Radości i troski kinomana – relacja z 14. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

tmobile nowe horyzontyCzasem słońce, czasem deszcz – takie hasło, wygenerowane przez wrocławską aurę, mogłoby przyświecać tegorocznej, czternastej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty. Mogłoby, gdyby nie to, że najbardziej zagorzali uczestnicy imprezy świat zewnętrzny oglądają niemal wyłącznie rano, przed pierwszym seansem, i późno w nocy, po ostatnim, piątym filmie. Głowy zaprząta im nie pogoda, a karkołomne interpretacje, zachwyty, zdziwienia i gorzkie rozczarowania. Oraz myśli o tym, czy kofeinę można podawać dożylnie.

 

Coffenal to roztwór do wstrzykiwań dla koni, bydła, świń, owiec, kóz, psów i kotów, stosowany przy zaburzeniach pracy serca i niewydolności układu krążenia. Niestety – dla ludzi nieprzydatny. A na festiwalu, podczas którego najtwardsi widzowie oglądają 50 filmów w 10 dni, byłby jak znalazł. Można się tylko domyślać, jak wielu marzyło o podobnym preparacie. Bo przecież nikt nie marzył o świetnych filmach – te były na wyciągnięcie ręki. W każdej sekcji można było znaleźć coś ciekawego, ale że przymiotnik nowohoryzontowy nie wziął się znikąd, światło reflektorów warto skierować przede wszystkim na pozycje eksperymentalne i dziwne, nieprzystające do kanonów klasycznej narracji. To głównie one (nawet jeśli przez samą swoją naturę odpowiadają za gros rozczarowań, o których nie trzeba tu szerzej wspominać) stanowią o sile tego festiwalu i to one od lat przyciągają moją uwagę.

owca

Owca

W wyjątkowo nierównym w tym roku Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty na wyróżnienie zasługują przede wszystkim dwa tytuły. Chyba najlepszy w stawce Owca Gilles’a Deroo i Marianne Pistone zajął spodziewane ostatnie miejsce w plebiscycie publiczności. Spodziewane, gdyż film ten (nagrodzony w Locarno za najlepszy debiut) należy do kategorii przeżyć kinowych najbardziej nieprzyjaznych niewyrobionemu widzowi. Pierwsza połowa to festiwal nudy – monotonnej codzienności tytułowego bohatera towarzyszy równie monotonna forma, z leniwym rytmem dyktowanym statycznymi ujęciami niezdradzającymi właściwie nic o miejscu i postaciach. Potem jednak następuje wolta tak niespodziewana i gwałtowna, że dla niektórych trudna do przyjęcia. Tym bardziej, że zmianie nastroju opowieści towarzyszy też zmiana sposobu obrazowania – nerwowe ujęcia z ręki, oddające stan psychiki bohaterów, nie mają nic wspólnego z usypiającym rytmem pierwszej części. Precyzyjna konstrukcja nie pozwala na zdradzenie jakichkolwiek meandrów historii. Dość powiedzieć, że rzadko spotyka się filmy, w których forma i treść współistniałyby w tak doskonałej symbiozie. A szerokiej festiwalowej publiczności trzeba oddać, że Owca nie spodobał się nie tylko jej – wyraźnie podzielił też wyrobionych kinomanów.

Nie dzielił natomiast Dystans Sergia Caballero. Reżyser surrealistycznego, przezabawnego Finisterrae sprzed trzech lat wszedł jeszcze głębiej w tajemniczą krainę absurdu. Jego opowieść o trzech porozumiewających się telepatyczną ruszczyzną karłach, którzy dostają za zadanie wykraść tytułowy przedmiot – czymkolwiek on jest – z opuszczonej syberyjskiej elektrowni, urzeka swobodą w mnożeniu tropów i kreowaniu komedii z bezruchu i przeciąganych ujęć. Bohaterowie na swojej drodze spotykają strażnika-mutanta podróżującego między wymiarami i beczkę tworzącą haiku po japońsku. Heist movie, parodia Stalkera Tarkowskiego i rosyjska melancholia płynąca z imponujących (i imponująco sfotografowanych) krajobrazów tworzą jedyną w swoim rodzaju mieszankę, potwierdzając, że hiszpański twórca jakimś cudem zdołał znaleźć swój własny język filmowy.

dystans

Dystans

Własny język filmowy znaleźli też Anka i Wilhelm Sasnalowie, którzy we wrocławskim konkursie pokazywali Hubę. Poziom realizacyjny ich filmu – malarskość precyzyjnie rozplanowanych kadrów i mnogość użytych technik – to absolutnie nowa jakość w polskim kinie. I choć można się zastanawiać, czy ta opowieść o starym człowieku i jego córce samotnie wychowującej małe dziecko w nieprzyjaznym industrialnym mieście nie wpada momentami w pułapkę oczywistości (według mnie – nie wpada), to z pewnością jest to film przynajmniej prowokujący do dyskusji. Wszystko wskazuje na to, że tego waloru zabrakło produkcjom nagrodzonym. Nagroda FIPRESCI dla wtórnej (chociażby w stosunku do pokazywanych jakiś czas temu we Wrocławiu Sąsiedzkich dźwięków) argentyńskiej Historii strachu (reż. Benjamín Naishtat), nieudolnie próbującej wykrzesać nastrój grozy z sytuacji nieuchronnego konfliktu mieszkańców slumsów i rezydentów bogatych przedmieść, to jedno z większych rozczarowań 14. Nowych Horyzontów. Z kolei obsypany podwójnymi laurami (Nagroda Jury i Nagroda Publiczności) Biały cień Noaza Deshego to po prostu wybór bezpieczny. Nie ma się zresztą co dziwić – decyzja Jury to zawsze efekt kompromisu i należy się cieszyć, że kompromisowy werdykt wyróżnił, koniec końców, bardzo dobry film. Może nie nazbyt szalony (aczkolwiek agresywny montaż i dzika, niezwykle ekspresyjna praca kamery robią wielkie wrażenie), ale ze – szczególnie jak na debiutanta – bardzo sprawnie poprowadzoną historią podejmującą ważny temat. Być może to właśnie temat ujął wrocławską publiczność – losy albinotycznego chłopca muszącego uciekać przed tanzańskimi łowcami (organy albinosów osiągają w Afryce astronomiczne ceny ze względu na swoje rzekome magiczne właściwości) to zbiór schematów znanych z filmów o dramatycznych ucieczkach, ale osadzenie ich w nowym, nieznanym nam kontekście nadaje im walor pewnej świeżości. Jury i publiczność nagrodzili więc film, co do którego zapanował konsensus, że niespecjalnie jest się do czego przyczepić.

zjazd absolwentów

Zjazd absolwentów

Na pewno nie ma się do czego przyczepić w przypadku Zjazdu absolwentów kontrowersyjnej szwedzkiej artystki Anny Odell, zwycięzcy Międzynarodowego Konkursu Filmów o Sztuce. Jest to przy tym film dalece bardziej ekscytujący i niesztampowy niż Biały cień. Odell, która jako jedyna nie została zaproszona na zjazd absolwentów jej szkolnej klasy, prezentuje w nim spekulację na temat tego, co by było, gdyby jednak się tam pojawiła i mogła wygarnąć wszystkim prosto w twarz, jak gnębiona czuła się podczas długich lat w szkole. Następnie Szwedka prezentuje rzeczywiste (acz odegrane przez aktorów) reakcje kolegów i koleżanek, którzy zgodzili się obejrzeć jej film. Powódź autentycznych emocji, film w filmie, pytanie o interpretację sztuki i jej korespondencję z rzeczywistością – choć Zjazdowi absolwentów daleko do miana prawdziwego filmu o sztuce, mówi o jej naturze o wiele więcej niż jakikolwiek inny film, z którym rywalizował we Wrocławiu. Nagroda nie wzbudziła więc żadnych kontrowersji – powędrowała do bezapelacyjnie najlepszej produkcji.

