Subiektywny przegląd wytwórni muzycznych, vol. 1

every day hate logoMój wydawca jest złodziejem! śpiewał w satyrze na polski przemysł muzyczny Kazik Staszewski. Wiele zespołów miało okazję przekonać się o tym bardziej lub mniej boleśnie. Są jednak wydawcy, którzy działają na mainstreamowym rynku muzycznym, czy też, co interesować nas będzie najbardziej, wspierają kitrający się w próbowniach i małych klubach undergroud, bez zwyrodnienia, o którym śpiewał Staszewski. Mowa tu o ludziach określających priorytet swojej działalności jako współpracę z muzykami i pomoc w dzieleniu się ich twórczością. Ta i każda następna publikacja serii ma na celu zmobilizowanie was, drodzy czytelnicy, do sięgnięcia po płyty, których raczej na półkach EMPiKów i Media Marktów nie znajdziecie. Na pierwszy ogień – w tym momencie ogień to określenie najbardziej adekwatne – pójdzie wydawnictwo, z którym 5kilo miało i bez wątpienia będzie jeszcze mieć przyjemność współpracować – EveryDayHate.

 

10685089_10202587628388448_611746068_nEveryDayHate to Andy, który swoją działalność prowadzi od 2002 roku w Krakowie. Ma do zaoferowania niezwykle szeroki i ciekawy katalog grup parajcych się grindcore’em we wszystkich jego plugawych odmianach. Jak dotąd zamknął się jak on w 57 wydawnictwach (w planach jest już następne 5). Doliczyć do niego trzeba merch w postaci t-shirtów, bluz, DVD. EveryDayHate nie jest skupione jedynie na polskiej scenie, mając w ofercie płyty kapel takich jak Every Day Hate Andychoćby hiszpański Disturbance Project, szwedzki Massgrav, holenderski Teethgrinder i wiele, wiele innych. Stoisko Andy’ego wędrowało już po wielu branżowych imprezach, m. in. Play Fast Or Don’t, Obscene Extreme czy Brutal Assault. Ponadto EDH związane jest osobą jej szefa z serią krakowskich gigów EveryDayGrind, na których zagrały tak zasłużone dla sceny ekipy jak The Kill, Final Exit czy P.L.F. Jak dotąd impreza odbyła się trzykrotnie. Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądały dwie z nich, nie wahajcie się ani chwili, by sprawdzić nasze relacje (, EverydayGrind#3). EveryDayHate, oddane idei DIY, napędzane jest pasją i ma na celu promowanie ekstremalnej muzyki, wspieranie kapel i, poprzez to, współtworzenie sceny grindcore’owej. Dlatego też zapraszam do skorzystania.  . Znajdziecie pod nim zarówno sklep EveryDayHate, jak i profil bandcamp, gdzie posłuchacie tego, co label ma do zaoferowania oraz spenetrujecie jego facebookowy profil. Natomiast poniżej natkniecie się na recenzje wydawnictw czterech kapel, które nie tylko doskonale reprezentują to, czym zajmuje się EveryDayHate, ale i niejako definiują grindcore na najwyższym poziomie. Enjoy!

warfuck neantification

Warfuck – Neantification – EDH041

Pochodzący z Francji duet jest nie tylko jednym z najciekawszych zjawisk na grindcore’owej scenie, ale i autorem najlepszej jak dotąd grindcore’owej płyty tego roku. Nico i Mak grają razem w równie mocnym, ale bliższym klasycznej formie grind-młócki Obnoxious, jednak to Warfuck jest perłą w koronie ich muzycznych poczynań. Panowie nie ograniczają się w swojej twórczości jedynie (ekhm…) do grania – Nico odpowiedzialny jest również za pełen desing ich płyt oraz zaplecza internetowego, Mak natomias zajmuje się obróbką i publikacją video- i fotorejestracji ich dokonań. Tyle z grubsza o muzykach. Płyta Neantification to genialna w formie i treści pigułka intensywności rozumianej nie jako głośniej, szybciej, ciężej. Wśród perkusyjnych kanonad i gitarowych zgrzytów znajdziecie tu przede wszystkim konkretne i przemyślane kompozycje, które bez trudu wyprzedzają przeciętne rypnięcia z grindowego podwórka. Wokal Nico, tak jak niektóre riffy i przejścia, sączą blackmetalowy jad, ale dociążająca, intensywnie okładana perkusja Maka pokazuje, że Warfuck nie mają w planach dalekich od grindu odjazdów i mocno opierają się na jego fundamentach (Apprendre À Plaire). Całość urozmaica wpleciona pomiędzy utwory przejmująca narracja. Tajemniczy głos soczystym cockney’em wypowiada, potem wypluwa, z czasem wręcz wypłakuje przejmujące deklaracje (jak choćby How we express ourselves is buying shit!), co czyni płytę jeszcze ciekawszą. Dodajcie do tego saksofon użyty w ostatnim na płycie Rondell i macie prawdziwy grindcore’owy majstersztyk. Co się tyczy brzmienia, już sam rzut oka na personel, który studyjnie wspierał to wydawnictwo, wiele wyjaśnia – płyta zmasterowana została przez samego Dana Swanö, który okrasił instrumenty i wokale odpowiednim brzmieniem. Sprawdźcie też koniecznie prace autora fenomenalnej okładki płyty, Sandro ‘Drew’ Duvala, które wciągają i imponują tak samo cover do Neantification. Jeśli indie ma swoje The Black Keys, a elektronika – Orbital, to niech mnie ch… chlaśnie, ale grindcore ma Warfuck! Wykrzyknik!

Disturbance Project Grita Mientras PuedasDisturbance Project – Grita Mientras Puedast – EDH046

Grita Mientras Puedast to już stricte grindcore’owa miazga na pełnych obrotach. 25 tracków składa się na 20-minutową jazdę po bandzie skonstruowanej z drutów kolczastych i zardzewaiałych gwoździ. Skład Disturbance Project jest jak najbardziej podstawowy – gitara, bas, perka i wokal – ale w grindzie do szczęścia czasem wystarczy i mniej (as per above). Wali to jednak jak Bob Sapp sierpem w wątrobę, więc pierwszy kontakt z muzyką boli dopiero po chwili, kiedy oszołomieni zaczynamy odczuwać moc uderzenia. Zagęszczone do maksimum partie gitar, bas rażący piorunami przesterów, mocna, napakowana sterydami z triggerów perkusja akcentowana tylko talerzami, krzyczany i growlowany na wieprza wokal to przepis na trueschoolowy grind, w którym specjalizują się Hiszpanie. Nie wiem, czy słoneczny Madryt wkurwia już członków DP, ale coś musi krzewić nienawiść do gnijacego świata, która wyziera z płyty… Muzyka zawarta na płycie doskonale zobrazowana jest grafikami zawartymi w booklecie wdawnictwa (przy czym okładka to już prawdziwy majstersztyk). Ich twóca (perkusista DP – Nico) zmajstrował je tak sprawnie i ciekawie, że nie trzeba znać hiszpańskiego, by z grubsza pojąć, co do przekazania mają muzyczni ekstremiści z DP. Jest kilka ciekawych, czytelnych riffów (jak świetny, wyłaniający się z gąszczu hałasu w Peste Borboncia), czy świetnie przełamywanych aranżacji (Mentiras, Ellos Venden Sumision), ale proszę od Hiszpanów oczekiwać raczej terapii szoku i elektrowstrząsów, niż wyraźnego i elokwentego przemawiania do rozsądku. Jedna z mocniejszych płyt tego roku, nie tylko w kontekscie grindcore’u, choć zaznaczyć trzeba, że to bomba złożona z materiałów wybuchowych zamieszczonych na wcześniejszych wydawnictwach grupy. Te pozbierane zostały z różnych splitów do tak zwanej kupy, nagrane ponownie i podrasowane mocnym, żywym brzmieniem. Dzieki temu moc jest taka, że aż kłębi się w formie atomowego grzyba.

