Powrót do przyszłości

Pamiętam, że w jednym z wywiadów Rian Johnson — twórca Loopera — stwierdził, że jego ambicją było jak najszybciej i najprościej wytłumaczyć widzowi mechanizm podróży w czasie, aby potem nie wracać już do technikaliów i skupić się na bohaterach. Brzmi rozsądnie? Pewnie. I właśnie dlatego Shane Carruth — twórca Primera — zrobił dokładnie na odwrót, tworząc najlepszą opowieść o podróżach w czasie, jaka kiedykolwiek istniała, istnieje i będzie istnieć (lub na odwrót).

Carruth, będący pomysłodawcą, scenarzystą i reżyserem filmu, a także jednym z aktorów, zanim zabrał się za tworzenie skomplikowanych fabuł, studiował matematykę, co chyba wyjaśnia jego zamiłowanie do logicznych zagadek, paradoksów czy fenomenów fizyki, które przyprawiają laika o zawroty głowy prawie tak często, jak ten film. Przed seansem warto zaopatrzyć się w kartkę papieru i przynajmniej dwa długopisy, aby w trakcie oglądania notować najważniejsze fakty i snuć kolejne teorie mające wyjaśnić, co się właśnie dzieje. Wszystko po to, by rzucić choć trochę światła na zagadkę, jaką jest Primer.

Wszystko zaczyna się od eksperymentów czwórki niezależnych inżynierów, którzy w małym garażu pracują nad maszyną mającą w jakiś sposób zaginać prawa grawitacji. Taki wynalazek miałby być wykorzystywany np. w transporcie, co przyniosłoby samym twórcom zysk i sukces, których póki co im brak. Coś jednak idzie nie po ich myśli i szybko dwóch z nich orientuje się, że wpływanie na ciężkość przedmiotów to akurat najmniej atrakcyjna funkcja maszyny. W tym momencie film tak naprawdę startuje. Widz, wyposażony już we wzory i wykresy opisujące działanie wehikułu czasu, musi zaś gonić za kolejnymi scenami, starając się w czasie rzeczywistym rozwiązać logiczną układankę, jaką jest fabuła filmu.

Z początku będą pomagać mu w tym dwaj bohaterowie, grani przez Davida Sullivana i samego Carrutha. Postacie ich pokroju – wynalazcy dokonujący prawdopodobnie największego przełomu w historii nauki — nie mogą być kretynami i nie są, co stanowi jedną z największych sił Primera. Abe i Aaron nieustannie dyskutują o implikacjach samego odkrycia, własnych podróży w czasie i działań, które wtedy podejmują. Starają się, niczym rasowi naukowcy, zawsze mieć pewność, że wszystko pójdzie po ich myśli. Unikają tworzenia paradoksów czy zbytniego ingerowania w przeszłe/przyszłe wydarzenia. Zdecydowanie nie są to bohaterzy przygodowego sci-fi, którzy bez namysłu rzucają się w wir czasu z szumnymi planami zabicia Hitlera.

Cała przyjemność z oglądania filmu wynika jednak z obserwowania, jak wszystko małymi kroczkami zaczyna wymykać się spod kontroli. Stopniowo narracja rwie się coraz bardziej i im mniej rozumiemy z tego, co dzieje się na ekranie, tym większą mamy pewność, że coś poszło bardzo nie w porządku. Festyn technikaliów kończy się i Primer pokazuje swoje drugie, ukryte oblicze, czyli bardzo intymną opowieść o etyce i konsekwencjach ludzkich działań — o tym co byś zrobił, gdybyś mógł gdzieś wrócić i zacząć wszystko od nowa. Ostatecznie film okazuje się równie wielką kopalnią inspiracji dla humanistów, jak i ścisłowców, a raczej znosi naiwne podziały, pokazując jednocześnie, co ludzie potrafią zrobić z technologią i co technologia potrafi zrobić z ludźmi.

Primer to film nakręcony za śmieszne pieniądze. Zamiast jednak powiedzieć, że obywa się bez ikonicznych dla gatunku efektów specjalnych, trzeba przyznać, że to właśnie ich brak podkreśla wyjątkowość filmu. Surowe scenerie i przekoloryzowane zdjęcia nadają filmowi charakterystyczny wygląd, który dobrze oddaje paranoję i klaustrofobię primerowych podróży w czasie. Dzieło wieńczy muzyka, także skomponowana przez Carrutha, który widocznie miał w przeszłości zbyt dużo wolnego czasu. Jeżeli jesteś entuzjastą tajemniczych, ambientowych buczeń i melancholijnych miniaturek na pianinie, prawdopodobnie spędzisz wieczór po seansie wsłuchując się w ścieżkę dźwiękową.

Aktorzy grają solidnie, ale tak naprawdę nie popisują się niczym nadzwyczajnym. Niech nie brzmi to jednak jak zarzut. Primer to film nie tyle o ludziach, co o sytuacji, w której się znaleźli. Psychologiczne studium tylko zaburzyłoby rytm historii, zaś materiał, którym dysponują aktorzy nie ma służyć im, lecz na odwrót. Bądźmy szczerzy — kiedy możesz odkrywać paradoksy podróży w czasie lub studiować małżeństwo głównego bohatera: co wybierzesz?

To wszystko nie znaczy jednak, że w Primerze brak dobrych postaci. Wehikuł czasu działa zawsze przewidywalnie. Koniec końców to ludzie wprowadzają tę odrobinę przypadkowości, która sprawia, że film ze sceny na scenę staje się coraz bardziej zawiłym obrazem, portretującym nie tyle skomplikowanie skoków czasie, co ludzkich wyborów. Oglądanie zwykłych ludzi w niezwykłych sytuacjach to esencja kina, zaś sukces Primera polega na tym, że bierze on motyw częściej dziś parodiowany, niż odświeżany i traktuje go z, jak się okazuje, zasłużoną powagą.

Jest to ten rodzaj filmu, który powinieneś obejrzeć przynajmniej kilka razy. Ale nie bój się, jeżeli brzmi to jak żmudne zadanie z fizyki. Za pierwszym razem raczej nie uda ci się rozwikłać wszystkich wątków (Nobel temu, komu się uda). Będziesz musiał przeglądać niekończące się dyskusje na forach i wspomóc się wykresami sporządzanymi przez fanów. Pewnie w którymś momencie zwątpisz, że to wszystko ma sens, ale nie poddawaj się. Czegokolwiek nie odkryjesz, będziesz wspominał Primera z satysfakcją, wracając do niego w myślach, kiedy tylko pozwoli ci czas.

Dowiedz się, co takiego tworzą młodzi wynalazcy.

Mateusz Podlasin

Primer

reżyseria: Shane Carruth

premiera: 8 października 2004

produkcja: Stany Zjednoczone

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.