Red Smoke Festival w Pleszewie

Już w przyszły piątek w Pleszewie odbędzie się Red Smoke Festival – święto wszystkich fanów nuty spod znaku stoner, southern, doom, space, desert rocka/metalu. Line-up nie jest może rozbuchany do niebotycznych rozmiarów, ale dzięki temu będzie można zobaczyć wszystkie zaplanowane koncerty (za co propsy dla organizatorów!). Dodać muszę, że niezwykle trudno było mi wybrać tylko pięć zespołów do naszej Fantastycznej 5. Sprawiedliwości stanie się jednak zadość i o reszcie bandów napiszę w relacji z Red Smoke Festival. No. W takim razie enjoy!

 

Red Scalp – zespół Red Scalp to w kontekście Red Smoke Festiwal kapela lokalna. Chłopaków interesuje stoner/southern uzupełniony indiańskimi elementami i podkręcony sabbathowym klimatem. Oprócz głębokiego groove’u i zabrudzonych riffów mamy tu również elementy retro rocka, które ani o decybel nie wyciszają potężnego brzmienia kapeli. Red Scalp lubują się w rozbudowanych kompozycjach, czego potwierdzeniem jest długość tracków na ich debiucie. Większość utworów buja słuchacza przez około 8 minut, nie tracąc ani na chwilę wigoru. Wyraźnie zaznaczona sekcja rytmiczna (z naciskiem na bas), żwawe riffy, przyjemne zwolnienia, miłe dla ucha solówki – czy w klimacie southern/stoner można chcieć więcej? Na Red Smoke spodziewajcie się po Scaplach kozackiego seta, bo wiadomo, że u siebie gra się najlepiej, a jak wspomniałem na początku – ekipa należy do lokalnych.

Cheap Wine – ten francuski kwartet to rockowy vintage pełną gębą. Żeby jednak nie być kolejnym zespołem, ktory podąża ścieżką utartą przez protoplastów stylu, Cheap Wine subtelnie przemycają do swoich kompozycji psychodelię godną The Doors, The Greatful Dead czy 13th Floor Elevators. Każda z pięciu kompozycji na ich debiutanckej EPce Mystic Crow to definicja tego, jak idealnie połączyć oldschoolowy rockowy czad, rozimprowizowane gitarowe solówki, bluesowy flow rodem z Missisipi i okadzone gęstym dymem odloty dopełniające ten szalony melanż. Posłuchajcie choćby odjechanej tytułowej kompozycji z Mystc Crow. Pejotl? LSD? Sami wybierzcie narkotyk, którego zażycie powoduje stan odzwierciedlony w piosence. A jeśli planujecie odpalić lolka na którymś z koncertów podczas Red Smoke Festiwal, zróbcie to dokładnie wtedy, kiedy na scenie swój spektakl rozpoczną rockowi szamani z Cheap Wine. Ostrzegam, że może to powodować niemałe oderwanie od rzeczywistości. Vive la France!

High Fighter – z wokalistkami w metalu jest tak, że lubią je zarówno chłopaki, jak i dziewczyny. I nie chodzi tylko o sympatię do kobiecego głosu, ale specyficzną energię i aurę, jaką roztaczają wokół siebie na scenie. Mona Miluski z High Fighter nie tylko śpiewa wyśmienicie, ale też na scenie jest prawdziwą petardą. O jej energii przekonacie się w czasie koncertu Niemców podczas tegorocznej edycji Red Smoke, zaś opinię o jej wokalnych skillach możecie wyrobić sobie przesłuchując debiutancką EPkę grupy – The Goat Ritual. Southernowy groove, brzmienie zespawane z metalami wyjątkowo ciężkimi, a do tego melodie, które ruszą największych maczo. No i Mona, która potrafi uroczo zaspiewać, ale i wydrzeć japę nie gorzej, niż choćby królowa sceny, Angela Gossow. John Garcia (tak, ten John Garcia) zarekomendował High Fighter słowami: You looking for some heavy tunes? Look no further, High Fighter brings it!! Także, tego….

Atomic Vulture to belgijskie trio serwujące instrumentalny stoner. Jak dotąd zespół wydał jeden album – kosmiczny Into Orbit. Czemu kosmiczny? Otóż dlatego, że panowie z wrodzoną łatwością łączą czystą… albo raczej brudną, stonerową surowiznę ze spacerockowym flow. Na ich koncercie będzie można więc rozpłynąć się w intrygujących przestrzeniach, ale i pohasać w szybkich sprintach wykonywanych po okręgu, zwanych popularnie circle pitami. Niewykluczone jest też machanie dynią à la post-rock i radosne pogo. Into Orbit mocno osadzone jest na fundamentach zbudowanych przez geniuszy z Karma To Burn czy Monkey3, ale też zawiera w sobie mnóstwo świetnych bluesowych riffów, które nie pozwalają pozostać biernym wobec muzyki Atomic Vulture. Nie zdziwcie się więc, jeśli po ich koncercie na Red Smoke będziecie chcieli jeszcze raz poobcować z muzyką grupy na żywo. Swoją drogą nie będzie to trudne, bo Belgowie zagrają w naszym kraju jeszcze kilka sztuk. Miedzy 17 a 24 lipca wystapią u nas sześć razy. Szczególnie polecamy ich koncert w katowickim Pubie Korba, gdzie Atomic Vulture wystąpi z Voidsmoker oraz Devil In The Name.

Gallileous – dzisiejszą rekomendację zacząłem od Polaków i na Polakach zakończę, będzie ładna klamra i patriotyczny akcent. Ot, żeby nie było, że już całkowicie przesiąknięty jestem lewactwem. Kolejnym zespołem, który chciałem polecić waszej uwadze jest Gallileous z Wodzisławia Śląskiego. To prawdziwa legenda, ba!, wręcz opoka polskiej sceny doom. Zespół założony został w 1990 roku, na koncie ma trzy długograje, kilka demówek, splitów i EPkę. Nie o ilość tu jednak chodzi, ale o jakość. Bo stwierdzenie, że Gallileous gra jedynie doom metal jest dużym niedopowiedzeniem. Muzyka tria wspaniale łączy się z klimatem hard rocka lat ’70 i ’80, który bluesowe skale i rytmikę sprzęża z cudownie rzężącym basem i analogowymi klawiszami. Ich ostatnia płyta, Voodoom Protonautus, jest żywym dowodem na to, że doom metal wcale nie jest skostniałym gatunkiem zjadającym własny ogon, ale stylistyką, w której dużo jeszcze można zagrać i zaśpiewać. Jeśli więc macie sentyment do przesterowanego, mocno podkreślonego basu i hammondowych pasaży, czym prędzej sięgnijcie po wspomniany album, a na koncercie Gallileousa podczas Red Smoke nie ważcie się stać w koljkach przy kranikach z piwem. Swoja drogą żywię głęboką nadzieję, że panowie powrócą do występów z klawiszowcem. Co to się działo w Katowicach, gdy supportowali Planet Of Zeus… Ehhh…

Tomasz Spiegolski

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.