Szara eminencja S.A.

Producent muzyczny to cholernie niewdzięczna fucha. Siedzi taki w studiu za szybą i jest bardzo ważny, a muzycy się go boją i pokornie słuchają. Nawet jeśli jest to Christopher Walken i jedyne, czego chce, to więcej cowbella (słynny skecz z Blue Öyster Cult). Ale żarty na bok, szanujmy producentów. Taki człowiek się niemiłosiernie namęczy, bo przecież to niełatwe zadanie opanować zgraję nie zawsze trzeźwych grajków, a na koniec nikt nawet nie ma pojęcia o jego istnieniu. Nie każdy, na ten przykład, wie, o kim mowa, gdy słyszy nazwisko Steve Albini, ale zapewniam was i za chwilę to udowodnię, że doskonale znacie go wszyscy.

 

Pixies – Bone Machine (1988)

Niech mi ktoś powie, że nie zna Pixies. Nawet jeśli nie wgłębiał się w twórczość amerykańskiej grupy, to na pewno natrafia czasem na swojej facebookowej tablicy na Where Is My Mind? (tak, to ten kawałek z Fight Clubu). Debiut Pixies to zdecydowanie jedna z najlepszych, a na pewno najbardziej znanych produkcji Albiniego. Brudny, naturalny dźwięk, eksperymenty z nagrywaniem w łazience, charakterystyczne echo i te cudne chórki Kim Deal. Surfer Rosa to album bardzo konsekwentny w swoim założeniu brzmieniowym i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to zasługa Albiniego. Sam producent twierdzi, że nie wywiera wpływu na zespoły z którymi pracuje i traktuje swoją pracę bardziej rzemieślniczo niż artystycznie, ale w tym całym rzemiośle bez wątpienia jest jakieś boskie tchnienie.

Nirvana – Heart-Shaped Box (1993)

Kurt Cobain był wielkim fanem naszego dzisiejszego bohatera. Albini odpowiada za produkcję jego ulubionych albumów, Pod zespołu Kim Deal, The Breeders, czy wspomnianego Surfer Rosa, więc chciał, by właśnie on zajął się produkcją trzeciego albumu Nirvany. Pomimo tego, że obecnie wszyscy lubią In Utero, to pierwotnie z albumem związane były pewne kłopoty. Kiedy Cobain wysłał do ważniaków z Geffen Records taśmy, ci nie byli zadowoleni z efektów. Obawiali się m. in. o sukces komercyjny płyty. W końcu sami czlonkowie zespołu zaczęli wątpić w swoje dzieło, co miało się nawet zakończyć nagrywaniem od początku całego materiału przy wsparciu innego producenta. Albini stanowczo się sprzeciwił, gdyż album nie miał być zmieniany bez jego udziału, lecz po rozmowie z Novoselicem oddał taśmy i panowie wraz ze Scottem Littem nieco zmodyfikowali ostateczne brzmienie. Sam Albini dość niechętnie odnosił się do końcowego efektu, twierdząc, że niezbyt przypomina album, który razem wyprodukowali. Ile jest w tym prawdy, nie dowiemy się chyba nigdy, ale czy to ważne, gdy In Utero to po prostu kawał dobrej muzyki?

The Jesus Lizard – Mouth Breather (1991)

No dobrze, część oczywistości za nami. Wkroczmy teraz w nieco mniej znane rejony. The Jesus Lizard to zespół, który towarzyszył Albiniemu przez bardzo długi okres. Od 1990 do 1994 pod jego opieką grupa wydała aż 4 albumy. Panowie reprezentują to, w czym pan Steve czuje się chyba najlepiej: niesamowitą, niepohamowaną dźwiękową agresję, brud, przemoc i beztroski, powalający hałas, który wyzwala diabelską wprost energię (polecam materiały koncertowe). Słuchając ich drugiego i zdecydowanie najlepszego krążka Goat można spłonąć niczym postać na okładce. Jest to projekt najbliższy muzycznie temu, co w kilku zespołach w tamtych latach tworzył sam Albini, ale o tym za chwilę.

Pojęcie Mouth Breather to w slangu określenie na kogoś, kto jest tak głupi, że nie nauczył się oddychać nosem. Tytułowym mouth breatherem miał być jeden z członków legendarnej grupy Slint, Britt Walford, który został poproszony przez Steve’a Albiniego, by popilnował jego mieszkania przez kilka tygodni. Przez ten czas Britt zgubił klucze do lokalu i w próbie wyważenia drzwi wyrwał także część framugi. Całość, zamiast porządnie naprawić, przybił ordynarnie gwoździami. Poza tym zepsuł toaletę, doprowadzając do poważnego wycieku ścieków w piwnicy, w której Albini trzymał sprzęt muzyczny.

Don’t get me wrong, he’s a nice guy, I like him just fine
But he’s a mouth breather

Big Black – Bad Penny (1987)

Zespoły Steve’a Albiniego mogłyby stanowić temat na osobny artykuł. Do 1987 Big Black, następnie krótki etap z Rapemen, a od 1992 roku Shellac. Łącznie te 3 grupy wydały na świat 8 longplayów, a kolejna płyta Shellaca już w drodze. Skupmy się więc tylko na tym pierwszym. Big Black przez 5 lat istnienia wydali jedynie 2 albumy, ale pod pewnymi względami są to najciekawsze produkcje Albiniego. Grupa powstała jako trio (dwie gitary i bas), miała też fikcyjnego czwartego członka, Rolanda – syntezator perkusyjny obsługiwanym przez nikogo innego, jak pana SA.

Drugi album Big Black nosił dość kontrowersyjny tytuł Songs About Fucking, a jego zawartości, bardzo delikatnie mówiąc, nie można nazwać składanką kołysanek. Ale nie bawmy się w eufemizmy, sprawa jest poważna. Songs About Fucking to kipiący agresją, bezkompromisowy, krwawy manifest artystycznej niezależności. Wśród wszechobecnej przemocy, gwałtu i mordu polityczna poprawność w katuszach błaga o litość i sciszenie tego okropnego jazgotu. Jest to jeden z tych albumów, które mogą wzbudzić lęk. Trzech panów wyglądających jak studenci informatyki rozpętuje prawdziwe piekło, a w słuchacza wstępuje demon z tatuażem SA na czole.

Palace Music – New Partner (1995)

Muzyk, producent/inżynier dźwięku, dziennikarz, pokerzysta. Czy jest coś, czego ten pan nie potrafi? Pomimo natłoku obowiązków i pasji znalazł pewnego dnia czas, by zorganizować AMA na jednym z amerykańskich portali. Pośród wielu pytań czysto technicznych i historycznych znalazło się kilka prawdziwych perełek. Fani mieli okazję dowiedzieć się, dlaczego podczas nagrywania albumu ma nawyk ciągłego grania w scrabble na Facebooku, albo czy Dave Grohl to najprzyjemniejszy gość pod słońcem (odpowiedź: nie, ale jest doskonałym perkusistą). Natomiast na pytanie o najdziwniejszą rzecz, jaką zespół zrobił w studiu, odpowiedział widziałem raz, jak jeden gość odmówił piwa.

Na koniec, żebyście nie myśleli o Albinim jak o jakimś okrutnym cyborgu bez uczuć, zostawiam was z bardzo przyjemnym utworem ze świetnego albumu Willa Oldhama, Viva Last Blues. Tak, ta słodka folkowa melodia to także jego produkcja. Zapewniam was, to bardzo sympatyczny człowiek, wielbiciel kotów, a nawet okazjonalnie autor bloga kulinarnego. 

Krzysztof Wołongiewicz

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.