Powrót do Nowego Świata – Nowa Zelandia w kinie Jane Campion

W opublikowanej we wtorek rekomendacji Fortepianu Jane Campion dokonałem próby własnej interpretacji tego filmu. Odchodząc nieco od seksualności, podjąłem się wyłuskania z filmu elementów, za pomocą których reżyserka ilustruje kontrast. I to nie tylko kontrast kulturowy, o jakim często się przy tej okazji pisze, ale i ten stworzony za pomocą plastyczności filmu. Otwierająca Fortepian ikoniczna scena na plaży jest popisem umiejętności reżyserki, scenografa i operatora. Ta trójka prowadzi nas przez film wciąż niosąc nowe kontrasty jak właśnie w scenach na plaży czy w pamiętnej próbie wystawienia czarnej komedii z Maorysami na widowni. Widowisko, jakim staje się film, dobitnie uzmysławia rolę konfrontacji w historii głównej bohaterki Ady. Nowozelandzka sceneria staje się areną kontrastów, co zostaje po mistrzowsku wykorzystane jako generator dramaturgii i dynamizmu. Kraj, w którym Campion zrealizowała Fortepian, stał się po roku 1994 miejscem coraz częściej odwiedzanym przez filmowców. Warto zastanowić się, czy komuś udało się powtórzyć wyczyn reżyserki i czy sama zainteresowana postanowiła raz jeszcze nakręcić tam film.

 

1993-2013

Za trzy tygodnie miliony widzów na całym świecie zaatakują sale kinowe, by cieszyć się szóstym już widowiskiem franczyzy Władca Pierścieni/Hobbit Petera Jacksona. Każda z poprzednich części rozbijała box office i zyskiwała co najmniej pochlebne opinie krytyków, momentami nawet spotykając się z nawałnicą nagród filmowych. Peter Jackson (podobnie jak Campion rodowity Nowozelandczyk) już swoje wcześniejsze projekty – filmy gore i splattery – realizował w kraju pochodzenia. Tak samo jak swój głośny debiut w kinie niegatunkowym, wydane w rok po Fortepianie Niebiańskie stworzenia. Już ten udany tytuł pokazuje nowozelandzkie krajobrazy w ciekawym świetle, ale dopiero 7 lat później, w Drużynie pierścienia, Jackson oczaruje widzów na całym świecie podniebnymi ujęciami zachwycających wzniesień, równin i dolin. Trick ten udaje mu się powtórzyć za każdym razem, dla podkręcenia wrażeń od niedawna również w 3D i dwukrotnej liczbie klatek filmowych.

Niebiańskie stworzenia

W przeciągu następnej dekady po te same narzędzia sięgali i inni filmowcy. Napędzani bezpośrednio Władcą Pierścieni niemal kalkowali kadry z lotu ptaka m.in. w 10 000 BC, Moście do Terabithii, sadze o Narnii, Koniu wodnym, Avatarze i wreszcie nieodżałowanym X-Man Geneza: Wolverine. Jackson sam siebie skserował w King Kongu i częściowo w Nostalgii anioła, a obecnie na jego wyspie kręcony jest kontrowersyjny sequel Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka.

Prawda jest jednak taka, że żadnemu filmowcowi nie udało się osiągnąć hipnotycznej mocy, którą z pomocą Stuarta Dryburgha (kolejnego Nowozelandczyka) wyczarowała dwie dekady temu Jane Campion. Trochę inaczej sprawa ma się w kinie tworzonym przez mieszkańców Śródziemia i skierowanym głównie na rynek lokalny. Do globalnej dystrybucji przedostają się nieliczne filmy. Rozpoznawalne tytuły to Jeździec wielorybów, Prawdziwa historia, Boy i River Queen, niewiele więcej przewija się przez festiwale filmowe. Niezainteresowani widowiskami fantasy filmowcy tworzą dzieła najczęściej obracające się wokół społeczności Maorysów. Dziewicza przyroda stanowi głównie tło dla folkloru, następuje owocna próba silnego skojarzenia maoryskiej kultury z pięknem krajobrazów, szczególnie tych ocalonych od wpływu człowieka. W kontekście kina nowozelandzkiego w filmowym kanonie, prócz obrazów Campion i Jacksona, wspomina się prawdopodobnie wyłącznie Jeźdźca wielorybów. W światowym kinie zdecydowanie częściej można spotkać aktorów związanych z archipelagiem: Russela Crowe’a, Karla Urbana, Manu Bennetta i oczywiście Annę Paquin oraz Sama Neilla.

Odbiór filmowej Nowej Zelandii po latach ponownie miała odmienić Jane Campion, kiedy w 2012 roku zdecydowała się wkroczyć na telewizyjną ścieżkę, na której tak dobrze zaprezentowali się wcześniej inni mistrzowie ekranu – Martin Scorsese, David Lynch, Allan Ball czy David Fincher. Zaprezentowany w 2013 roku miniserial Top of the Lake ponownie sportretował znaną z hobbitów i owiec wyspę jako coś więcej niż tylko piękne widoczki i krainę ginących tradycji.

Tajemnice Laketop

Pochodząca z Laketop detektyw Robin Griffin na stałe pracuje w wydziale śledczym Sydney. Nowozelandzki dom opuściła przed laty i nie czuje potrzeby wracać. Musi jednak odwiedzić rodzinne strony, by wspomóc tamtejszą policję w badaniu skomplikowanej sprawy. Intryga obraca się wokół zniknięcia ciężarnej dwunastolatki, ale wydaje się dotyczyć większej zbrodni i dotykać wielu mieszkańców Laketop. Taki jest punkt wyjścia serialu zrealizowanego przez Campion we współpracy z australijskim pisarzem Gerardem Lee, nakręconego za płynące z Sydney i Londynu pieniądze, ale rozsławionego głównie dzięki amerykańskiej stacji telewizyjnej Sundance (odpowiedzialnej także za sukces nieznanych w Polsce Rectify, The Honourable Woman i Les Revenants). W rolę Robin wcieliła się gwiazda Mad Men Elizabeth Moss, a partnerują jej bardzo utalentowani Peter Mullan, David Wenham i Holly Hunter (po raz pierwszy u Campion od czasu Fortepianu właśnie).

Tajemnice Laketop

Podobnie jak poprzednio, w przypadku i tego tytułu poznanie wizualności serialu okaże się prostsze poprzez rozszyfrowanie pierwszej sceny. Egzotycznej urody dziewczynka wyjeżdża bladym świtem na rowerze z domowego ogródka, w serii panoramicznych ujęć podziwiamy okryte mgłą okolice małego miasteczka w malowniczej scenerii. Dziewczynka zsiada z roweru, ściąga kurtkę, wchodzi do lodowatej wody i zanurza się w niej aż po ramiona; ustawiona za jej plecami kamera filmuje nieruchomą postać i gigantyczny łańcuch górski w tle. Mocne otwarcie to zawsze fantastyczny pomysł, żeby przykuć uwagę widza. W tym przypadku udało się wyśmienicie. Tak jak w Fortepianie obserwujemy zderzenie człowieka z nieujarzmioną potęgą przyrody. Dwunastoletnia samobójczyni zostaje sparaliżowana ze strachu w obliczu tej samej siły, która w innej historii poskromiła Adę McGrath. I niemal dokładnie tę samą próbę tym razem będzie musiała przejść detektyw Griffin.

