The cake means seduction

Co się stanie z filmem, jeżeli pozwolisz decydować o scenariuszu własnemu ojcu, wróżce, bezdomnym, sąsiadom i całej masie barwnych mieszkańców nowojorskiej Coney Island? Nowozelandzki reżyser o niemieckich korzeniach – Florian Habicht – miał dość odwagi, by się o tym przekonać. Powstał w ten sposób szalony eksperyment, sympatyczna parodia miłosnej opowieści i przede wszystkim portret społeczności z wielkiego parku rozrywki.

 

Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się zakochać od pierwszego wejrzenia w kimś widzianym w tramwaju lub na ulicy? Jakie są szanse, że spotkacie się ponownie? Jakie są szanse, jeżeli mieszkasz w Nowym Jorku? Mogło być gorzej. Nowy Jork nie jest tak duży jak Szanghaj albo Mexico City – pociesza Floriana ojciec. Taki jest właśnie punkt wyjścia tego dokumentalno-fabularnego filmu. Reżyser, który jest zarówno twórcą, aktorem, jak i obserwatorem, pewnego dnia na ulicy dostrzega piękną, wysoką kobietę niosącą jeden kawałek ciasta. Chociaż to tylko inscenizacja, to staje się inspiracją do stworzenia historii miłosnej tak samo banalnej i pełnej klisz, co i oryginalnej i zaskakującej, bo tworzonej na bieżąco przy pomocy improwizacji do sugestii prosto z ulicy.

Florian Habicht, znaki szczególne: sympatyczny uśmiech, kolorowe spodnie, kapelusz i przynajmniej dwa metry wzrostu. No i oczywiście nieustannie włączona kamera w dłoni. Przechadza się uliczkami Coney Island – stolicy hot-dogów, syren, rollercoasterów i wiecznych wakacji. Zaczepia przechodniów: Cześć, właśnie kręcę film, w którym sam gram. W metrze poznałem piękną Rosjankę, potem spotkaliśmy się znowu na drinka. Co powinno wydarzyć się dalej? Odpowiedź jest natychmiastowa: powinien potrącić ją samochód. Albo niech taksówka przejedzie jej po stopie. To się ciągle zdarza. I tak właśnie się dzieje. Habicht wysłuchuje propozycji od obcych ludzi, a potem wykorzystuje je, jakiekolwiek by one nie były. Film płynie, przerywany wywiadami z mieszkańcami Nowego Jorku. I nigdy nie wiadomo, co wydarzy się dalej, czy wszystko zakończy się happy endem – to jest jeszcze do ustalenia.

Oglądając Love story czasami trudno oddzielić to, co było zaplanowane od tego, co jest spontaniczne i realne. Rzeczywistość doskonale zlewa się z fikcją, romansuje, flirtuje, by za chwilę otrzeźwić widza uderzeniem w policzek. W swojej własnej historii momentami gubi się i zapomina nawet sam twórca. Można wyczuć rodzaj pogłębiającej się fascynacji między Florianem a towarzyszącą mu na ekranie Mashą Yakovenko. Ich relacja jest słodko-gorzka. Aktorka co jakiś czas wylewa mu na głowę kubeł zimnej wody mówiąc: wiesz, że tylko gram? albo nie chcę być twoją fantazją. Ale kto wie ile w tym prawdy?

Ale tym, co tak naprawdę nadaje temu filmowi charakter i sprawia, że ani przez chwilę nie nudzi i nie traci swojego uroku, są mieszkańcy Nowego Jorku. Habicht sam odrobinę dziwaczny, ale i otwarty, przyciąga do siebie najróżniejszych ludzi. Sprawia, że nie tylko pomagają mu wymyślić dalszy ciąg historii, ale również odpowiadają na pytania związane z ich życiem, związkami i miłością. Pojawia się rodzaj tego chwilowego zaufania, które powstaje tylko między zupełnie obcymi sobie ludźmi. Syrena w rozmiarze XXL mówi, że miłość nie istnieje, kobieta w białym stroju z radością dziecka opowiada dlaczego uwielbia swoją pracę przy naprawie samochodów, bezdomny opowiada o pierwszym zakochaniu. Czasami można śmiać się w głos, czasami trzeba czytać między wierszami. Florian staje się fotografem ulicznym, próbującym uchwycić wszystkie niecodzienne momenty, chwilowe sytuacje, niesamowitych bohaterów. A to nie lada wyzwanie. W końcu w Nowym Jorku tyle się dzieje.

Anna Ślusareńka

„Love Story”

reżyseria: Florian Habicht

produkcja: Nowa Zelandia

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.