Sailors fighting in the dance hall

Historie Wesa Andersona to w pewnym sensie współczesne baśnie dla ludzi w każdym wieku. Papież niemal rozczulającej popeliny kreuje bowiem świat widziany oczami dziecka, nadając każdemu ze swoich obrazów specyficzny, tragikomiczny klimat. Bohaterów ubiera w tweedowe marynarki i ciuchy safari z lat 60., a tym razem wyposażył ich nawet w czerwone czapki rodem ze statku Jacques’a Cousteau.

Po sukcesie Genialnego klanu oczywistym stało się, że duet Anderson-Murray to związek na długo. Aktor nawet w prywatnej odsłonie wydaje się być stałym bohaterem filmów nurtu quirky wave udowadniając, że życia nie da się brać zbyt serio. Tym samym występując w roli światowej sławy oceanografa Steve’a Zissou, który jest sympatyczną parodią (hołdem z przymrużeniem oka) słynnego Cousteau pokazał, że u Andersona czuje się najlepiej. Amerykanin kreuje bohaterów wszystkich swoich produkcji podobnie – łączy ich dziecięca naiwność, niezwykłe natężenie komicznej powagi oraz wypowiedzi o aspiracjach na pamiętne cytaty niezależnie od tego, czy faktycznie są dziećmi, czy tylko dorosłymi o nieco niepoważnej duszy. Na podobnym poziomie utrzymuje się specyfika narracji i niskobudżetowość planu filmowego, co filmom Andersona wychodzi jedynie na plus. Esencją jego twórczości są odrealnione historie, scenariusze rojące się w głowie współczesnego artysty, który co i raz wciąga widzów w świat swoich zakurzonych fantazji.

To nie prostota jest siłą skryptów Amerykanina. Tym razem widzowie poznają twórcę filmów dokumentalnych o podwodnym świecie, który stoi na skraju swojej kariery. Zapowiedź kolejnego dokumentu okazuje się tym większą klapą, że jeden z członków załogi, bliski przyjaciel Zissou, przypłacił tę morską wyprawę życiem. Śmierć Estebana nie przechodzi bez echa i staje się rysą na życiorysie kapitana statku Belafonte (do złudzenia przypominającego Calypso francuskiego pierwowzoru bohatera), który organizuje swoją najbardziej kosztowną jak dotąd podróż, by pomścić przyjaciela i dopaść jego kuriozalnego oprawcę – rekina jaguarowatego. Wówczas gdy Steve zostaje zepchnięty na celebrycki margines, pojawia się jego domniemany syn Ned, obdarzony aparycją Owena Wilsona, który swoje kwestie recytuje niczym David Attenborough. Obok dwóch głównych postaci pojawia się plejada doskonałych aktorów w rolach drugoplanowych i epizodycznych, zaczynając od Cate Blanchett w roli ciężarnej reporterki Jane Winslett-Richardson, przez m.in. Willema Dafoe i Noah Taylora jako członków załogi, na Jeffie Goldblumie wcielającym się w nemezis Zissou, Alistaira Hennessey’ego, kończąc.

Chociaż produkcja figuruje jako komedia, do czystej rozrywki jest jej bardzo daleko. Przeplatające się z komicznymi wątkami sentymentalne wstawki czynią z tego mieszankę obyczajowego dramatu i niepoważnego teatru, odgrywanego na planie statku Belafonte, którego przekrój niczym z przedszkolnej makiety dane jest zobaczyć widzom na samym początku wyprawy. Mimo że ojcostwo Stevena stoi pod wielkim znakiem zapytania, zabiera on ze sobą Neda, od samego początku obdarzając specjalnymi względami. I chociaż większość pobudek kapitana wynika z dobrych chęci, upragniona przez Neda relacja ojciec-syn będzie stanowiła spory problem. Sprawy komplikuje dodatkowo pojawienie się reporterki Jane, której praca ujawnia megalomanię i brak profesjonalizmu załogi, a także psujące się stopniowo nastroje na łajbie i inwazję piratów (która owocuje jedną z najciekawszych scen filmu w rytm niestarzejącego się Search and Destroy Iggy’ego Popa).

Wielowątkowość i bogactwo obsady pozwala reżyserowi w absurdalny sposób zbudować relacje – nieco przerysowane, ale takie, w które nietrudno będzie wczuć się widzom. Rozluźniające humorystyczne elementy (mnogość zmyślonych morskich zwierząt, miejscami bzdurne dialogi przerywające poważne rozmowy i portugalskie akustyczne aranże piosenek Davida Bowie’ego, podkreślające niemal każdą ważniejszą dla bohaterów scenę) nadają filmowi lekkości, charakterystycznej dla stylu Wesa Andersona. Po raz kolejny widzowie obserwują owoc pracy reżysera, będący niemal koronkową robotą. Kiczowate wnętrza, symboliczne stroje (adidasy czy wspomniane wcześniej czapki), sam statek Belafonte odkupiony przez ekipę od rządu RPA, a nawet doskonale dobrany soundtrack (również zabawny motyw Team Zissou grany na organkach Casio) stanowią o tym, że w obrazach Amerykanina nie ma miejsca na zbędne elementy, wszystko zgrywa się w nierozerwalną całość.

Najdoskonalszym zwieńczeniem filmu byłoby odnalezienie rekina. Nie staje się inaczej, zmieniają się jednak plany ekipy Zissou. Któż bowiem spodziewałby się, jak wzruszająca może być scena, w której papierowy rekin przepływa obok żółtej łodzi podwodnej Deep Search, by po chwili zniknąć w ciemności przy dźwiękach Staralfur Sigur Rós? Chyba tylko sam Wes Anderson.

Natalia Jankowska

Podwodne życie ze Stevem Zissou

reżyseria: Wes Anderson

premiera: 11 marca 2005 (Polska) 20 listopada 2004 (świat)

produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.