Bohaterka przed laty opuściła Południową Wyspę w okolicznościach, które staną się jasne w dalszej części miniserialu, a które wiążą się z największą traumą w życiu Robin. Ponownie pierwsze skrzypce gra konfrontacja. Zderzenie Robin ze światem, do którego wróciła, spowoduje, że niegościnna wyspa drugi raz przewróci jej świat do góry nogami. W męskim świecie bohaterka serii wielokrotnie spotka się z niesprawiedliwymi stereotypami, ale rola kobiet jest w Tajemnicach Laketop kluczowa. To prowadzi nas do trzeciej ważnej kobiety – ukrywającej się pod pseudonimem GJ (Holly Hunter) srebrnowłosej, androgynicznej guru dziwacznej minispołeczności kobiet dzierżawiących duży teren przy jeziorze Moke Lake. To zagęszczenie żeńskich bohaterów niezwykle wpływa na odbiór dzieła. Każda z kobiet została silnie skrzywdzona przez jakiegoś mężczyznę, każda z nich stara się uporać z powstałą blizną.

Tajemnice Laketop

Najbardziej wyraziście prezentuje się jednak ponownie sama przyroda i wnętrza, w których dzieje się akcja. Tym razem nie mamy do czynienia z kolonialnymi domostwami. W scenografii duże wrażenie robi futurystyczna komenda policji, dziwaczny wielki dom ojca dwunastoletniej Tui – agresywnego Matta Mitchama – i rozstawione na brzegu jeziora namioty i baraki zamieszkiwane przez wielbicielki GJ. Reszta akcji rozgrywa się na łonie onirycznej natury, dominuje gęsty, tajemniczy las, niedostępne wzgórza i oczywiście monumentalne jezioro. Przyroda raz jeszcze jest obca oraz niedostępna, i ponownie dzięki swojej sile staje się jednym z głównych bohaterów akcji. Tym razem w parze z jej pozorną wrogością idzie przemoc i nienawiść. Każdy odcinek odkrywa przed nami elementy szokujących zbrodni, których ofiarami padają dzieci i kobiety; wzgórza nad Laketop stają się jedynym świadkiem tragedii. To ofiary są osią serialu. Krajobrazy inaczej sfilmowane przypominałyby sielankowe Shire, tu wiecznie pokryte mgłą i zimnym światłem, silnie kontrastują z tym, jak nowozelandzkie pejzaże prezentowały się przez ostatnie lata w większości produkcji.

Nie chcąc zdradzać za dużo, mogę napisać jeszcze tylko tyle, że główna bohaterka walczy na dwa fronty, próbując pomóc jednocześnie sobie i młodej dziewczynce, która trafia pod jej skrzydła. Serial Campion zachwyca świeżością – miasteczko, w którym dzieje się akcja, nazwalibyśmy końcem świata, a przecież Nowa Zelandia sama jest takim końcem. Reżyserka osadza w tej niezwykłej, spektakularnej scenerii bardzo interesujące postaci, duszną atmosferę i fantastyczną fabułę. Reakcje widzów i wiele wyróżnień krytyków są dodatkowymi argumentemami świadczącym o jakości tego mało znanego u nas (a dostępnego jednak na nośnikach domowych) miniserialu. Mimo zapewnień reżyserki, że do tego nie dojdzie, kilka tygodni temu producenci serii zapowiedzieli drugi sezon Top of the Lake. Sama zainteresowana nie wypowiedziała się jeszcze na temat swojego udziału w tym projekcie.

Jane Campion jako jedyna z nowozelandzkich twórców filmowych czerpie ze lokalnego środowiska, by posłużyć się nim jako symbolem zaprzęgniętym w machinę tragedii. Nie ogranicza się, jak Peter Jackson i jego naśladowcy, wyłącznie do wychwalania widocznego na pierwszy rzut oka widokówkowego piękna. Nowa Zelandia Campion to nie ani pociągające swoim pięknem wzgórza, ani wypełnione folklorem łąki z Jeźdźcy wielorybów czy Boya. To onieśmielająca tajemniczością plaża Fortepianu i martwa powierzchnia Moke Lake. Pierwotne krajobrazy, które wyzywają bohatera (bohaterki) na pojedynek. Jakkolwiek banalnie i wzniośle nie miało by to zabrzmieć, dumne piękno ziemi Maorysów zachęca do zmierzenia się z samym sobą.

Patryk Chromik

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.