Sonia pisze piosenki

sonia pisze piosenkiSonię poznaliśmy przy okazji supportowania wrocławskiego koncertu Lilly Hates Roses w ubiegłym roku i od razu zakochaliśmy się w jej piosenkach. Kwestią czasu więc było poproszenie jej o zarekomendowanie ulubionych filmów. Zdradziła nam na temat kina nawet trochę więcej – sprawdźcie sami.

 

Wydaje mi się, że od zawsze filmy były bliskie mojemu serduchu. Wzbudzały fantastyczne, pozytywne emocje. Takie, które też wielokrotnie przydały się przy pisaniu piosenek.

Okazało się, że moje ulubione obrazy łączy kilka istotnych cech. Przede wszystkim ich główni bohaterowie zazwyczaj wyróżniają się spośród ogółu takimi cechami jak np. niesamowita wyobraźnia, oryginalne usposobienie. Większość z tych bohaterów zazwyczaj czuje się niezrozumiana, skłócona ze światem lub po prostu od niego odseparowana, dajmy na to, ze względu na chorobę. Zauważyłam, że nieustannie zwracam uwagę na nietypowe zachowania moich faworytów, ich pojmowanie rzeczywistości, sposób, w jaki wpływają na otoczenie.

Przywiązuję także ogromną wagę do scenografii. Lubię, gdy w filmach pojawiają się oryginalne wnętrza i zabawa kolorami. Najważniejsza jest jednak sama atmosfera takiego obrazka – miło jest przecież wrócić do domu, zaparzyć ulubioną herbatę, zakopać się pod stosem koców i poduszek i obejrzeć ciepły i pogodny film. Taki, który wywoła uśmiech na twarzy czy doda energii. Specjalnie dla portalu 5kilo kultury wypisałam kilka moich ulubionych tytułów, które nie tylko przyniosły mi dużo satysfakcji jako widzowi, ale też łączą się w pewien sposób z debiutującym projektem Sonia pisze piosenki.

Natalia Brożyńska – „Drżące trąby” (2010)

Etiuda szkolna Natalii Brożyńskiej, która za sprawą nieodpartej słodyczy bije rekordy popularności. Przyznaję, mam słabość do rzeczy urokliwych i rozkosznych, a animacja „Drżące trąby” zdecydowanie ma w sobie te cechy. Nieistotny prosiak-statysta, fajna rura od odkurzacza, ulubiony ręcznik w muchomorki to motywy, które złapią za serce nawet największego ponuraka. Staram się, aby moje piosenki były podobne – takie ciepłe i kochane. W momencie zatracenia krótkometrażówka Brożyńskiej okazuje się lekiem na wszystko, załatwia sprawę w mig. Dzięki niej uśmiech i pomysły na piosenki zawsze wracają.

    Paweł Partyka – „Fantastyczny sklep z kwiatami” (2001)

    Zawsze chciałam mieć piosenkę, której tekst będzie lustrzanym odbiciem fabuły filmowej. Do tej pory napisałam takie dwie. Pierwsza z nich jest luźno powiązana ze spektaklem Agnieszki Osieckiej „Apetyt na czereśnie”, druga z kolei bazuje na polskiej krótkometrażówce z 2001 roku o wdzięcznym tytule „Fantastyczny sklep z kwiatami”. „Fantastyczny…” to opowieść o pewnej kwiaciarni, a właściwie o tym, co ma miejsce po jej zamknięciu. Kiedy gasną światła, szpulki drutu zamieniają się postaci kobiet i mężczyzn. Rozlega się muzyka, bohaterowie łączą się w pary i zaczynają tańczyć. Wspaniała atmosfera kończy się jednak wraz ze wschodem słońca. Swoją drogą, piosenkę „A Fantastic Flowershop” poświęciłam mojej przyjaciółce Zuzance, która w mojej wyobraźni była właśnie jedną z tych tańczących postaci, radosnych i cieszących się chwilą.

      Fabienne Berthaud – „Lily” (2010)

      Oryginalna francuska produkcja, do której często wracam. Na niespełna dwie godziny zostajemy wciągnięci w niesamowity świat pewnej nastolatki. Poznajemy Lily w momencie, gdy leży na ziemi i udaje potrąconego królika. Obserwujemy jej kolejne dziwactwa – gdy leży na grobie swojej matki, zakłada na głowę ośmiornicę, maluje czerwonym lakierem pazury ulubionego indyka. Tytułowa bohaterka ma własny świat niedostępny dla innych. Pojmuje rzeczywistość inaczej niż przeciętny człowiek. Chociaż na początku Lily wydawała mi się snobką i egoistką, dość szybko zmieniłam o niej zdanie i poczułam ogromną sympatię. Polubiłam ją do tego stopnia, że kiedy jeszcze tworzyłam projekt muzyczny ze wspaniałym przyjacielem Emilem, bardzo długo naciskałam, abyśmy przyjęli nazwę Lily Sometimes, nawiązującą do angielskiego tytułu filmu. Staram się robić tak, aby bohaterki moich piosenek były właśnie takie jak Lily – spontaniczne, pomysłowe, troszkę zbuntowane. Aby tak jak ona żyły z dala od nudy, przeciętności i zupełnie oddały się marzeniom.

      Jean-Pierre Jeunet – „Amelia” (2001)

      Mój absolutny numer jeden. Arcydzieło, które obejrzałam kilkanaście razy. Coś ukochanego. Doceniam ten film właściwie za wszystko – rewelacyjny scenariusz, ponadczasową rolę Audrey Tautou czy te paryskie klimaty, do których mam słabość. Jednak największe wrażenie zawsze wywiera na mnie muzyka autorstwa Yanna Tiersena. Biorę sobie do serca każdą melodie, którą on tworzy. Od dawna szukam na pianinie dźwięków tak wzruszających jak jego „Comptine d’un Autre Été” albo „La Valse d’Amélie”. I nie tylko na potrzeby projektu Sonia pisze piosenki. Jednym z moich małych marzeń jest skomponowanie ścieżki dźwiękowej do filmu. Ot, takie jednorazowe doświadczenie. Uwielbiam wymyślać na pianinie nowe motywy, rozbudowywać je, wyobrażać sobie, do jakiej sceny filmowej mogłyby się przydać. Na razie tylko tak eksperymentalnie, dla zabawy. Kto wie, może to marzenie się kiedyś ziści.

        Do Sońkowej listy dorzucam jeszcze kilka tytułów, które w ostatnim czasie rozbawiły mnie do łez albo zmusiły do refleksji: „Orzeł kontra rekin”, „W kosmosie nie ma uczuć”, polecone przez kochaną ekipę Lilly Hates Roses animacje Adama Eliotta („Mary i Max”, „Harvie Krumpet”), „Dziewczyna z lilią”, „Sklep dla samobójców”, „Delicatessen”, „Jak we śnie” oraz „Moja łódź podwodna”.

         

        Następna porcja rekomendacji WKRÓTCE!

        Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

        Dodaj komentarz

        Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.