Sound + Vision

Film i muzyka to dwa niemal nierozerwalne elementy. I chociaż nie sposób wymagać od każdej piosenki oprawy wizualnej, tak przeważnie kino bez muzyki obyć się nie może. U podstaw X muzy leży obrazowanie emocji dźwiękiem i ta wzajemna relacja przetrwała do dziś. Wprawdzie myśląc dosłownie o tym związku, pierwszym co przychodzi do głowy jest instrumentalna ścieżka dźwiękowa, bowiem wiele scen w historii kina za każdym razem odżywa dzięki piosenkom, które tym samym zapewniły im wieczną młodość.

 

Soundtrackiem zwykło się nazywać wszystkie dźwięki występujące w kinie – od wstępu po napisy końcowe. Jednak instrumentalna ścieżka dźwiękowa, która powstaje specjalnie na potrzebę filmu, wraz ze wszystkimi dźwiękami tła to score. Bez tego sporo filmów nie miałaby racji bytu – najlepsze ścieżki większość z nas pamięta do dziś. Jednak to właśnie piosenki, które znamy i kochamy, czynią nawet najbardziej nierzeczywisty obraz możliwym do odtworzenia w myślach w najmniej oczekiwanym momencie. Wystarczy zaledwie fragment Girl, You’ll Be a Woman Soon w wykonaniu Urge Overkill, by zobaczyć hipnotyzujący taniec Umy Thurman tuż przed przedawkowaniem, Time Of My Life istnieje już niemal tylko w symbiozie z finałową sceną Dirty Dancing, a kilka nut Bohemian Rhapsody przenosi z powrotem do Świata Wayne’a. Jednak pomijając te niezbywalne klasyki jak The End z Czasu Apokalipsy, scenę z Julią Roberts śpiewającą Kiss Prince’a w wannie (Pretty Woman), czy słodko-gorzki finał Absolwenta, znajdziemy dużo więcej – nowych i starych, znanych i mniej znanych, za to niezapomnianych ujęć, które muzyka uczyniła ponadczasowymi.

Forever 90’s

Dla ludzi w moim wieku oglądanie filmów zaczęło się w latach 90. I poza kilkoma kasetami oraz Trójką łapaną połamaną anteną boomboxa, podstawowe źródło muzyki wbrew pozorom stanowiła telewizja. Wtedy kanały muzyczne faktycznie puszczały teledyski, na filmy można było się natknąć w konkretne dni tygodnia na fikuśnych stacjach dzięki satelicie Astra, a pan z osiedlowej wypożyczalni VHS nie pytał o wiek, chociaż ledwo sięgało się nad ladę. Jednym z najbardziej umuzykalnionych obrazów z tamtego czasu jest Trainspotting – nie trzeba przypominać pościgu w rytmie Lust For Life czy Atomic na dyskotece – jednak największe wrażenie robi wykorzystanie Perfect Day z płyty Transformer Lou Reeda. Cały film tętni niewyobrażalną energią, mnóstwo tu obciachowego eurodance ilustrującego świeży wówczas Londyn i odniesień do Iggy’ego Popa, jednak to scena przedawkowania zostaje w głowie na tak długo. Wszystko dzieje się powoli, Renton delikatnie zapada się w czerwony dywan swojego ulubionego lokalu, a reszta mechanicznie dzieje się wokół niego: taksówka-szpital-dom-odwyk, czyli dzień będący przeciwieństwem tego idealnego, ale łatwiejszy do przeżycia z Lou.

Takie wyciszenie serwuje również Chris Isaak w Dzikości serca. Oto jeden z najbardziej porąbanych tytułów kina drogi, z dwójką narwanych bohaterów, którzy na środku pustkowia skaczą wściekle do Slaughterhouse Powermad, są w sobie szaleńczo zakochani i wyruszyli po swoją wolność, bez widoków na przyszłość. Akcja zwalnia dokładnie na jeden moment, gdy Lulu i Sailor siedzą obok siebie w samochodzie, bez słowa podążają naprzód, a z radia dobiega senna Wicked Game, będąca dziś klasycznym evergreenem. Niedługo po premierze piosenka trafiła na listę Hot 100 czasopisma Billboard i chociaż została opatrzona własnym teledyskiem, to właśnie kontrast z fragmentem z filmu pozwala jej wybrzmieć najpiękniej.

