, lecz jednocześnie sugeruje, że mają swoje za uszami. Theresa – zagubiona wśród własnych uczuć i panujących konwenansów – wykorzystuje zakochanego w niej chłopaka. Carol – uwikłana w nieszczęśliwe, kończące się małżeństwo – zdradzała swojego męża na długo przed poznaniem Theresy, przy okazji śmiało korzystając z jego pieniędzy. Mąż Carol (w tej roli Kyle Chandler) przeżywa równie silną osobistą tragedię, co główne bohaterki. Zdesperowany, by zatrzymać przy sobie żonę, grozi odebraniem jej córki. Twórcy filmu nie demonizują żadnej ze stron, pokazując wszystkie postaci w rozdarciu między tym, co czują, a czego się od nich wymaga. Miłość Carol i Theresy nie jest miłością branżową, gorszą, lepszą, kontrowersyjną, mniej czy bardziej wyjątkową. Jest po prostu – miłością. W całej prostocie przekazu, jest to wciąż rzadkie podejście do tematu, za co twórcom należą się brawa.

Carol 3

Zakończenie to zgrabne podsumowanie konsekwentnie opowiadanej historii. To właśnie ostatnie sceny pozwalają w pełni docenić układankę, jaką jest Carol. Film kończy się subtelnie i niejednoznacznie. Obraz i dźwięk łączą się w jedno. Kilka prostych ruchów kamery i cięć nadaje zupełnie innego znaczenia kluczowemu elementowi fabuły, który błędnie można było uznać za ozdobnik. Sprawnie ukryta do samego końca klamra kompozycyjna, ujawnia się w ostatniej scenie, łącząc wszystko to, co w Carol najważniejsze. W ostatnich spojrzeniach głównych bohaterek każdy zobaczy to, w co wierzy, czego pragnie i za czym najbardziej tęskni.

Joanna Komorowska

Carol

reżyseria: Todd Haynes

premiera: 4 marca 2016 (Polska), 17 maja 2015 (świat)

produkcja: USA, Wielka Brytania

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.