Survive… or die trying

Film, o którym wielu słyszało, ale niewielu odważyło się go obejrzeć. Owiany legendą tak złowieszczą, że niewiele klasyków sci-fi i horroru może mu dorównać w dziedzinie rozgłosu i (nie)sławy. Przygotujcie się na Seans Grozy. Obowiązkowe wyposażenie obejmuje zestaw najlepszych kumpli, mnóstwo piwa i gotowość na ataki histerycznego śmiechu. Przed wami Zabójcze ryjówki!

 

Amerykański filmowy horror i science-fiction lat 50. to temat na niejedną książkę. Jego najwybitniejsi przedstawiciele, jak np. Inwazja porywaczy ciał z 1956 roku, to filmy chwytające zimnowojenne lęki i polityczne tarcia, podające niegłupi przekaz pod płaszczykiem banalnych historyjek o inwazjach obcych. Intelektualny potencjał tkwiący w science-fiction odkrył zresztą niejeden mistrz pióra i kina, by wspomnieć tylko Lema, braci Strugackich, Tarkowskiego czy Kubricka. Jednak lata 50. stanowiły także złotą erę dla twórców, którzy, choć utalentowani inaczej, byli prawdziwymi entuzjastami i chcieli po prostu nakręcić własny film. Najsłynniejszy z nich to oczywiście nieśmiertelny Ed Wood, którego Plan 9 z kosmosu nosi dumne miano najgorszego filmu wszech czasów. I choć analiza procesu historycznego, który doprowadził do erupcji talentów właśnie w tym momencie rozwoju kina, byłaby niezmiernie ciekawa sama w sobie, bardziej fundamentalne pytanie brzmi: czy rzeczywiście film Wooda zasługuje na ten prestiżowy tytuł? Śmiem twierdzić, że znalazłby się niejeden godny konkurent.

Poważnym pretendentem niewątpliwie są, wyrastające z przebogatej tradycji monster movies, Zabójcze ryjówki z 1959 roku. Fabuła, czy raczej tło narracyjne, jest, jak w większości tego typu filmów, banalnie proste – na skutek huraganu grupka ludzi zostaje uwięziona na wyspie, na której pewien naukowiec prowadzi eksperymenty. Coś idzie nie tak i z laboratorium wydostają się przerośnięte i – jakżeby inaczej – krwiożercze ryjówki. Oczywiście sam fakt, że historyjka jest cienka jak Polsilver, nie wystarczy w konfrontacji z dziełami Wooda. Ryjówki posiadają jednak inne kluczowe w tej dyscyplinie cechy. Po pierwsze, jest to film koszmarnie wręcz zły. Podstawowe błędy realizacyjne w rodzaju swobodnego żonglowania porą doby w ramach jednej sceny, zerowe umiejętności aktorów, więcej niż absurdalne pomysły scenariuszowe (szczególnie polecam scenę z budową czołgu) – to i jeszcze więcej w zaledwie 69 minut! Po drugie, same ryjówki. Mordercze stwory z filmu Raya Kellogga (wiecie, tego od Gigantycznej jaszczurki) obrosły legendą nie bez przyczyny. Otóż wcielają się w nie… psy, którym założono maski mające oddawać fizjonomię gryzoni. Pomysł genialny w swojej prostocie i mrożący krew w żyłach wykonaniem.

Łatwo odnieść wrażenie, że Zabójcze ryjówki to po prostu gniot nie warty nawet chwili uwagi. To jednak nieprawda – w końcu niniejszy tekst ma służyć jako rekomendacja filmowa, a nie głupi żart. I tak się składa, że Ryjówki chcę wam serdecznie i szczerze polecić, gdyż jest jeszcze po trzecie: film ten ma grono zagorzałych wielbicieli. Jak to możliwe? Otóż wśród całej masy wyprodukowanych w latach 50. bardzo, ale to bardzo złych filmów, lśnią perełki, które można by określić mianem tak złych, że aż dobrych. Film Kellogga niewątpliwie do nich należy, jest bowiem piekielnie w swojej nieporadności zabawny. Jeśli tylko przygotujecie odpowiednio dużo piwa oraz grono najlepszych przyjaciół, oglądając Ryjówki ubawicie się po pachy. Wielbicielom tzw. filmów kultowych nie muszę o tym mówić, pozostali niech spróbują, a się przekonają.

W tym miejscu uwidacznia się ważka rola takich produkcji. Trudno trafić na film, który rzeczywiście będzie aż tak tragiczny, by zmienić się w przednią komedię, ale gdy już uda się taki złowić, jego uspołeczniające właściwości są nie do przecenienia. Kino to zazwyczaj rozrywka samotnicza, przynajmniej w czasie samego seansu (bo po nim oczywiście czas na gorące dyskusje). Filmy kultowe nie podporządkowują się temu ograniczeniu, zachęcając do oglądania wspólnotowego, do głośnych komentarzy, okrzyków zdegustowania, ekspresyjnego zachwytu nad co głupszymi momentami. To po prostu inna forma imprezy. Produkowane taśmowo przez studio Asylum potworki w rodzaju Sharknado potwierdzają, że zapotrzebowanie na bezwstydny kamp i rozrywkę elitarną w swoim zidioceniu nie maleje.

To jeden z powodów, dla których warto sięgnąć do korzeni i zapoznać się z kanonem złych filmów, z których moim ulubieńcem są właśnie Ryjówki. Drugim jest prawdziwa pasja, która stoi za Ryjówkami czy Planem 9 z kosmosu. Ich twórcy nie mieli zielonego pojęcia o robieniu filmów, ale mimo to nie spoczęli, póki nie zrealizowali swoich marzeń. Żyli z dnia na dzień, zapożyczali się u rodziny i znajomych, uciekali się do naprawdę kreatywnych form finansowania (np. realizację Nastolatków zombie (1959) umożliwiła pomoc lokalnego… masarza, który w zamian za pieniądze zażyczył sobie głównej roli dla swojego syna), czasem wręcz do oszustwa – wszystko po to, by móc podpisać się pod dziełem, eufemistycznie mówiąc, wątpliwej jakości. Wtedy jeszcze moda na filmy kultowe nie istniała, można więc sobie wyobrazić, jak wielkiej determinacji wymagała realizacja takich przedsięwzięć. Z pewnością dużo większej niż dziś.

Jeśli więc po pełnym napadów śmiechu seansie Ryjówek czy Planu 9 z kosmosu widz sięgnie np. po filmową biografię Eda Wooda w reżyserii Tima Burtona, to przewrotnie okaże się, że nawet takie dzieła mogą pełnić funkcję edukacyjną. A tych, którzy kanon kina kultowego mają w małym palcu, z pewnością ucieszy informacja, że w 2012 roku powstała… druga część Ryjówek. Co więcej, w roli głównej występuje James Best, wcielający się w oryginale w kapitana Thorne’a Shermana! Hasło reklamowe: The killer shrews are back and only one man knows how to tame them… or die trying. Urocze, nieprawdaż? Tylko szkoda, że ryjówki z komputera…

Robert Mróz

Zabójcze ryjówki

Reżyseria: Ray Kellogg

Premiera: 25 czerwca 1959 (świat)

Produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.