Jeśli chodzi sceny finałowe, prym wiedzie jeden z nowożytnych klasyków – Fight Club. Absolutnie wszystko, czego potrzebuje film w pigułce, opatrzone jedną z najbardziej surrealistycznych piosenek amerykańskiej kapeli Pixies. Where Is My Mind? powstała jeszcze w latach 80., kiedy lider zespołu Black Francis był na studiach. Chociaż kawałek inspirowany jest nurkowaniem, nie sposób pomyśleć o lepszym niż tytuł wersie, który opisałby film. Sama płyta Surfer Rosa znalazła się na liście najważniejszych albumów czasopisma Rolling Stone i niewiele wspólnego ma z wakacyjną sielanką. W ten sposób dwa klasycznie satyryczne elementy stopiły się w jedno, w tej ostatniej scenie, gdy Edward Norton jest w samych gaciach i trzyma Helenę Bohnam Carter za rękę. W ten sposób tworzą najprawdopodobniej najgorszą parę na świecie, a miasto za oknem eksploduje na ich oczach. Wchodzą napisy końcowe, a widzowie nie ruszają się z foteli.

Od początku, raz jeszcze

Dwudziestolatki to wciąż młode piosenki. Część z nich zawsze będzie brzmieć młodo i świeżo, podobnie jak świeże zostaną sceny, w których można je usłyszeć. Trudno uwierzyć, że po raz pierwszy finałową scenę Między słowami można było oglądać 10 lat temu, kiedy Just Like Honey była jeszcze niepełnoletnia. Po raz kolejny najbardziej spektakularny jest finał – gdy Bill Murray wysiada z taksówki, dogania Scarlett Johansson, by ucałować ją na pożegnanie i obiecać sobie, że już nigdy więcej nie wrócą do Tokio. Odchodząc nie spuszcza z niej wzroku, a my słyszymy leniwą perkusję z Be My Baby zespołu The Ronettes, przechodzące po chwili w szesnastoletni wówczas riff The Jesus And Mary Chain.

Wokół podobnie ciepłego klimatu obraca się początkowa scena kolejnej pozycji na liście nowej klasyki. Co do tego, że Donnie Darko jest współczesnym odpowiednikiem Alicji w Krainie Czarów nie ma żadnych wątpliwości, a wrażenie to jedynie pogłębia ścieżka dźwiękowa, której najbardziej magicznymi momentami są właśnie piosenki z lat 80. Gdy jeszcze nikt nie wie co się stało, a początek to jedynie rowerowa przejażdżka o świcie, trudno oczekiwać, że zapadnie ona w pamięć. Dzieje się tak dzięki Echo & The Bunnymen, których The Killing Moon jest dziś ponadczasowym hitem. I chociaż ciężko wskazać drugą taką w dorobku zespołu, wokalista Ian McCulloch miał rację mówiąc, że gdy ją śpiewa wie, że na świecie nie ma grupy, która miałaby coś chociaż trochę przypominającego ich kawałek. Robi największe wrażenie, chociaż w filmie można usłyszeć także Mad World czy pobrzmiewające w tle imprezy Love Will Tear Us Apart Joy Division.

Ta druga ma więcej do powiedzenia w bardziej współczesnym filmie. Człowiek, który pokochał Yngvego to obraz trochę o młodzieży dla młodzieży, a trochę tkwi w roku 1989, dzięki czemu jest prawdziwą soundtrackową bombą i wehikułem czasu. Poza fantastycznym momentem, gdy na samym początku usłyszymy nawet Bo jo Cie kochom De Press, najbardziej wzrusza jedna z ostatnich scen, kiedy Jarle po prostu jedzie autobusem w swoim okropnym swetrze, a w tle rozbrzmiewają pierwsze dźwięki Love Will Tear Us Apart.

