The war machine keeps turning

Arctic Monkeys –  AM” (2013) Domino Records

Chociaż daty wydania Suck It And See i AM dzielą mniej więcej dwa lata, promocyjna maszyna tej drugiej ruszyła już dawno temu. Dzięki ciągłemu naganianiu singli na kolejne albumy, o Małpach nieustannie było głośno. Powalająca R U Mine? w uszach fanów mościła się ponad rok, nim ostatecznie wylądowała na płycie, ale dzięki temu Alexowi Turnerowi teraz już zawsze odpowiem: TAK!

 

Wielka metamorfoza chłopców z Sheffield (wizualna i muzyczna) trwa od 2008 roku, kiedy wystartowała ich współpraca z Joshem Homme’em. Chociaż zapowiedź obecnego stylu lekko przebijała zarówno z Humbug, jak i z poprzedniej płyty, nawet aktualne płytowe single R U Mine? i Do I Wanna Now? nie były wyczerpującym preludium AM. To, że Turner nawiązał kontakt ze swoim wewnętrznym Elvisem, ujawniło tylko jedną warstwę inspiracji na krążku – podróż bowiem rozpoczyna się od klasycznego rock’n’rolla, jednak trwa aż do bitów i chórków nieodzownych dla R’n’B, mijając po drodze wachlarz rozmaitych gatunków. W tym kalejdoskopie pomysłów i brzmień Małpom udało się zachować spójność albumu, dzięki czemu spokojnie możemy mówić o jednym z najciekawszych wydawnictw tego roku i najprawdopodobniej najlepszej płycie Arctic Monkeys do tej pory.

Grupa dotarła do momentu, w którym nie ma dłużej obowiązku oglądać się za siebie. Chociaż na chwilę obecną AM jest najjaśniejszą gwiazdką w ich dyskografii, z pewnością nie jest to szczyt ich możliwości. Wszyscy, którzy pamiętają ich jako czwórkę niezręcznych chłopców ściskających instrumenty w I Bet That You Look Good On The Dancefloor, muszą pogodzić się z tym, że Arctic Monkeys już od dawna przechodzą transformację ze zwykłego indierockowego zespołu w najprawdziwszego klasyka. Nowa płyta to dzieło kwartetu, który wciąż eksperymentuje i dalej szuka swojej drogi, ale wraz z wydaniem AM zyskał całkowitą twórczą niezależność. Od teraz Arctic Monkeys mogą wyglądać jak chcą i nagrywać wszystko, co przyjdzie im do głowy, nie tracąc przy tym ani odrobiny ze swojej tożsamości. I chociaż ich piąta płyta odbiega od doskonałości, bezbłędnych momentów jest zbyt dużo, by mówić tu o przypadku.

Jak to zwykle bywa, motorem dla całej grupy jest lider. Alex Turner okres fluorescent adolescent ma już dawno za sobą i udowadnia to niemal w każdej piosence, rezygnując z wycieczek do nastoletnich głów i serc. Na ich miejsce słuchacze dostali album ociekający pijackim erotyzmem i frustracją, pełen opowieści o pożądaniu, kosmicznym haju i nieodzownej przy tym wszystkim samotności. Zaczyna się singlowo, od stadionowej stopy zespojonej z klaśnięciami w dłonie i (przepraszam, ale) rozpieprzającego riffu Jamie’ego Cooka, który dopiero dociążony w refrenie wybrzmiewa w pełnej okazałości. Niespełniona obietnica stonerowej płyty, niesamowicie głęboka, równoważona delikatnymi chórkami i równą perkusją, gładko przechodzi w R U Mine?. Działa identycznie – rozpala tą samą głębią brzmienia i pewnością siebie, uwodzi nie pozostawiając wyboru. Riff jest mięsisty i brudny, a kawałek sam dla siebie stanowi siłę napędową. Warstwa muzyczna przetacza się bezlitośnie, będąc elementem równoważnym z głosem – tak zdecydowanym i stanowczym, że R U Mine? staje się pytaniem retorycznym.

W zwrotkach One For the Road szczególnie dobrze słychać inspiracje R’n’B, kiedy wokal Turnera nosowo turla się po tekście bez najmniejszego zająknięcia. Klimatu dopełniają lekkie chórki, ale dla równowagi wszystko ponownie zostaje dociążone niemal dramatycznie równą perkusją i masywną gitarą. I Want It All brzmi jak żywcem wyjęte z repertuaru QOTSA, ze skoczną linią basu, falsetem a’la Homme (który oczywiście udzielał się również wokalnie) i zalotnym powtarzaniem shoo wop, shoo wap przy leniwym strunowym zawijasie pod koniec. Mad Sounds i No. 1 Party Anthem sennym rytmem wolnego tańca na szkolnej dyskotece przywołują atmosferę ścieżki dźwiękowej z Submarine, z kolei w Why’d You Only Call Me When You’re High? perkusja Matta Heldersa brzmi tak hip-hopowo, że kojarzy mi się ze wstępem The Real Slim Shady (!) Eminema, nie tracąc przy tym kokieteryjnego wdzięku Małp. Płytę zamyka rzucająca na kolana I Wanna Be Yours, pobrzmiewająca dawnym niedorosłym romantyzmem, muzycznie rozedrgana w fortepianie i wysokich, niewyraźnych tonach gitar, tekstowo pełna najprostszych pragnień, opisanych tak, by pozostawić po sobie uczucie, że najlepsze jeszcze przed nami.

Jednym z najważniejszych punktów na płycie jest jednak Arabella – bez niej AM nie byłaby taka sama. To tutaj psychodelia tekstu wspierana duchem Lennona (Arabella’s got some interstellagator skin boots/And a helter-skelter ’round her little finger and I ride it endlessly) ściera się z charakterystycznym rąbnięciem z Sabbathowskiej War Pigs. Wszystko to z pijackim wdziękiem i pożądaniem, słyszalnym w każdym przeciągniętym przez Turnera słowie i kosmicznie zawiniętym riffie pod koniec. Podobnie działa niesamowita Knee Socks, gdzie najsilniej słychać wpływ lidera Queens Of The Stone Age. Chórki w nawiedzonym refrenie przechodzą w końcu w hipnotyczne przesterowane wycie, dzięki któremu Josh Homme zostanie zapamiętany jako ktoś, kto ostatecznie zamknął drzwi za tymi uroczo niedorosłymi chłopcami. Uczynił z nich jednak grupę, którą dzisiejsi dwudziestolatkowie będą wspominać z tym samym rozrzewnieniem, z jakim ich rodzice mówią o muzyce swojej młodości. Przygotujcie się na więcej, bo chociaż Arctic Monkeys już dawno są daleko przed dzisiejszymi gigantami rockowego mainstreamu, dla nich tak naprawdę teraz wszystko się zaczyna.

Natalia Jankowska

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.