Human Cull - Stillborn NationHuman Cull – Stillborn Nation – EDH047

Human Cull to brytyjska ekipa, którą tworzą woklaista/gitarzysta Edd, perkusista/wokalista Sam oraz Luke – basista. Trzech chłopa wystarczy, by przygrzmocić konkretną porcją grindcore’u zmiksowanego z crustem i oldschoolowym death metalem. Bardzo, bardzo oldschoolowym. Pamiętacie debiut Pestilence? Tak? To właśnie tak oldschoolowym. Podobnie jak w przypadku Disturbance Project i ich Grita Mientras Puedast, także tu okładka odzwierciedla hałas, jaki niesie ze soba 25-minutowy Stillborn Nation. Grafik i muzyk Stiv of War wykazał się wyjatkowym, jak na swój dotwork, minimalizmem, jednak nie przeszkodziło to jego pracy w poruszaniu już przy pierwszym kontakcie. Podobnie jest z muzyką. Wypadkowa wspomnianych stylów daje skondensowaną dawkę muzyki brutalnej i trochę po szwedzku szorstkiej. Szybkie partie walą w słuchacza niczym Rocky Balboa w gruszkę, wolne gruchoczą kości głębokimi dołami sekcji rytmicznej (szególnie w ultraniskich, brudnych stopach i tomach). Oprócz ciężaru i siły mamy tu również charakterystyczne dla gry Edda, momentami celowo zafałszowane partie gitar. Nadaje to kompozycjom nieco mroku i urozmaica nieskomplikowane, ale dosadne utwory. Gitarzysta nie bał się w te urozmaicenia wpleść nawet solówek w Unwilling Martyrs oraz Anger Inferno. Wokale to dialogi growlu (jeszcze raz uszanowanko dla oldschoolowego deathu) i niskiego krzyku, ale to też nie schemat dla zawartości Stillborn Nation. Free to Suffer atakuje partią wysokiego wrzasku, a na niektórych nagraniach wyczuć można inspiracje Kevinem Sharpem. Płytę podsumowuje 5-minutowy walec Echoing Silence. Ta długaśna jak na grind, ale niezwykle wciągająca kompozycja instrumentalna, opatrzona świetnymi przejściami perkusji, zostawia słuchacza zupełnie zdezorientowanego, bo niby Stillborn Nation się skończyło, a dalej coś trzeszczy i skrobie w uszach.

TeethgrinderTeethgrinder – Hellbound EP – EDH045

Debiutancka siedmiocalówka Holendrów z Teethgrinder to porcja grindu serwowana w wydaniu spośród wszystkich rekomendowanych tu kapel najbardziej deathmetalowym. Soczyste, żywe brznienie, tak jak w przypadku Human Cull, uwypukla doły przesterowanego basu i nisko strojonej perkusji, dzięki czemu muzykę odczuwamy całym ciałem. Gitary Marta Wijnholdsa ładnie kleją kolejne riffy, a wrzeszcząco-growlowany wokal wypluwa liryki z siłą co najmniej magnum. Choć zespół działa dopiero drugi rok, EP-ka ukazuje jego niezwykły potencjał, objawiający się zgrabnymi, dokładnie przemyślanymi kompozycjami. Nispełna 12 minut grindowego szaleństwa Hellbound dowodzi, że jego twórcy to jedna z ciekawszych kapel na holenderskiej scenie, zarówno pod względem twórczym, jak i wykonaczym. Szybkie partie pchają całość raźno do przodu, jednak nawet te najbardziej rozpędzone w idealnym locie, pięknie hamują i lądują z telemarkiem. Ciekawe zwolnienia są bowiem najmocniejszą stroną grupy. Holendrzy postanowili wnieść do nich coś więcej niż tylko, skądinąd sprytnie wplecione, -corowe zajawki. Mamy tu więc klimatyczne dialogi z filmów, sludge’owe riffy i wokalne popisy Johnatana. Operuje on niezwykle szerokim wachlarzem środków wyrazu, z fantastyczną ekspresją wykrzykując antysystemowe, zaangażowane teksty – kolejny atut krążka. Na korzyść Hellbound działa też opakowanie winyla. Jeśli lubicie komiksowe artworki – te skromne, ale wyraziste – to na pewno spodobają wam się obrazki, którymi ozdobiona jest tekturka zawierająca piękny splatter vinyl. Aż strach pomysleć, co będzie się działo na debiutanckim długograju Holendrów. Teethgrinder spiłuje nim ząbki słuchaczom dokładnie tak, jak dentystka – Bożena Dykiel w Nic śmiesznego – bez zawahania, bez skrupułów, bez pytania. You better be ready!

tekst: Tomasz Spiegolski

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *