Skazani na wiksę, czyli trzy rzeczy, których dowiedzieliśmy się na OFF Festivalu 2016

Tegoroczny OFF Festival odbył się pod znakiem permanentnego kryzysu: w ciągu paru dni poprzedzających imprezę, a nawet w jej trakcie, odwołano występy kilku największych gwiazd, m.in. Anohni, zespołu The Kills oraz rapera GZA. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że nawet jeśli nadszarpnęło to nieco renomę festiwalu, to nie wpłynęło znacząco na jego poziom.

 

Z powyższym stwierdzeniem nie zgodzą się zapewne fani wspomnianych na wstępie artystów, ale publiczność, która wraca do Doliny Trzech Stawów co rok, zdążyła się już przyzwyczaić się do braku wielkich nazw w roli hedlajnerów. Dyrektor artystyczny festiwalu, Artur Rojek, sukcesywnie rezygnuje z zapraszania modnych gwiazd muzyki niezależnej (które coraz częściej trafiają na konkurencyjne festiwale) na rzecz własnych, często ryzykownych wyborów. A te zmieniają się wraz z gustem pomysłodawcy wydarzenia, dzięki czemu OFF Festival podlega ciągłym przemianom. Czego dowiedzieliśmy się na tegorocznej edycji tej najważniejszej w Polsce imprezy poświęconej muzyce niezależnej?

Nie warto chodzić na średnie koncerty

Być może zabrzmi to nieco kontrowersyjnie, ale nie widziałem w Katowicach ani jednego klasycznie rozumianego koncertu, który wywołałby we mnie jakiekolwiek emocje (w przeciwieństwie do występów stricte imprezowych, ale o tym zaraz). Lush? Poprawnie, ale zbyt wczesna godzina chyba uniemożliwiła wykreowanie odpowiedniego nastroju. Devendra Banhart? Tu problem był dokładnie odwrotny, ten koncert powinien odbywać się przy zachodzącym słońcu. Z kolei sam bohater wieczoru porwał publiczność tylko wtedy, gdy śpiewał po hiszpańsku (Mi Negrita, Carmensita). Brodka? Zdaje się, że jestem w mniejszości, ale jej występem byłem raczej zdegustowany. Całemu setowi brakowało dramatyzmu, a wielu utworom – po prostu muzycznej jakości, nawet jeśli koncertowym aranżacjom ciężko było cokolwiek zarzucić. Jeśli już pojawił się zalążek klimatu, to skutecznie rozmontowywała go sama piosenkarka przy pomocy żenującej momentami konferansjerki.

Stosunkowo największe nadzieje wiązałem z Minor Victories, supergrupą składającą się m.in. z wokalistki Slowdive Rachel Goswell oraz gitarzystów Stuarta Braithwaite’a (Mogwai) i Justina Lockey’a (Editors). Znając koncertowy potencjał macierzystych formacji, spodziewałem się najlepszego, jednak ich wspólny projekt chyba nie przebije się ponad poziom chwilowej ciekawostki. Wprawdzie obserwowanie, jak w jednym brzmieniu zlewają się wpływy różnych gałęzi niezależnej muzyki gitarowej (post-punk, post-rock, shoegaze) samo w sobie jest fascynujące, to wymagające warunki festiwalowe (gdzie trzeba konkurować z innymi bodźcami, nie tylko muzycznymi) odsłoniły kompozycyjną jednostajność i wtórność piosenek zespołu. Szkoda, że słabo wypadł chyba najciekawszy utwór z albumu, dynamiczny Scattered Ashes – a stało się tak przede wszystkim dlatego, że zabrakło odpowiedniego balansu między dwoma wokalami, których duet stanowi o sile tej piosenki (głos Rachel przez cały koncert z trudem przebijał się przez gitarową ścianę dźwięku).

