Styl klasyczny

Mają w sobie coś z powrotu do korzeni, a w czasach, gdy większość dźwięków generowana jest komputerowo, są równocześnie próbą pokazania czegoś nowego. Przynajmniej raz w roku ktoś wydaje album (wstaw dowolną nazwę zespołu) symfonicznie, a największe muzyczne gwiazdy odświeżają w ten sposób swój wizerunek. Choć aranżacje orkiestrowe same w sobie wprowadzają ciekawy pierwiastek do znanych utworów, sztuką jest wykorzystać ich potencjał w naprawdę zaskakujący sposób. Efekty? O nich przeczytajcie poniżej.

 

Jamie Cullum z The Heritage Orchestra — koncert w ramach cyklu BBC Proms 

Można by pomyśleć, że mariaż jazzu z klasyką to prosta sprawa — wszak ten gatunek bardzo lubi sekcję dętą, bardziej rozbudowaną perkusję, nie pogardzi też skrzypcami. Szkopuł w tym, że przy całej swojej otwartości na instrumentarium, jest gatunkiem bardzo kameralnym i trudno sobie wyobrazić jazzowy feeling w grupie ponad osiemdziesięciu osób. Jamie Cullum na tym koncercie po raz kolejny udowodnił, że potrafi przekraczać granice — a robił to już znakomitymi coverami Rihanny (Please Don’t Stop The Music) czy Radiohead (High And Dry). Wrażenie robią utwory z początku (All At Sea) i końca (These Are The Days), które orkiestra znakomicie dopełnia nie tylko smyczkami, ale też harfą czy nawet imitacją odgłosu deszczu (woda wyciekająca z przedziurawionego plastikowego pudła). Warto też zauważyć, że akompaniament spisuje się świetnie zarówno w spokojniejszych, jak i bardziej zadziornych kawałkach. Zresztą sami posłuchajcie — zwłaszcza jeśli kawałki Jamie’ego dobrze już znacie.

Coldplay z The British Paraorchestra — Strawberry Swing na koncercie w trakcie ceremonii zamknięcia letniej paraolimpiady w Londynie

Staram się potraktować ten fragment rekomendacji bardzo profesjonalnie, ale trudno mi pominąć zarówno fakt, że to mój ulubiony utwór Brytyjczyków, jak i to, że w oczywisty sposób chodzi tutaj o coś więcej. Coś, o czym trudno napisać unikając patosu i banalnych stwierdzeń. Są tacy, którzy kwestionują ideę igrzysk paraolimpijskich, są też tacy, którym, z tych samych powodów, wykonanie tego utworu z orkiestrą niepełnosprawnych nie będzie się podobać. Dla mnie jest jednak kolejnym dowodem na to, że Coldplay nie są tylko wydarzeniem muzycznym, ale czymś na kształt fenomenu społecznego, przekazującego dźwiękami niesamowitą energię. W tym kontekście instrumentalny wstęp do Strawberry Swing dodaje kawałkowi nie tylko muzycznej jakości, ale przenosi go po prostu na inny, międzyludzki poziom. Za to należą się ukłony tak zespołowi, jak i paraorkiestrze.

Portishead z New York Philharmonic Orchestra — album Roseland NYC Live

To zdecydowana rzadkość w twórczości zespołów, żeby ich najlepszy album był koncertówką. W przypadku Portishead tak się właśnie stało (i myślę, że moje zdanie podzieli wielu fanów), nie tylko ze względu na znakomity dobór utworów, ale przede wszystkim dzięki niezapomnianej aranżacji orkiestrowej. Czy Brytyjczycy byli w tym pierwsi? Nie sądzę, ale z pewnością jako jedni z pierwszych pokazali, ile mocy ma w sobie to rozwiązanie. Smyczki fenomenalnie komponują się z prostotą trip-hopu, bazującego tylko na głosie Beth Gibbons, gitarze i syntezatorze. Bogatsze harmonicznie utwory zyskują nowy wymiar, także emocjonalny. Roads staje się jeszcze smutniejsze, a Sour Times jeszcze bardziej przejmujące. Trudo oprzeć się wrażeniu, że brzmienie Portishead już nigdy nie będzie tak pełne w swej formule.

Fink z Royal Concertgebouw Orchestra — album Fink & The Royal Concertgebouw Orchestra

Muzyka Finka, dość szczelnie wypełniona efektami gitarowymi i charakterystycznym wokalem, wydaje się trudna do uzupełnienia, dlatego pomysł Holendrów jest trochę inny niż choćby w przypadku Portishead. Rola orkiestry nie ogranicza się bowiem do konstruowania harmonii, a poszczególne sekcje wchodzą w dialog z oryginalną aranżacją, ciekawie ją ubarwiając. W efekcie niesamowicie podnosi to wartość muzyczną utworów, nadając im trochę charakter muzyki filmowej — zwłaszcza w końcówce zawsze wspaniałego na koncertach Sort of Revolution. Chciałoby się kiedyś usłyszeć taki koncert na żywo z nieco szerszym repertuarem (bo na płycie utworów z orkiestrą jest tylko pięć). 

Archive z orkiestrą L’Autunno — trasa koncertowa w kwietniu 2011

Dziwnie jest pisać o koncercie, który widziało się dwa i pół roku wcześniej, a jeszcze dziwniejsze jest go tak dobrze pamiętać. O tym, że Archive zdarza się raz na jakiś czas grać w towarzystwie orkiestry kameralnej, wiadomo każdemu fanowi ich twórczości. Kiedy więc z takim projektem przyjechali do Polski — nie wahałam się ani minuty. W efekcie uczestniczyłam w jednym z najlepszych koncertów w życiu. Subtelne, świetnie zaaranżowane smyczki genialnie towarzyszyły surowej elektronice, wypełniając puste przestrzenie utworów. Sprawdziło się to znakomicie, bo Brytyjczycy nigdy nie spieszą się z konkluzjami swoich utworów i powoli rozwijają frazy. Do dziś słyszę jeszcze miarowe smyczki w otwierającym koncert Lights, wspaniałe harmonie w Collapse/Collide i jeszcze bardziej emocjonalne Again. Szkoda tylko, że Archive wciąż nie zdecydowali się na wydanie tej setlisty w formie płytowej, bo z pewnością udało im się wznieść na poziom albumu Portishead. Pozostaje nam jedynie czekać.

Marta Kubacka

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.