Ruchome pocztówki z podróży – Balet Igora Moisiejewa w Warszawie

Truizmem byłoby stwierdzenie, że balet jest jednym z najważniejszych rosyjskich towarów eksportowych. Artyści pochodzenia rosyjskiego nie od dziś zasilają wiele zespołów zagranicznych, a gościnne występy baletów z ojczyzny Czajkowskiego promowane są u nas jako nadzwyczajne i prestiżowe wydarzenia. Nie inaczej było w przypadku polskiego tournée Państwowego Akademickiego Zespołu Tańca Ludowego im. Igora Moisiejewa. Była to druga wizyta tego zespołu w Polsce (poprzednia miała miejsce w roku 1982); artyści wystąpili przed naszą publicznością aż pięć razy, między innymi 11 października w warszawskim TWON.

 

Sam Igor Moisiejew, zarówno jako tancerz, jak i choreograf, był artystą bardzo wszechstronnym – zajmował się tańcem klasycznym, awangardowym i ludowym, nie bojąc się też łączenia stylów. Ponieważ główną misją założonego przezeń w 1937 roku baletu jest popularyzacja folkloru, rosyjski zespół zaprezentował u nas spektakl Tańce narodów świata. Program ten opiera się na barwnej mieszance stylizacji tradycyjnych tańców różnego pochodzenia – przede wszystkim z terenu dawnego ZSRR (choć nie zabrakło także bardziej egzotycznych tańców z Grecji, Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej). Na bis, w ramach ukłonu w stronę polskiej publiczności, pokazano również bardzo przyzwoitego krakowiaka.

Po tego typu spektaklach można spodziewać się przede wszystkim feerycznego widowiska pełnego muzyki i tańca. Często wymusza to daleko idącą stylizację czy nawet teatralizację folkloru – w zakresie kostiumu, muzyki, wreszcie samych choreografii oraz sposobu ich wykonania. Tak było i tym razem. Kolejne ogniwa programu przenosiły widzów w różne zakątki świata, tworząc kalejdoskop tanecznych obrazów. Oprawa wizualna rzeczywiście cieszyła oko dzięki atrakcyjnym kostiumom i odpowiedniej grze świateł (mimo że niekiedy dawały zbyt cukierkowy efekt). Z kreowaną w ten sposób atmosferą silnie kontrastowała za to otwierająca wieczór kilkuminutowa nostalgiczna projekcja poświęcona sylwetce Moisiejewa. Choć rozumiem zamysł przybliżenia zagranicznym widzom postaci założyciela zespołu, nie jestem pewna, czy akurat taki zabieg był w tym kontekście właściwy.

fot. Walerij Masterow

Wielka szkoda, że większości tańców towarzyszyła odtwarzana muzyka! Oczywiście rozumiem problemy organizacyjne tego typu przedsięwzięcia. Zespół, który odwiedził Warszawę, był i tak niezwykle liczny, więc wożenie ze sobą całej orkiestry, która zazwyczaj akompaniuje baletowi, byłoby chyba ekstrawagancją. Na szczęście znalazło się miejsce dla niewielkiego zespołu instrumentów ludowych, które zabrzmiały w kadrylu miejskim (m.in. akordeony i tamburyn) oraz adżarskim tańcu wojennym Chorumi (bęben doli). Te dwa tańce urzekły mnie szczególnie, a to właśnie dzięki energii, jaka wytworzyła się poprzez interakcję tancerzy z muzykami. To wtedy można było wyczuć największą dawkę emocji, humoru i chęci współzawodnictwa (kadryl), a nawet otwartej rywalizacji (Chorumi). Dzięki wykonaniu na żywo i mniejszym składzie uzyskano także pewien wymiar autentyczności – zwłaszcza że w przypadku tańca adżarskiego poprzestano na tradycyjnej muzyce. W innych numerach czasami drażniły mnie nieco zbyt rozdmuchane opracowania orkiestrowe, stylistycznie jakby sprzed kilkudziesięciu lat.

Wszystkie choreografie zostały opracowane przez samego założyciela baletu, co potwierdza zorientowanie obecnego kierownictwa zespołu na zachowanie ciągłości wykonawczej i stylistycznej, zgodnej z kierunkiem wytyczonym przez Moisiejewa. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że lwia część układów powstała nie tyle z myślą o zaakcentowaniu cech szczególnych i odrębności danego folkloru (na co zwraca się dzisiaj dużą uwagę), lecz raczej o jednolitości wyrazowej (co mogło być priorytetem kilkadziesiąt lat temu). W związku z tym, chwilami można było odczuć lekkie znużenie jednostajnością ekspresji. Na szczęście w choreografii nie zabrakło też elementów popisowych oraz dowcipu, co urozmaicało spektakl. Dzięki temu chyba największe brawa zebrała suita tańców greckich Sirtaki z krótkimi, lecz efektownymi solówkami. W pamięć zapadły mi również taniec Cyganów z Besarabii, aragońska jota do muzyki Michaiła Glinki, a także dwie miniatury wieńczące spektakl: fińska polka oraz fragment suity morskiej Dzień na statku. Spodobał mi się też wspomniany wcześniej krakowiak wykonany na bis, mimo że niewielu obcokrajowców potrafi oddać sprawiedliwość temu tańcu!

fot. Walerij Masterow

Co do samych tancerzy – rygorystyczna rosyjska szkoła nie poszła w las… Być może spektakl Tańce narodów świata nie wymaga od wykonawców wzbicia się na techniczne i artystyczne wyżyny sztuki baletowej, mimo to zdobyli oni w pełni zasłużony, gorący aplauz warszawskiej publiczności. W oczy rzucały się godna podziwu dokładność, dbałość o szczegóły, a także wytrzymałość w obliczu wymagających kondycyjnie choreografii. Jednak chyba największe wrażenie robiło fantastyczne zgranie całego zespołu – można by pomyśleć, że każde podniesienie stopy miało dokładnie wyliczoną wysokość, a tancerze byli niemal perfekcyjnie działającym trybikiem w baletowej maszynie.

Mimo opisanych wcześniej zastrzeżeń, bardzo miło wspominam występ Baletu Igora Moisiejewa na warszawskiej scenie. Tańce narodów świata są bowiem dokładnie tym, co obiecuje już sam tytuł – kolorowym tanecznym widowiskiem, rodzajem albumu z ruchomymi pocztówkami z podróży. Chociaż z reguły nie jestem wielbicielką tak daleko idącej stylizacji folkloru, muszę przyznać, że dzięki niej często staje się on bardziej przystępny dla większości widzów – zwłaszcza w przypadku mniej znanych nam kultur. Czy zabieg ten sprawdził się i tym razem? Sądząc po entuzjastycznym przyjęciu spektaklu w Warszawie, z pewnością tak.

Magdalena Jaworska 

5kilo kultury było patronem medialnym wydarzenia.

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.