Rozczarowały też występy polskich zespołów występujących w trójkowym namiocie, o których pisałem jeszcze przed festiwalem: SBB w klasycznym składzie wydawali się zaskakująco mało zgrani, Księżyc nie wytrzymał konkurencji z głośnym Mudhoney na scenie głównej, a Mgła zabrzmiała mało selektywnie – gitara prowadząca utonęła w morzu perkusji, co sprowadziło muzykę zespołu do brutalnego, pozbawionego melodycznego pierwiastka łojenia. Trudno mi było oprzeć się myśli, że ciekawsze wrażenia zapewniłoby mi odsłuchanie tej muzyki w domu, na niekoniecznie nawet wybitnej jakości sprzęcie. Większość koncertów okazała się okazją do zobaczenia artysty na żywo, a nie autentycznym przeżyciem – a tak bywało w zeszłych latach w przypadku The Flaming Lips, My Bloody Valentine, Slowdive, Mogwai czy Swans. Prawdziwych muzycznych wrażeń (nieosiągalnych w innych warunkach) dostarczyła w tym roku niemal wyłącznie muzyka taneczna. Wyjątkiem był specyficzny performens Willisa Earla Beala (który chwilami brzmiał jak kolejne wcielenie Davida Bowiego), odgrywającego utwory z telefonu i dyrygującego widzami. Tylko czy to jeszcze był koncert?

Lush

Lush

Devendra Banhart

Brodka

Minor Victories

Willis Earl Beal

Pozdro techno

A skoro o tańcach mowa – pozbawioną wyraźnej orientacji gatunkowej Scenę Leśną zastąpiła w tym roku scena Electronic Beats i pomimo początkowych obaw uważam, że był to strzał w dziesiątkę. Być może trudniej było o piknikową atmosferę znaną z poprzednich edycji, ale to chyba świadomy ruch ze strony Artura Rojka, który nie chce, by jego publiczność zbytnio się rozleniwiła. Całodniowa scena z muzyką taneczną to w pewnym sensie pokłosie zmian w całej muzyce niezależnej, coraz bardziej skręcającej w imprezowość. Szczęśliwie organizatorzy zapewnili daleko idącą różnorodność stylistyczną: znalazło się tu miejsce zarówno dla przedstawicieli islandzkiej muzyki elektronicznej (GusGus) czy silnej reprezentacji polskiej sceny (Rysy, Niemoc), jak i egzotycznych dla polskiej publiczności akcentów w rodzaju Islam Chipsy, czyli egipskiego mistrza syntezatora.

Jednak chyba najważniejsze okazały się cztery odsłony techno, które pokazały, jak różne brzmienie może mieć ten gatunek muzyki: aksamitne w przypadku DJ-a Koze, piaszczyste u klasyka z Detroit Derricka Maya, przeszywająco agresywne u Rødhåda czy wreszcie filigranowe w nowym projekcie Panthy du Prince’a, który do Katowic przyjechał wraz z gitarzystą Scottem Mou oraz perkusistą Bendikiem Hovikiem Kjeldsbergiem, prezentując materiał z albumu The Triad. Nie dotarłem na wszystkie pozostałe koncerty (żałuję, że ewakuowałem się z setu Maseckiego i Sienkiewicza, jak również że nie wykorzystałem krótkiego występu Williama Basinskiego, by zameldować się chociaż na kawałek podobno świetnego Kiasmos), ale z relacji znajomych wnioskuję, że scena trzymała dobry, równy poziom. Fani gitar muszą chyba pogodzić się z faktem, że to, co najciekawsze w muzyce niezależnej, dzieje się z dala od ich ulubionego instrumentu.

Islam Chipsy

Pantha du Prince presents The Triad

Niezach rządzi

Do obecności niezalu spoza zachodniego kręgu kulturowego (autorem tej wdzięcznej zbitki słownej jest Bartek Chaciński) na OFF Festivalu zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Pamiętając koncerty Omara Souleymana czy Group Doueh, trudno było nie oczekiwać z niecierpliwością występów The Master Musicians of Jajouka (pod wodzą Bachira Attara, czyli syna twórcy oryginalnej formacji) oraz pochodzącego z Ghany Ata Kak. To właśnie ten ostatni artysta okazał się największą rewelacją festiwalu, prezentując utwory z niezwykle przebojowego albumu Obaa Sima, odnalezionego przez twórcę projektu Awesome Tapes From Africa i wydanego ponownie już pod tym właśnie szyldem.

Organizacja tego koncertu na Scenie Eksperymentalnej (jako jedynej posiadającej specjalnie skonstruowaną drewnianą podłogę dla widowni) była strzałem w dziesiątkę, bo ułatwiło to publiczności nieskrępowaną zabawę pod sceną – w pewnym momencie właściwie nie dało się nie podskakiwać, bo drewniane panele poruszały się wraz ze skaczącymi ludźmi. W tym samym miejscu dzień wcześniej wystąpili wspomniani wcześniej muzycy z Maroka, którzy zaprezentowali swoją wersję sufickiej muzyki transowej rozpisanej na instrumenty dęte drewniane oraz perkusyjne. Część publiczności szybko opuściła namiot w reakcji na powoli rozwijające się utwory, jednak pod koniec koncertu ciężko było znaleźć kogoś, kto nie dałby się porwać do tańca hipnotyzującemu rytmowi. Cieszy fakt, że tego rodzaju egzotyczne projekty nie stanowią na OFF Festivalu jedynie ciekawostki i że podlegają surowej selekcji – dzięki temu występy artystów z Afryki nie są miejscem, w którym można odpocząć od regularnych koncertów. Wręcz przeciwnie, po zakończeniu imprezy z reguły wymienia się je w gronie hajlajtów.

The Master Musicians of Jajouka led by Bachir Attar

Tegoroczna edycja po raz kolejny (i chyba najmocniej w całej historii imprezy) potwierdziła słuszność stwierdzenia, że na OFF Festival jedzie się dla muzyki, a nie dla nazw. Tym razem należałoby dodać: dla muzyki i dla dobrej zabawy. Skoncentrowanie się na tradycyjnie pojmowanych koncertach mogłoby pozostawić pewien niedosyt, ale ten, kto rzucił się w wir imprez (a czasem nie było innego wyjścia, bo w jednym czasie grali wyłącznie artyści z kręgu muzyki elektronicznej), wyjechał z Katowic zadowolony.

Czy to właściwy kierunek dla imprezy, która jeszcze kilka lat temu trzymała rękę na pulsie muzyki niezależnej, i gdzie można było zobaczyć pokaźną grupę artystów z czołówek rocznych podsumowań portalu Pitchfork? Dzisiaj takich nazw jest zdecydowanie mniej, a Artur Rojek zamiast zdobywania nowej publiczności przy pomocy modnych zespołów liczy raczej na wiernych uczestników, którzy niezmiennie ufają jego autorskiej wizji. O odwołanych koncertach szybko się zapomni, ale portfele (a przede wszystkim kalendarze) festiwalowiczów nie są z gumy – jeśli wszystkie aktualne rewelacje w świecie niezalu będą trafiać na konkurencyjne imprezy, to OFF Festival może stracić nawet tych fanów, którzy do tej pory nie wyobrażali sobie pominięcia go w swoich wakacyjnych planach. Być może sięgnięcie po elektronikę i sfokusowanie się na słuchaczach, którzy do Doliny Trzech Stawów przyjeżdżają właśnie po to, by wyszaleć się przy dźwiękach techno czy muzyki afrykańskiej, jest jedyną strategią, która pozwoli na sprytną ucieczkę od wyniszczającej rywalizacji o najgłośniejsze nazwiska bez utraty unikatowego charakteru wydarzenia. Czy takie podejście się opłaci? Przekonamy się w kolejnych latach.

Clutch

Fumaça Preta

Thundercat

tekst: Marcin Sarna

zdjęcia: Kamila Staniszewska

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *