Słoń w naszym salonie

Choć słowo EXIT wyświetla się niemal w każdym punkcie ogromnego gmachu szkoły, to wydaje się, że miejsce to jest zamkniętą betonową pułapką. Nikt nikogo nie obchodzi, nikt nikomu nie pomaga. Niebezpieczeństwo tkwi w zamkniętym systemie. Nawet paniki brak. Powstały w 2003 roku Słoń Gusa Van Santa nawiązuje do tragicznej strzelaniny w szkole średniej, do której doszło cztery lata wcześniej w Columbine.

 

My, Amerykanie, uczymy swe dzieci, aby miały nadzieję, oczekiwały lepszego życia, pracowały w celu osiągnięcia go. Jeśli jednak szanse spełnienia tej nadziei nie będą wystarczająco duże, nie da się uniknąć niepokojów i zamieszek – napisał w jednym ze swoich dzieł amerykański socjolog Elliot Aronson. Słoń zdaje się odpowiedzią na niespełnione społeczne nadzieje, filmem, który przestawia zbiorowy zawód zilustrowany bezwiedną agresją i przemocą.

Ten obraz od początku niepokoi. Bohater, który wprowadza nas w historię, ma intensywnie żółtą koszulkę, kolejny – t-shirt z krzyżem na plecach. Przykuwająca wzrok bohaterka o męskich rysach jarzy się na ekranie w czerwonej bluzce – to ona będzie pierwszym celem. Szkoła przyjmuje odpychające, zielone barwy, bezpośrednio jawi się jako miejsce wrogie, nieprzyjemne. Jej niemal niekończące się korytarze przypominają labirynt. Poruszają się po nim zwyczajni uczniowie: mądrzy i głupi, przeciętni i atrakcyjni. Są wśród nich: Nicole, Erik, Alex, John, Elias, Nathan, Carry, Jordan, Acadia, Britanny, Michelle. Wiemy, jak się nazywają – chwilowy występ każdego z nich na ekranie poprzedzony jest planszą z imieniem.

Słoń to też obraz amerykańskiej szkoły w systemie neoliberalizmu flagowanego wielkimi słowami: wolność, swoboda, jednostka, rozwój. Tę szkołę Van Sant widzi jednak jak plac zabaw – uczniowie właściwie nie uczą się, raczej rozwijają zainteresowania. Reżyser wchodzi do sali, w której przygotowują fotografie, obserwuje spotkanie klubu gay&les, którego temat na dziś to Po czym rozpoznać geja? Przygląda się nic nieznaczącym rozmowom w pełnej zdrowego jedzenia stołówce, chichotom i śmiechom szkolnych piękności.

Nie ma w tym cienia komentarza, jest przestrzeń dla widza. Van Sant podąża za bohaterami, oni są w centrum, wszystko wokół nich jest niewiele znaczącą przestrzenią. Rejestruje rzeczywistość niczym dokumentalista kina bezpośredniego, nie wtrącając się do niej. Ustawia ją jednak zręcznie, czego najdoskonalej dowodzi trzykrotnie powtórzona scena krótkiej, pozornie niewiele znaczącej rozmowy dwóch bohaterów (trzecia postać przebiega w tle): Hej, jak leci? Zrobię ci fotkę, w porządku? Z dokładnością do milimetra scena ta powtórzona jest z punktu widzenia każdej postaci. Ujęcia są długie, kamera cierpliwie podąża krok w krok za bohaterem. Widz obserwuje postać i mglistą, filmowaną w nieostrości rzeczywistość wyprzedzającą ją. Niebanalna jest również inna sekwencja: Van Sant, ustawiając statyczną kamerę, filmuje boisko. W kadrowanym 4:3 obrazie widzimy jedynie wycinek pola, chwilami bez postaci na nim. Spokojny montaż nie zaburza obrazu. Skupienia wymaga tylko jego niechronologiczny układ.

Bohater o imieniu Alex i muzyka Beethovena przywodzą na myśl Mechaniczną pomarańczę Stanleya Kubricka. Van Sant, podobnie jak jego wielki poprzednik, obrazuje zamożne anglosaskie społeczeństwo, a w nim zwyczajną, być może odrobinę znudzoną młodzież. Dorośli, dialogujący o samochodach i stekach, nie mają w tej historii znaczenia. Może jeden z nich – dyrektor, będący uosobieniem bezosobowości, człowiek, który, nie wdaje się w dyskusję, nie przyjmuje wyjaśnień. Jego los i powrót w dramatycznej scenie końcowej to głos przeciwko jednostkom rządzącym w danym miejscu, ale i przeciwko jednemu z nich – nauczycieli, grona nierzadko tak łatwo krzywdzącego młode jednostki.

Sam słoń pojawia się zaledwie w jednej scenie i tylko przez kilka sekund. Główny bohater gra w swoim pokoju na pianinie, a jednak z jakichś powodów reżyser kieruje obiektyw na ściany. Na jednej z nich widnieje powieszony wśród innych szkic słonia. To tylko drobny element. Oryginalny tytuł Elephant jest bezpośrednim nawiązaniem do filmu dokumentalnego o tym samym tytule z 1989 roku, dotyczącym problemów społecznych w Irlandii Północnej. Metaforyczny tytuł obu filmów odnosi się do powiedzenia The Elephant in our living room, oznaczającego problemy o tak znacznych rozmiarach i obecne na porządku dziennym, że aż ostentacyjnie ignorowane.

Pojawia się pytanie: Kto zawinił? Może strzelanki, w które w jednej ze scen grał Alex, może bezwiednie oglądane przez Erica filmy dokumentalne o III Rzeszy, może morze możliwości bezkresnego internetu, w którym wszystko jest na sprzedaż? Ostatecznie – prawdopodobnie – tak chętnie wykrzykiwane przez media szerokie pojęcia państwo, społeczeństwo, system, rodzina, brak autorytetów. W połowie filmu pojawiają się ujęcia nadciągającej burzy. Spokojne, pozbawione wzniosłych emocji wykonywanie założonego planu. Planu B, bo A dosłownie i w przenośni nie wypalił. W tle Dla Elizy Beethovena i zdjęcia kłębiących się chmur. Koniec.

Beata Poprawa

Słoń

reżyser: Gus van Sant

premiera: 19 maja 2003

produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.