Przedsmaki

Tauron Nowa Muzyka już tuż, tuż, nie zapominajmy jednak o tym, że artyści tegorocznej edycji już odwiedzają nasz kraj, by rozgrzać się przed całym festiwalem. Dla Portico, formacji niby nowej, a wciąż kojarzonej z Portico Quartet, przedfestiwalowy koncert był niewątpiwie wyjątkowy. 6 maja w Miłości na Kredytowej 9 w Warszawie zespół wystąpił w Polsce po raz pierwszy w nowej formie.

 

Portico, tak naprawdę jeszcze zanim weszli na scenę, wzbudzili ogromne emocje. Nowa płyta, a właściwie cała nowa forma grupy i prezentowanej przez nią muzyki stawia bowiem masę pytań i oczekiwań. Wydaje się zatem, że świadomi tego artyści celowo przedłużali swoje wejście, serwujac na początku długą, rosnącą melodię o nieokreślonym kształcie, budzącą lekko i tak podrażnione już zmysły uczestników koncertu. Kulminacja nastąpiła jednak po chwili, gdy zespół rozpoczął Living Fields. Na wokalu trójce muzyków towarzyszył tego wieczoru Jono McCleery. Od razu dla niego ogromny plus: artysta wykonywał wszystkie partie wokalne, także te Joe Newmana z Alt-J i Jamie’go Woona, robił to jednak po swojemu, nie usiłując naśladować oryginałów. Dzięki temu ten koncert rzeczywiście był wyjątkowy, bo usłyszeć można było niekiedy zupełnie inne interpretacje numerów z Living Fields, w tym singla 101, który zabrzmiał jako kolejny.

Zespół grał w Miłości bardzo spójnie, choć najciekawiej było przyjrzeć się poszczególnym instrumentom, które na żywo brzmiały dużo atrakcyjniej niż na płycie. Świetna praca Duncana Bellamy’ego na bębnach w 101 (i tak naprawdę całej reszcie numerów, choć to wykonanie akurat szczególnie zapadło mi w pamięć) nadawało muzyce rewelacyjną pulsację, dużo wyrazistszą i dużo bardziej porywającą niż na całej Living Fields. Gitara Milo Fitzpatrica przyprawiła numery jakimś nowym smakiem, szczególnie Colour Fading. Muzycy nie grali jednak tylko swoich numerów, pojawił się cover Arthura Russella This Is How We Walk On The Moon, który razem z Memory of Newness, zaśpiewany przez McCleery’ego z wielkim zaangażowaniem, osadził koncert na parę minut w dużo głębszych, bardziej melancholijnych przestrzeniach. Swoją drogą, wybór akurat tego numeru spoza własnego repertuaru grupy, wydaje mi się być mocno symboliczny.

Największym plusem warszawskiego występu formacji było sprawienie, że ich muzyka brzmiała na żywą, powstającą w tamtym momencie, mimo iż perfekcja i dokładność wykonania odczuwalne były przez cały koncert. Bo choć Portico to inna bajka niż Portico Quartet, nie zmieniły się przyzwyczajenia. Przed całą konstrukcją emocjonalną nowego materiału, wyrazistymi artystami na wokalach i dobrym brzmieniem, u londyńskiego tria wciąż chodzi bowiem przede wszystkim o jakość. A ta była świetna. Organizatorzy zapewnili bardzo dobre warunki – ciekawą przestrzeń, dobre nagłośnienie, zespół natomiast wykorzystał każdą minutę dźwięku. Muzyka, mimo całej swej delikatności, brzmiała mocno i ekspansywnie, zaś atmosfera widowni i doskonałe oświetlenie koncertu podkreślały przedfestiwalowy nastrój. Instrumenty znakomicie wyizolowane, basy podkręcone, dźwięki gitary wyraźne do tego stopnia, że długo wybrzmiewały w głowie – tego na pewno nie usłyszymy na płycie. Zespół pozostawił jednak też duży niedosyt. W całym, zresztą dość krótkim występie, brakowało odrobinę więcej energii, otwartości, miejsca na szaleństwo. Zbyt dokładnie realizowali założony plan. Nie bądźmy jednak aż tacy wymagający… Koncert w Warszawie, a dzień później w Gdańsku, to w końcu tylko przedsmaki tego, co wydarzy się na tegorocznym Tauronie. A więc do zobaczenia w sierpniu.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.