Człowiek na Księżycu, raz!

Trzydzieści trzy dni – tyle zajęło nakręcenie tego filmu. Jest to produkcja jednego aktora, akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Zniechęcam? Wręcz przeciwnie – prowokuję! Bowiem wyreżyserowany przez Duncana Jonesa Moon to produkcja, której pod żadnym pozorem nie należy ignorować.

Film opowiada o losach pracownika Lunar Industries – Sama Bella (Sam Rockwell). Z bohaterem spotykamy się pod koniec jego wygasającego trzyletniego kontraktu. Jego praca na Księżycu polega na doglądaniu zautomatyzowanych maszyn wydobywczych oraz ewentualnych naprawach sprzętu (niestety maszyny nie są niezastąpione w tej roli). No dobra, samotny do końca nie jest. Towarzyszy mu na stacji kosmicznej niesamowity gość – superinteligentny komputer Gerty (genialny głos Kevina Spacey’ego). Jak sami się więc pewnie domyślacie, Sam zaczyna troszkę świrować. Dostaje raz na jakiś czas wiadomości od rodziny stacjonującej na planecie Ziemia, jednak jak widać to nie wystarcza. Na dodatek dookoła zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Omamy słuchowe i wzrokowe, dziwnie tajemniczy Gerty, który nie do końca chce odpowiadać na wszystkie pytania. Sam zaczyna podejrzewać, że na stacji jest poza nim ktoś jeszcze. Spotkanie nowego tubylca nie będzie należało do najprzyjemniejszych.

Wbrew pozorom nie jest to jednak film należący do gatunku horror, zaklasyfikowałabym go bardziej jako dramat egzystencjalno-science fiction. Zdecydowanie nie jest to typ produkcji, w której forma przerasta treść. Nie oczekujcie bitew kreowanych komputerowo, pościgów z mieczami świetlnymi, czy biegających z mózgami na wierzchu ufoludków. Tak jak w literaturze science fiction, tak i w tym filmie skromność efektów, mało spektakularna lista bohaterów świadczą tylko o większym skupieniu na historii i podstawowych pytaniach: Kim jest człowiek? Jaka jest jego wartość? Czy można zastąpić go maszyną? Powiecie: typowy science fiction – zgodzę się, z założenia taki miał być! Jak powiedział Jones: [Chcieliśmy] stworzyć coś, co będzie budziło odczucia podobne do tych, które mieliśmy po obejrzeniu filmów kanonu science fiction z lat 70-tych do wczesnych 80-tych.

Sam reżyser był wielkim fanem, poza swoim ojcem (David Bowie ludzie!), klasyków takich jak 2001: A Space Odyssey, Silent Running, Solaris, Alien, czy Outland. Uczył się więc od najlepszych. W dodatku rola głównego bohatera pisana była pod znakomitego w roli swojego imiennika, Sama Rockwella. Panowie (reżyser i Sam) pracowali nad rolą dużo dłużej, niż zajęło im sfinalizowanie projektu. Postaci wiele w filmie nie ma, są one za to dopracowane. Rockwell wciąga nas w swój pokręcony świat od pierwszych sekund filmu, przeżywamy razem strach, gniew i rozpacz. Smaczku dodaje rola wokalna genialnego Kevina Spacey’ego. Wyprany z emocji narrator i opiekun Sama sprawdza się w swojej roli znakomicie. Plus element komiczny w postaci minek oddających nastrój Gerty’ego na ekranie monitora – bezcenne. Nominacja za: Najlepszy Film Brytyjski BAFTA, Najlepszego Aktora, Najlepszego Reżysera, Najlepszy Scenariusz British Independent Film Awards, czy wygrana Hugo Award za Najlepszy Projekt Dramatyczny mogą tylko potwierdzić rangę debiutu pełnometrażowego Jonesa.

Kto czytuje Dicka, Le Guin, czy Mathesona zrozumie moją fascynację filmem. Fani efektów specjalnych będą zawiedzeni, jednak koneserzy prawdziwego kina science fiction zachwyceni.

Natalia Spychała

Moon

reżyseria: Duncan Jones

premiera: 23 stycznia 2009 (Świat), 3 września 2010 (Polska)

produkcja: Wielka Brytania

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *