No reason

Ladies, gentlemen, the film you are about to see today is an homage to the no reason – that most powerful element of style. – oto manifest, którym zaczyna się jeden z najdziwniejszych, a zarazem najbardziej klasycznych filmów w swojej kategorii. Od czasu Festiwalu w Cannes z 2010 roku Opona Quentina Dupieux przetoczyła się przez mnóstwo kin, wywołując zarówno zachwyt, jak i rozczarowanie. Głosów o niedorzeczności filmu jest dokładnie tyle, co jego zwolenników i właśnie to, poza szalonym pomysłem, stanowi jego główną siłę.

Podstawowym założeniem produkcji jest zaakceptowanie konwencji absurdu, towarzyszącej widzom od momentu, w którym Porucznik Chad wysiada z bagażnika, by wygłosić mowę o nonsensie, aż do sceny finałowej. Losy samotnego mordercy nie są bowiem jedynym wątkiem. Dupieux stworzył swego rodzaju film w filmie, czyniąc z horroru klasy B widowisko dla grupki wyposażonych w lornetki przypadkowych gapiów porzuconych na środku pustyni. Między innymi dlatego zwroty do widza nie mają tu formy bezpośrednich komunikatów, charakterystycznego mrugnięcia okiem w stylu Hanekego, a łopatologicznie wyłożonej irytacji bezsensownym kinem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby Francuz nie sięgał po historyczne fakty, stanowiące filary scenariuszy wielu kultowych dziś obrazów, które nie muszą być niczym umotywowane – po prostu miały miejsce. Wówczas spektakularne wystąpienie Chada o nonsensie zabójstwa prezydenta Kennedy’ego czy wojennej tułaczki Władysława Szpilmana samo w sobie jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia i właśnie tutaj, na samym początku zawiązuje się meritum produkcji – powstała ona bez powodu.

Opona budzi się na środku amerykańskiej pustyni. Pierwsze kroki są trudne, stąd przewraca się co kilka metrów. Jak na hołd dla braku przesłania przystało, reżyser w absolutnie żaden sposób nie motywuje okrutnego charakteru głównego bohatera, a kształtowanie jego psychiki trwa zaledwie kilka minut. Pędzona żądzą mordu gnida niszczy wszystko na swojej drodze, by w końcu odkryć u siebie telekinetyczne zdolności. To właśnie one będą narzędziem wszystkich morderstw, które doprowadzą do pościgu za złoczyńcą. Mający z zamierzenia trwać zaledwie kilka dni eksperyment, na skutek zrujnowania idei przez jednego z widzów ulega widocznie niechcianemu rozciągnięciu. W myśl zasady show must go on Porucznik przetrząśnie wszystkie zakamarki scenerii sztampowego horroru z przewidywalną końcówką, by wymierzyć sprawiedliwość, ale przede wszystkim doprowadzić film do końca. Nie dla zasady, tylko by móc w końcu iść do domu.

Poza mnóstwem oczywistych dla kina z dolnej półki gagów, Dupieux sięga po swoje osobiste asy. Satyrycznego klimatu produkcji dodają groteskowe kompozycje muzycznego alter ego reżysera, DJ’a Mr. Oizo. Nonszalancja z jaką twórcy rozgrywają kolejne wątki może porządnie zirytować, bowiem brak jakichkolwiek tłumaczeń i traktowanie widza jako jednostkę, która wszystkiego domyśli się sama osiąga tu apogeum. Brak jednoznacznie wyrazistych postaci, pozbawione logiki czynności, utarte schematy okraszone urozmaiceniem, jakim jest szkatułkowa budowa filmu to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Czego by jednak nie wymienić, podstawę stanowi tu fakt, że główną rolę zagrała opona imieniem Robert i właśnie to plasuje obraz gdzieś między skrajną głupotą a przebłyskiem świetności. Bez mrugnięcia okiem można stwierdzić, że skandalicznie bezsensownych filmów jest mnóstwo. Dlaczego właśnie to genialne gówno zostało okrzyknięte arcydziełem absurdu? Bez powodu.

Natalia Jankowska

Opona (Rubber)

reżyseria: Quentin Dupieux

premiera: 15 maja 2010 (świat)

produkcja: Francja Angola

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.