Mordercza przyjaźń

W konserwatywnej, męskiej szkole dzieje się rzecz niebywała: gdy jeden z przyjaciół ginie, drugi zostaje oskarżony o morderstwo. Śledztwo w tej sprawie nie okaże się rozwikływaniem kryminalnej zagadki, ale wielopłaszczyznową psychoanalizą. Jak głęboko można wniknąć w cudzy umysł?

Debiut Australijczyka Gregory’ego J. Reada ma w zasadzie wszystko, by móc okrzyknąć go fenomenalnym, a przynajmniej bardzo dobrym. Stojąc na przecięciu trzech, w tym dwóch do siebie podobnych gatunków – dramatu, kryminału i thrillera – zręcznie unika przypisaniu go jakiemukolwiek. Like Minds to historia Alexa Forbesa, oskarżonego o zamordowanie przyjaciela, którego początkowo trudna do uwierzenia wina stopniowa przestaje wydawać się taka niewiarygodna. Nie chodzi tu jednak o zabójstwo – reżyser skupia się na psychologicznej grze, którą chłopak zaczyna prowadzić z psychologiem sądowym, a także tej, w którą wciągnięci byli obaj z Nigelem. Gęsto przecinające właściwy tor akcji retrospekcje budują niepokojące wrażenie tkwienia we wnętrzu umysłu chłopaka, jednocześnie składając się na obraz nie tyle Nigela czy jego samego, ile pewnej szczególnej więzi intelektualnej. Na pierwszy rzut oka trudno przyjąć do wiadomości, że tę dwójkę łączyło choćby koleżeństwo, a co dopiero głęboka, bardzo dziwna przyjaźń. Mając dwie skrajne osobowości (Alex – dumny, cyniczny i arogancki; Nigel – wyalienowany, piekielnie bystry, tajemniczy) wydają się jednak zmierzać do tego samego celu. A w każdym razie przekonany jest o tym Nigel. Czy faktycznie tylko on i co to ma wspólnego z Templariuszami, miłością i terminem Gestalt?

Gregory’emu J. Readowi, odpowiedzialnemu również za scenariusz, udało się stworzyć historię pochłaniającą widza całkowicie i trzymającą w napięciu do ostatniej chwili. Błyskotliwe zwroty akcji i dynamicznie prowadzona narracja to niewątpliwe atuty filmu. Wydawać by się mogło, że tak wyświechtany pomysł jak morderstwo nastolatka, w dodatku niedawno przybyłego do nowej szkoły, to gwarancja fiaska. Tymczasem skupiając się na psychologicznej analizie pobudek i namiętności rządzących bohaterami reżyser osiąga wielowymiarową, mocno zapadającą w pamięć historię o komunii dusz. Nie ma w tym jednak bynajmniej nic z Goethego, za to mnóstwo z wywodzącej się z psychoanalizy wspomnianej już teorii Gestalt. Najprościej mówiąc polega ona na swoistym połączeniu dwóch umysłów, którego osnową jest świadomość. Niecodzienna zdolność człowieka do silniejszego odczuwania rzeczywistości – zarówno swojego wnętrza i tego, co jest poza nim – oscyluje wokół drugiej osoby, zdającej się być odbiciem nas samych. Na tym właśnie oparta jest relacja Nigela i Alexa, przy czym o ile ten pierwszy przyjmuje to jako oczywistość, drugi zdaje się mieć to za czysty absurd. Z pozoru przynajmniej, gdyż w areszcie sam tłumaczy psycholog Sally Rowe (Toni Collette) o tym, że Nigel wniknął w jego umysł i jest tam cały czas, nawet po śmierci. Have you ever had that feeling that there was someone inside your head, listening to your thoughts?, pyta. Wskazówki, jakie rzuca Sally na temat przeszłych wydarzeń przypominają historyczną układankę, a poszarpana narracja i dynamiczny montaż bynajmniej nie ułatwiają jej rozwiązania.

Przy całej niejednoznaczności opowieści i niepokoju, jaki z przekonaniem wzbudza w widzu, reżyserowi nie udało się uniknąć kilku klisz. Najbardziej krzywdzące dla filmu wydaje się czasem słabe wyważenie akcentów położonych na rolę historii. Jak łatwo można się domyślić, Nigel uważa siebie i przyjaciela za potomków Templariuszy; niestety jego przepełnione faktami przemowy bywają za ciężkie i trącają przekombinowaniem. Bo mimo całej aury herbów, męskiej szkoły dla uprzywilejowanych i historyczności – fanatyczna wiara młodego chłopaka w bycie wybrańcem staje się miejscami trochę niewiarygodna. A z drugiej strony trudno nie ulec znakomitemu aktorstwu Toma Sturridge’a, którego tajemnicze, niekoniecznie przyjazne spojrzenie przypieczętowuje ambiwalencję jego postaci. Po drugiej stronie stoi arogancki, z początku wystraszony i zdegustowany dziwnym hobby współlokatora (sekcje zwłok zwierząt), potem coraz bardziej wściekły i mimowolnie zafascynowany wiedzą Nigela Alex. Eddie Redmayne w swojej debiutanckiej roli pierwszoplanowej objawił światu niezwykły talent, kreując postać, która nieustannie zwodzi widza.

I tak też zresztą czyni całe Like Minds, którego dowolność interpretacyjna jeśli chodzi o tytuł stanowi równie silną pokusę, co tłumaczenie sobie niejednoznacznego zakończenia filmu. Gregory J. Read zadbał, by był on pełen niespodzianek, które nie przesłonią rzeczywistego celu, jakim okazała się baczna obserwacja tego, do czego zdolny jest człowiek pogrążony w zakamarkach własnego, bądź co bądź niebezpiecznego umysłu. Like Minds po prostu trzeba obejrzeć. Choćby ze względu na popis aktorski Redmayne’a i Sturridge’a. No i przecież, kto nie chciałby się dowiedzieć, czy to wszystko nie było wyrachowaną grą Alexa, celem Nigela, a może obaj wywiedli wszystkich w pole?

Monika Pomijan

Like Minds

reżyseria: Gregory J. Read

premiera: 3 sierpnia 2006 (Świat), 7 stycznia 2008 (DVD)

produkcja: Australia, Wielka Brytania

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.