Sekundy do zniszczenia

2015. Świat postarzał się o rok. No to chyba nie będzie wielkiego zaskoczenia, jeśli nawiążę do początku (czyt. solennej obietnicy poprawy w ciągu nadchodzących miesięcy), o którym każdy z nas myśli przy okazji wystrzelenia kolejnej petardy w ciemne niebo. Nie uciekniecie przed tym – grudniowo-styczniowa noc jest jak otrzymanie pakunku, który otwiera się przez cały rok; i jak wielka, kusząca tabula rasa. Podobnie bywa z płytami – nikt nie wie, co tak naprawdę się na nich kryje (poza ludźmi, którzy je nagrali, rzecz jasna), ale każdy zawsze liczy na pierwszy utwór. Trochę współczuję openingom – na nich ciąży największa odpowiedzialność, bo przecież pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Muzyka ma ten przywilej, że czasem wystarczy sekunda, by cały utwór powalił na kolana. Poniżej subiektywny wybór pięciu openingowych kawałków, które robią z mózgu miazgę.

 

The Beatles – I Saw Her Standing There

Spór o to, kto jest lepszy (Stonesi czy Beatlesi) trwa w najlepsze i pewnie nigdy nie zostanie rozstrzygnięty. I chociaż Keith Richards rzekł kiedyś: Nie sądzę, aby John Lennon kiedykolwiek opuścił mój dom w innej pozycji niż horyzontalna, co wskazuje na to, że panowie lubili wspólne balangi, to jednak uwielbiali też sobie dogryzać. Tymczasem dla mnie, pierwszy utwór debiutanckiego krążka liverpoolskiej czwórki powinien znaleźć się w tym zestawieniu z bardzo prostej przyczyny. Legendarny mccartney’owski okrzyk One, two, three, four! zapoczątkował nie tylko siedmioletni, najbardziej intensywny okres w zawodowym życiu Beatlesów, ale i międzynarodową histerię trwającą do dzisiaj. Plakietki z Beatlesami, sukienki z Beatlesami, tłumy zrozpaczonych dziewcząt pod hotelem, w którym nocują Beatlesi – to tylko niektóre z wyznaczników beatlemanii (przy okazji, czy jakiś inny zespół może poszczycić się terminem określającym miłość fanów do grupy, drodzy stonesomaniacy?). Mylił się ten, kto Johna, Paula, Ringo i George’a uważał za ulizanych chłopców w garniturkach. Po pierwsze, mówimy o facetach, którzy zostali deportowani z Niemiec za wyklejenie pokoju prezerwatywami i wzniecenie pożaru. Po drugie o muzykach, których teksty piosenek pozornie traktowały o trzymaniu się za rączki; niepozornie – o aktach seksualnych, ciężkich narkotykach i wojnie. I Saw Her Standing There może i nie jest najwybitniejszym dziełem, bo beatlesi w dyskografii posiadają zdecydowanie lepsze (zwłaszcza pod koniec kariery), ale z pewnością otwiera nowy etap w muzyce – wielką rewolucję.

Pink Floyd – Let There Be More Light

A Saucerful of Secrets to album szczególny – poza późniejszymi kompilacjami, które się nie liczą, to jedyny studyjny zapis wspólnej pracy dwóch wodzirejów grupy Pink Floyd. Niby pałeczkę przejął już David Gilmour, a jednak giatrę Barretta można usłyszeć w niemal połowie utworów. Samego Syda zresztą też. Ten pierwszy skierował wprawdzie styl grupy na zupełnie inne, progresywne tory, ale jedno pozostało niezmienne – od 1967 i The Piper at the Gates of Dawn aż do 2014 (The Endless River) spokojnie można nazywać ich bandem kosmicznym. Space Floyd dali radę, w pierwszym kawałku ich drugiej płyty ścierają się dwa światy. Narkotyczny, pełen niezrozumiałych wizji obraz Barretta i Davida z głową w chmurach; a jednak to dzieło niezwykle spójne. Może dlatego, że napisał je Waters.

Led Zeppelin – Whole Lotta Love

Gdyby muzykę można było zamknąć w zakładzie psychiatrycznym, to Whole Lotta Love powinna znajdować się w izolatce. Pierwsze sekundy, ten charakterystyczny, ba, legendarny riff jest esencją hardrockowej zadziorności, tajemnicy, seksapilu i przysłowiowego darcia mordy. Led Zeppelin przeciągają struny, jęczą niestosownie i doprowadzają do szału. Czy można chcieć więcej od lat 70.? Smaczku dodaje skandal z udziałem muzyków – trochę wcześniej podobny tekst napisał Willie Dixon (Baby way down inside, woman you need love/ Woman you need love, you’ve got to have some love, I’m gonna give you some love/ I know you need love), oskarżył Led Zeppelin o plagiat i wygrał. Nie do końca jednak wiadomo, kto ostatecznie zatriumfował – mimo wszystko, w pierwszej setce utworów wszech czasów magazynu The Rolling Stone, znaleźli się, o ironio, bezczelni plagiatorzy.

Black Widow – In Ancient Days

Psychodelia uwielbia takie okładki – nocne zjawy, wściekłe oczy i piekielne stworzenia. Jeśli do tego doda się jakiś złowieszczy tytuł, np. Ofiara, a wszystko wyśpiewa grupa Czarna Wdowa, muzyczne spełnienie gwarantowane. Black Widow jest zresztą zespołem, który od imprez na czerwonym dywanie woli ukrywanie się w podziemiu i komponowanie okultystycznych melodii. W swoim dorobku posiadają między innymi takie pozycje jak Przyjdźcie na Sabat, Atak Demona i Egzorcyzm. Przyjemnie. Trzeba jednak przyznać, że granie im wychodzi. Wzbogacone klarnetem i saksofonem dźwięki wychwalające szatana tworzą kontrastujący z treścią baśniowy klimat. Kto raz usłyszy In Ancient Days, nigdy o nim nie zapomni. Chyba nikt tak spokojnie nie śpiewa o własnej duszy uwięzionej w piekle. Oto moc psychodelii.

Kansas – Carry on Wayward Son

Chyba nawet sztandarowe Dust in the Wind przegrywa z tym utworem. Jest człowiek, są jego egzystencjalne problemy i zmagania w rockowej oprawie; dobrze, że Carry on Wayward Son raz bywa głośniejsze, mocniejsze za sprawą giatry, albo delikatne, kiedy gra pianino. Ludzie mają podobnie, że raz chcą krzyczeć, innym razem płakać, a przede wszystkim chcą odnaleźć wewnętrzny spokój. Życie to maskarada pełna wzlotów i porażek, możecie się uczyć, ale na końcu i tak nie będziecie niczego wiedzieć. Popatrzcie na świat z szerszej perspektywy, weźcie głęboki oddech, bo kiedy to wszystko się skończy, będzie dobrze. Tylko nie płaczcie. Takie ukojenie daje nam Kansas.

Paulina Kurek

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.