W obu konkursach (i poza nimi) zaprezentowała się cała gama interesujących debiutantów i twórców z jednym wcześniejszym filmem na koncie. Wyróżnić należy jeszcze Taja Nawapola Thamrongrattanarita, nagrodzonego za swój debiut 36 na zeszłorocznych Pięciu Smakach. W Mary Is Happy, Mary Is Happy. wciela w życie brawurowy pomysł skonstruowania fabuły z 410 tweetów tytułowej bohaterki. Od fantastycznego poczucia humoru po smęcenie związane z zawodem miłosnym – drugi film reżysera to kolejna oryginalna i bardzo udana próba ożywienia języka filmu.

wędrówka na zachód

Wędrówka na Zachód

Drugim odcieniem Nowych Horyzontów były natomiast prezentacje nowych dzieł stałych bywalców festiwalu. I to właśnie one zapewniły najwięcej emocji. Najbardziej rozchwytywane były chyba filmy mistrza bezruchu Tsai Ming-lianga – Bezpańskie psy i Wędrówka na Zachód, diametralnie od siebie odmienne, choć równie powolne i wymagające. Pierwszy to kontynuacja (i, jak zapowiedział reżyser, zwieńczenie) jego drogi fabularnej, kolejna opowieść o Hsiao-kangu osadzona w Tajpej, której rytm znów wyznaczają długie statyczne ujęcia pełne malarskiego piękna. Losy samotnego ojca wychowującego dwójkę dzieci w biedzie i znoju urzekają bezbłędnym uchwyceniem bezlitośnie powolnego upływu czasu. Charakterystyczne dla Tsaia elementy ciepłego humoru zostały tu zredukowane do minimum, dzięki czemu boleśnie łatwo poczuć cały trud, z jakim na co dzień mają do czynienia bohaterowie. Jednocześnie subtelna estetyzacja świata przedstawionego nie pozwala oderwać wzroku od tej wyjątkowo smutnej historii. Z kolei Wędrówka na Zachód to już czysty eksperyment, kontynuacja serii wideoinstalacji Walker przedstawiających buddyjskiego mnicha idącego ekstremalnie wolno przez rozmaite lokacje. Tym razem Lee Kang-sheng wędruje przez zatłoczoną, wiecznie spieszącą się Marsylię, a za nim zaczyna podążać nie kto inny jak Denis Lavant (ulubiony aktor Leosa Caraxa). Niecała godzina spowolnionego ruchu kadrowanego nie raz, nie dwa w przedziwny sposób (lustrzane odbicia, brak linii wyznaczających horyzont albo granicy między lądem i wodą) to nie tylko okazja do festiwalowego relaksu. To także wyśmienite ćwiczenie percepcyjne i o wiele więcej – zalążek traktatu na temat różnic między Wschodem i Zachodem, zachęta do refleksji nad tempem współczesnego życia i, najzwyczajniej w świecie, rzecz wyjątkowej urody. W niespodziewanym i ryzykownym ruchu Gutek Film zdecydował się wprowadzić ten film do kin, więc już niedługo każdy będzie miał okazję samodzielnie zmierzyć się z tym niepowtarzalnym eksperymentem.

Powiedzieć, że zmarły niedawno Rosjanin Aleksy German znów nie zawiódł, to nie powiedzieć nic. Dokończony przez jego syna-reżysera Trudno być bogiem to na pierwszej płaszczyźnie po prostu adaptacja słynnej powieści braci Strugackich traktującej o grupie naukowców wysłanych na planetę niemal identyczną do Ziemi. Niemal, gdyż jej cywilizacja jest na etapie średniowiecza. I to właśnie oddanie średniowiecznej scenerii stało się nadrzędnym celem Germana. Kamera – imitująca punkt widzenia widza – przez trzy godziny tapla się w błocie, ekskrementach i wszelkich innych wydzielinach. Czerń i biel (stały element stylu reżysera) nie chroni przed odpychającą namacalnością świata, przytłaczającą duchotą przepełnionych, ciasnych wnętrz i całkowitym narracyjnym chaosem. Wyjątkowo trudno zorientować się nie tylko w tym, kto z kim trzyma, ale nawet w tym, jaki właściwie jest główny bohater – jeden ze wspomnianych naukowców, który po 20 latach w tej rzeczywistości ma w sobie niemal tylko cynizm i zgryźliwy dystans. Ta scenograficzno-operatorska orgia to niezwykle przemyślany bałagan, chaos w stu procentach kontrolowany. Estetyzacja brzydoty osiąga tu swoje apogeum, a widz zostaje bezpardonowo wrzucony w sam środek tego błota i musi poradzić sobie sam. A przy tym, korzystając z języka zupełnie innego niż stosowany przez Strugackich reportażowo-naukowy, German był w stanie zawrzeć tu wszystkie interesujące ich tematy, z przekleństwem wiedzy i niemożności jej wykorzystania na czele. Kino ekstremalne i totalne zarazem, męczące, upodlające i, paradoksalnie, uwznioślające. Film, o którym będzie się dyskutować jeszcze długo.

