Śpiewać (nie)każdy może

George Dorn Screams – Ostatni dzień EP (2014) wyd. własne

Bydgoski zespół George Dorn Screams po kilku anglojęzycznych płytach i osiągnięciu przyjemnie stabilnej pozycji na rynku alternatywnym postanowił właściwie z dnia na dzień przewrócić do góry nogami cały świat – swój artystyczny i odbiorców przyzwyczajonych do nostalgicznego wokalu oraz angielszczyzny Magdaleny Powalisz.

 

Magda nadal tu jest. Ekspresja głosu również pozostała ta sama. Jednak na rzecz ojczystego języka w zapomnienie odeszły wersy po angielsku. Polska kapela, która decyduje się na zmianę języka z łatwiejszego w wyrazie na ten obfitujący w masę niezrozumiałych wyjątków i wyjątków od wyjątków, niemożliwych momentami do wymówienia, automatycznie stawia się na krawędzi przepaści, dodatkowo zawiązując sobie oczy i podcinając linkę asekuracyjną. Nie oszukujmy się – prawdziwą sztuką jest dobrać polskie słowa tak, by nie brzmiały tandetnie i jednocześnie nie zlewały się w częstochowskie rymy. Przede wszystkim George Dorn Screams nagrali kolejny album wpisujący się w ich postrockową stylistykę połączenia smutów i przesterów. Zresztą sami o sobie piszą, że są wypadkową spotkania Mazzy Star i Joy Division. Trudno o lepszą diagnozę i rekomendację. Dlatego wszystko, o czym można i należy wspomnieć przy tej okazji, nie powielając oczywistości dotyczących tego zespołu, to odważne zagranie, jakim jest próba wyśpiewania tych samych emocji po polsku.

Wszyscy zacierali ręce na samą myśl o słowach krytyki pod adresem bydgoszczan, jednak szybko zostali postawieni do pionu za sprawą sześciu bezbłędnych utworów składających się na EP-kę Ostatni dzień. Lirykę trudno porównać z jakąkolwiek inną. Z jednej strony wersów takich jak Walka na kwiaty nie powstydziłby się sam Mickiewicz, z drugiej – pomysł na utwór 8 dzień tygodnia nowatorski nie jest. Jednak wystarczy jedno przesłuchanie, żeby wiedzieć, że nie będziemy musieli się wstydzić tych piosenek na własnych odtwarzaczach.

Kasia Nosowska zapewne od premiery Ostatniego dnia czuje na karku chłodny oddech konkurencji. Mimo zauważalnych podobieństw wokalnych dobrze jest mieć świadomość, że liderka Hey nie jest jedyną ostoją trzymania poziomu– i to na każdej płaszczyźnie porównawczej. Reszta polskich kapel chcących wykonywać utwory w języku naszych pradziadów powinna wziąć na warsztat ostatnie dokonania bydgoszczan. Dzięki temu być może unikniemy językowego paszkwilu, który miałby szanse zostać docenionym tylko i wyłącznie na facebookowym fanpage’u Najgłupsze wersy w historii polskiej muzyki. Stachursky i Rogucki wówczas wciąż pozostaną bezkonkurencyjni, ale to sprawa wagi państwowej.

EP-ka George Dorn Screams jest materiałem wartym dyskusji głównie ze względu na teksty. Gdyby nie to, byłaby tylko kolejnym wydawnictwem George Dorn Screams, za które środowisko w chwili premiery poklepałoby po ramieniu, pogłaskało po główce, a potem – skazało na zapomnienie. A tak mamy kawał świetnego materiału, który ponownie może rozniecić ogień w niekończącej się debacie o tym, czy polskie zespoły powinny śpiewać po polsku. Powinny – tym bardziej, jeżeli potrafią to robić.

Olek Adamski

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *