Opuszczone Miasto Aniołów

Northfork to jeden z tych filmów, który przypomina, że w Stanach Zjednoczonych również istnieje kino artystyczne. Jest on zwieńczeniem trylogii American Heartland braci Polish. Surrealistyczne pustkowia, które niegdyś były zwyczajnym amerykańskim miasteczkiem, wypełnione dziwacznymi postaciami i baśniowa opowieść o śmierci i przemijaniu przypadną do gustu tylko zwolennikom realizmu magicznego.

Montana, rok 1955, za dwa dni niewielkie miasteczko Northfork zupełnie przestanie istnieć. Jego fundamenty spoczną na dnie jeziora zalewowego, a mieszkańcy będą musieli ustąpić miejsca nowo powstałej tamie. Zresztą niewielu ich już pozostało. Sześciu członków brygady ewakuacyjnej musi przekonać do opuszczenia swoich domów ostatnich lokatorów. Do wypełnienia powierzonego im zostania pozostały jeszcze trzy rodziny. Ubrani w czarne płaszcze i czarne kapelusze w swoich czarnych samochodach przemierzają chłodną równinę, będącą niedawno tętniącym życiem miastem i w notesach odhaczają kolejne opustoszałe budynki. W miasteczku pozostał również ksiądz, który czuwa przy łóżku ciężko chorej sieroty. Przybrani rodzice chłopca oddali go, gdy okazało się, że jest zbyt słaby, by wraz z nimi wyjechać z Northfork.

Wszystko dzieje się na dwóch płaszczyznach – rzeczywistej i fantastycznej. Jednak oniryczny klimat całości sprawia, że oba światy nieustannie mieszają się ze sobą i czasami trudno je odróżnić. Realna historia ewakuacji przeplatana jest z opowieścią o chorym chłopcu, który również wędrując po wymarłym mieście spotyka grupę dziwnych aniołów. Wyglądają oni raczej jak grupa teatralnych przebierańców, którzy niekoniecznie wzbudzają sympatię. Okazuje się, że poszukują oni nieznanego anioła. Wiele wskazuje na to, że może nim być chory chłopiec. Jednak decyzję, co to tego jak jest naprawdę pozostawia się widzowi. Można uwierzyć w istnienie aniołów lub wszystko uznać za wymysły pobudzonej gorączką wyobraźni chłopca. Albo nawet nie przyjmować żadnej ze stron i historii przypisać jedynie znaczenie symboliczne.

Bo niewątpliwie film jest wręcz przesycony symboliką. Jest drobna, jak np. nazwisko państwa Hope, którzy w ostateczności nie podejmują się adopcji Irwinga lub przybiera większe rozmiary, gdy zauważamy, jak bardo paralelne są historie opuszczonego miasta i umierającego chłopca. Mieszkańcy, którzy uparcie nie chcą opuścić swoich domów i przenieść się w wyższe partie są jak ludzie, którzy nie potrafią pogodzić się ze śmiercią. Tama staje się dla nich czymś na kształt ogromnego pomnika na grobie. Chłopcu w jego przejściu towarzyszą aniołowie, a mieszkańcom miasta mężczyźni z grupy ewakuacyjnej, którzy w swoich czarnych strojach i samochodach wyglądają jak kondukt żałobny. Chociaż nie bezinteresownie, to jednak stają się pomocnikami opuszczających miasto ludzi. Ich anielskość sugerują małe białe pióra wetknięte w kapelusze.

Bracia Polish w bardzo poetycki sposób dotykają tematów trudnych. Widok umierającego dziecka wystawia na próbę wiarę księdza i jest bardziej wstrząsający niż całe opustoszałe miasto. Jednak ojciec Harlan wytrwale czuwa przy łóżku chorego i staje się świadkiem jego ostatnich chwil. Już sama jego obecność zdaje się być kojąca. Sam przy tym uczy się jak pogodzić się z nieuchronnym przemijaniem. Przez jego postać łatwiej jest widzowi zaakceptować zdarzenia i przestać podświadomie opierać się zmianom, a film pomimo swojej tematyki nie wydaje się przytłaczający. Warto zaznaczyć, że to jedna z lepszych ról Nicka Nolte’a. Obok niego możemy zobaczyć równie świetnego Jamesa Woodsa czy Petera Coyote’a. To zaskakująco rozpoznawalna obsada jak na skromną niezależną produkcję.

Wizualnie film jest dziełem sztuki. Piękne panoramiczne kadry ponurego, pustego krajobrazu. Miękkie światło i wyblakłe barwy niegościnnej Montany. Zdjęcia o niskim nasyceniu koloru podkreślają tylko spokojny klimat filmu. Może to ten prawie czarno-biały obraz, ale nie potrafię uciec od skojarzeń z poetyką Nieba nad Berlinem. Anielska tematyka, spokojne tempo akcji i jej początkowa nieoczywistość, w której chwilami ciężko się połapać sprawiają, że film Wima Wendersa nasuwa się sam, chociaż Northfork ma klimat o wiele bardziej niepokojący.

Wielu zarzuca filmowi przerost formy nad treścią i wytyka braki w fabule (lub nawet brak fabuły). Dla mnie zbudowana przez twórców wielowarstwowość i klimat niedopowiedzeń są raczej atutem. Zbyt silnie zarysowana historia byłaby jak odkrycie wszystkich kart. Tymczasem bracia Polish nie dają łatwych odpowiedzi. Nie rozwiązują zagadki, która pojawia się już na początku. Interpretację pozostawiają widzowi. Kto chce przesłania musi odnaleźć je sam. Po obejrzeniu filmu czułam, że obraz jest niewyraźny, a w mojej układance pozostało kilka pustych miejsc. Jednak urzekł mnie klimat, nie miałam potrzeby zapychania ich na siłę.

Northfork dla tych, którzy odnajdują się w tej estetyce może stać się jednym z ulubionych filmów, który pozwala na wyłowienie jego sensu i odczytanie sentencji między wierszami. Dla innych może być to po prostu stek bzdur, film niepotrzebny i przekombinowany. Zapewne i jedni, i drudzy mają swoje racje, ale w tym wypadku chyba trudno stawać po środku.

Anna Ślusareńka

Northfork

reżyseria: Michael Polish

premiera: 21 stycznia 2003 (świat)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.