Terrorystom brakuje wychowania(?)

Wybitny film Thomasa Alfredsona, Szpieg rozbudził powszechny apetyt na ekranizacje prozy Johna le Carrégo. Wchodzący do polskich kin Bardzo poszukiwany człowiek Antona Corbijna mógł więc liczyć na pewien kredyt zaufania. Jego przyznanie to jednak irracjonalna pomyłka (w której sam zorientowałem się dosyć późno) – wielkość Szpiega wynikała przede wszystkim z wyrazistego stylu, jaki nadał mu Alfredson, autor niemający nic wspólnego z adaptacją podpisaną przez Corbijna. Temu z kolei najwyraźniej brakuje ambicji, a pewnie i talentu na miarę szwedzkiego reżysera. Jednak Bardzo poszukiwany człowiek odstaje również pod względem fabularnym, a nawet aktorskim. Tym łatwiej wyróżnić na tak prezentującym się tle nieodżałowanego Philipa Seymoura Hoffmana.

 

Niedawno zmarły aktor wciela się tu w niejakiego Günthera Bachmanna, agenta tajnych służb antyterrorystycznych działających w Hamburgu. Hoffmanowska niezgrabność i nieatrakcyjność w połączeniu z intelektualną siłą, jaką potrafił emanować, idealnie wpisują się w znamienny dla le Carrégo typ protagonisty, którego umysłowość dominuje nad przymiotami ciała. Bachmann nie jest na szczęście niemiecką wersją George’a Smileya. Podczas gdy postać szpiega MI6, zwłaszcza w interpretacji Garry’ego Oldmana, imponowała profesjonalnym kamuflażem maskującym emocje, bohater Hoffmana sprawia wrażenie dużo bardziej ludzkiego. Smiley nie był doskonały, lecz przy Niemcu wypada niemalże superbohatersko. Bachmann, mamroczący grubas ze słabością do alkoholu to przeciwieństwo wizerunku skutecznego agenta. Kiedy na potrzeby akcji przebiera się za zwyczajnego taksówkarza, wydaje się, jakby wreszcie znalazł właściwe sobie miejsce. Mimo powierzchowności nieudacznika, nie jest jednak amatorem, a warunki sprzyjające wtopieniu się w szary tłum stanowią wszakże atut w jego zawodzie. Problem w tym, że najważniejsze operacje czekają go nie na ulicy, lecz w salach konferencyjnych.

Okazuje się, że walka z terroryzmem to dla Bachmanna i jego ekipy nie jedyne pole bitwy. Istniejąca poza oficjalnymi organami tajna komórka musi wciąż zabiegać o własną samodzielność, swobodę działań i decyzyjność w sprawach dużej wagi. Na przeszkodzie stają krajowe służby do spraw bezpieczeństwa oraz – jakżeby inaczej – Amerykanie, przez co sytuacja garstki agentów przeradza się w beznadziejną wojnę z całym światem. Konflikt interesów to w tym przypadku oczywiście konflikt światopoglądowy, a nawet etyczny, z wyraźnym podziałem na dobro i zło. Stronnictwo Bachmanna jest bez wyjątku szlachetne i rozumne, natomiast jego przeciwnicy uosabiają hipokryzję, nienawiść i brak namysłu. Ta prostolinijność i jednowymiarowość filmu byłaby może i do przełknięcia, gdyby nie faktyczna problematyczność dylematu wpisanego w działania przeciwko terroryzmowi – tu zaprezentowanego w sposób tendencyjny, wybiórczy i niesłusznie uproszczony.

Podejrzani o wspieranie wrogich sił islamiści zajmują w filmie pozycję neutralną. Nie stanowią żadnej strony, a jedynie obiekt, o który toczy się walka. Jest tutaj taka scena, w której tytułowy most wanted man, Czeczen Issa Karpov, bawi się papierowym samolocikiem. To moment podsumowujący postać. Ma ona sprawiać wrażenie niewinnego dziecka domagającego się opieki ze strony obserwujących ją przez kamery agentów. I choć Karpov nie jest bojowniczym zwolennikiem dżihadu – w zasadzie to nie jest nawet człowiekiem, a jedynie figurą płaską jak kartka w jego rękach – wydaje się, że mógłby nim zostać, gdyby nie trafił w dobre ręce, czyli przede wszystkim pod kuratelę przybranej matki – tutaj chodzącego idealizmu w postaci młodej prawniczki (naprawdę fatalna Rachel McAdams). Ona to pouczająco skarci go i da mu kazanie, gdy ten znów napomknie o woli bożej w kontekście kolejnej masakry niewinnych. Bo może terroryści to tylko zagubione w procesie dorastania sieroty, mali chłopcy, którzy bawią się samolotami nieświadomi wagi własnych czynów. Im trzeba pomóc, a nie walczyć z nimi. Pertraktować, przekonywać i obłaskawiać, a nie wsadzać do więzienia. Taki pogląd wydaje mi się skrajnie naiwny, zaś wymowa Bardzo poszukiwanego człowieka zupełnie nieprzekonująca.

Ideologia i retoryka swoją drogą, ale film mógłby bronić się czystą dramaturgią. Tak się jednak nie dzieje. Terroryzm nie stanowi tu żadnego namacalnego zagrożenia, podobnie jak niemieckie czy amerykańskie służby bezpieczeństwa. Dość szybko orientujemy się, że nikomu nic złego się nie może stać. A nawet gdyby się stało, trudno byłoby się tym przejąć – tak bardzo nieprawdziwa jest większość tych postaci. W tym kontekście polski tytuł zaczyna przypominać desperackie ogłoszenie. Szkoda, że poza Hoffmanem nikt nań nie odpowiedział.

Maciej Kryński

Bardzo poszukiwany człowiek

reżyseria: Anton Corbijn

produkcja: Niemcy, USA, Wielka Brytania

premiera: 8 sierpnia 2014 (Polska), 19 stycznia 2014 (świat)

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.