Time takes a cigarette

Wiadomo, uczucie bycia młodym Kolumbem, towarzyszące nam za każdym razem, gdy za pośrednictwem filmu (czy to z listy piosenek wśród napisów końcowych, czy z wyłuskanych poszczególnych fragmentów tekstu) odkrywamy coś nowego jest fantastyczne. Jednak to moment, w którym nasze ukochane piosenki wybrzmiewają z ekranu cieszy najbardziej. U mnie w ten sposób działa David Bowie. I chociaż Całkiem zabawna historia to komediodramat w otoczeniu oddziału psychiatrycznego z klasycznym dla gatunku humorem i czasem ponurymi złotymi myślami (Ten kto nie jest zajęty rodzeniem się, jest zajęty umieraniem), jest w nim jedna scena, podczas której można się zapomnieć. Zapominają się wszyscy – aktorzy (czy też postaci), producenci, panie od charakteryzacji, scenografowie i mistrz oświetlenia, ale przede wszystkim widzowie. Dostają bowiem teledysk z krwi i kości, żywcem wyjęty z początku lat 70., kiedy Bowie paradował wysmarowany brokatem na niewyobrażalnie wysokich koturnach. Chociaż tło Under Pressure zostało stracone na wieczność w popowym zapożyczeniu grupy Vanilla Ice na potrzeby Ice Ice Baby, piosenka nie postarzała się ani o dzień. Powstała przez przypadek, kiedy w 1981 roku Bowie po prostu wpadł do szwajcarskiego studia, w którym nagrywali Queen. Później Roger Taylor przyznał, że jest to jedna z najlepszych piosenek w ich dorobku. Dla bohaterów filmu jest chwilą zapomnienia, tak potrzebną w przytłaczającym świecie, by chociaż na chwilę mogli się oderwać od umierania.

Kolejny szczególny (muzyczny) moment Bowiego w kinie to film Control. W historii Joy Division (a raczej Iana Curtisa) znalazło się miejsce zarówno dla wczesnej, jak i późniejszej twórczości artysty. W latach 80. Manchester również nawiedziła fala ruchu post-Bowie, kiedy to grupy brytyjskich nastolatków, które kilka lat wcześniej oglądały jego występ w Top of The Pops, teraz formowały własne zespoły, które wkrótce miały zmienić oblicze muzyki. Obok Joy Division powstały grupy takie Depeche Mode, OMD, Siouxsie and The Banshees czy Bauhaus i to dokładnie wtedy, gdy muzyk kończył swoją Berlińską Trylogię. W Control to właśnie smutna Warszawa robi największe wrażenie, gdy Sam Riley i Alexandra Maria Lara powoli zapadają się w ogromną kanapę, bo chwilowo tylko w ten sposób mogą spędzić moment razem. Opierają o siebie głowy w tak prostej scenie, w której monumentalny utwór brzmi zupełnie naturalnie, jakby nie mógł należeć nigdzie indziej.

A teraz kawałek wszech czasów – Heroes. The Perks Of Being A Wallflower to trochę piosenka o młodości. I jest najpiękniejsza w jednej, konkretnej scenie – the tunnel song. Gdy wszyscy poza bohaterami wiedzą, że z samochodowego radia dobiega kawałek Bowiego, znajduję w pamięci moment, w którym po raz pierwszy usłyszałam Heroes i szczerze powiedziawszy, w mojej głowie wyglądał tak samo. Jedna z najpiękniejszych kiedykolwiek napisanych piosenek o miłości, z kosmicznym riffem nie do podrobienia i klasyczną historią miłosną. Bowie zainspirował się producentem, Tonym Viscontim, który całował swoją dziewczynę pod murem berlińskim. Historia przeklętych kochanków mieszkających po dwóch stronach barykady ułożyła się sama. I gdy w krótkim wywiadzie z drugiej połowy lat 70. Bowie zapytany o Heroes mówi, że jest po prostu bardzo ładną piosenką o miłości, wszyscy wiedzą, że jest czymś o wiele więcej. Przy produkcji pracował też Brian Eno, a do nagrania sekwencji gitarowej zaproszono Roberta Frippa. I chociaż Fripp bez wątpienia tworzył genialne kawałki, dopiero przypadek zadecydował o wielkości piosenki. Okrągły riff został nagrany trzy razy, a Tony Visconti niechcący odtworzył wszystkie trzy wersje jednocześnie. Tak powstała jedna z najpiękniejszych piosenek, która poleciała w radiu pewnego wieczoru w latach 90., by trójka nastolatków na chwilę mogła poczuć, że lata.

Natalia Jankowska

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Tagged with: , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*