trudno być bogiem

Trudno być bogiem

Dwóch znanych twórców zdołało zaskoczyć. Jean-Luc Godard przede wszystkim tym, że jego Pożegnanie z językiem da się w ogóle oglądać. Mając w pamięci całkowite szaleństwo tworów takich jak Film Socjalizm można było spodziewać się najgorszego, ale okazało się, że zachwyty towarzyszące canneńskim pokazom nie były ani trochę przesadzone. Francuski mistrz podejmuje tu swoje stałe tematy, na czele z rozpadem społecznych norm komunikacji i korespondującym z nim rozkładem języka kina. Bezpardonowe bombardowanie pozbawionymi związku obrazami zostaje przełamane poprzez wprowadzenie luźnej struktury narracyjnej nawiązującej nieco do Szalonego Piotrusia. Dzięki temu łatwo zachęcić się do zagrania z Godardem w jego wariacką grę. Bodaj największe wrażenie robi błyskotliwe wykorzystanie technologii 3D i jej potencjału do wywoływania bólu głowy. Z kolei Kornél Mundruczó zaskoczył czymś całkowicie przeciwnym. Jego Biały bóg z nowymi horyzontami kina ma bardzo niewiele wspólnego. Zamiast tego proponuje prostą historię (acz z ciekawymi podtekstami politycznymi) o porzuconym psie i poszukującej go nastoletniej właścicielce. Hagen musi uciekać przed hyclami, trafia w ręce brutalnego oprawcy tresującego go do walki, ląduje też w schronisku, gdzie grozi mu uśpienie. Udaje mu się jednak uwolnić i, wraz z całą armią psów, rozpocząć krwawą zemstę. Mimo brutalności, obecnej szczególnie w drugiej części filmu, Biały bóg całkiem dobrze wpisuje się w kanony kina familijnego. Nie imponuje bowiem bogatymi rysunkami psychologicznymi i zawiłością historii. Jego siła tkwi w czymś zupełnie innym – w realizacji. Jeśliby zamienić psy na ludzi, sekwencja ucieczki przed hyclami mogłaby znaleźć się w Ultimatum Bourne’a i w tym stwierdzeniu nie ma ani krzty przesady. Sposobu, w jaki Węgier napędza akcję, powinni pozazdrościć mu wszyscy hollywoodzcy koledzy. Biały bóg ekscytuje bowiem najbardziej jako wyśmienity film akcji. A po seansie w głowie kłębią się niekoniecznie pytania o politykę. Raczej o to, skąd reżyser wytrzasnął tak doskonałych czworonożnych aktorów i jakim cudem był w stanie nakręcić dynamiczne sceny z udziałem stu psiaków.

biały bóg

Biały bóg

W programie tegorocznych Nowych Horyzontów znaleźli swoje miejsce także muzycy Archive (Axiom), Nick Cave (20 000 dni na Ziemi), zespół Pulp (Pulp: film o życiu, śmierci i supermarketach), Michel Houllebecq (Porwanie Michela Houllebecqa), estońscy poszukiwacze szczęścia na łonie natury (Zaklęcie, które odpędza ciemność), kolejka linowa prowadząca do nepalskiej świątyni (Manakamana), Casanova i Drakula (Historia mojej śmierci) czy japońscy nastolatkowie (Zawsze woda). Wszyscy oni byli bohaterami bardzo dobrych filmów. Filmów bardzo niedobrych również można by kilka wymienić (z Jak całkowicie zniknąć Przemysława Wojcieszka i Małym przystankiem autobusowym Isy Genzken na czele). Tyle tylko, że nie warto. Lepiej po prostu poczekać na kolejne wyśmienite pozycje, jakie za rok obejrzymy we Wrocławiu. Może do tego czasu ktoś wymyśli skuteczny sposób na podawanie kofeiny w sytuacji, gdy nie działa już nawet podwójne espresso.

Robert Mróz

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.