Tworzymy miejsce spotkań. Wywiad z Maciejem Gilem

Niedawno w Cieszynie i Českim Těšínie po raz szestasty odbył się Przegląd Filmowy Kino na Granicy. Między jednym seansem a drugim i festiwalowymi atrakcjami naszej ekipie udało się porozmawiać z Maciejem Gilem, dyrektorem programowym wydarzenia.

 

Dušan Hanák, Janusz Majewski dlaczego akurat ci filmowcy zostali bohaterami tegorocznych festiwalowych retrospektyw?

Dušan Hanák to jeden z absolutnie najwybitniejszych twórców kina czechosłowackiego i europejskiego. W ostatnich ośmiu latach były już trzy prezentacje jego filmów w Polsce. Odczekaliśmy chwilę, ale cały czas obok tematu kina pana Hanáka był wielki mrugający wykrzyknik, przypominający, że jego filmy muszą się tutaj pojawić. W tym roku udało sie połączyć przegląd filmów reżysera z wystawą jego zdjęć.

Natomiast twórczość pana Janusza Majewskiego po prostu uwielbiamy. Jest nie tylko wybitnym reżyserem, ale też artystą, który bardzo często współpracował z Czechami. Na przykład Zaklęte rewiry powstały na postawie scenariusza Pavla Hajnego, scenarzysty, który w Czechach nie odnosił sukcesów, za to w Polsce jego scenariusze realizowali najwybitniejsi twórcy. Hajný napisał scenariusz do Zmór Wojciecha Marczewskiego, do Pensji pani Latter Stanisława Różewicza, a jego sztukę dla Teatru TV reżyserowała Agnieszka Holland. Pan Majewski jest ponadto najznakomitszym portrecistą tematyki I wojny światowej w polskim kinie, której poświęciliśmy w tym roku specjalny cykl.

Maciej Gil, dyrektor programowy Przeglądu Filmowego Kino na Granicy

Janusz Majewski dzieli swoją retrospektywę z Kurtem Weberem. W programie znalazły się także sekcje poświęcone literatom – Jaroslavowi Haškowi i Franzowi Kafce. Dlaczego?

Kurt Weber był autorem zdjęć do większości wczesnych filmów Janusza Majewskiego, które prezentujemy w retrospektywie. Urodził się w Cieszynie, co było istotną przepustką do tego, by znaleźć się w programie Kina na Granicy. Przypominamy twórców związanych z tym miastem, tworząc co roku fragment przewodnika po filmowym Cieszynie. Ostatnia retrospektywa to zestawienie czeskich oraz polskich ekranizacji i filmów związanych z twórczością Franza Kafki i Jaroslava Haška, z których zrobiliśmy niemal bliźniaków – urodzili się w tym samym roku w Pradze, nasiąkali tym miastem, zmarli w odstępie półtora roku. Tworzyli kompletnie różną literaturę, ale obaj przeszli do światowego kanonu.

Niedawno zmarła Věra Chytilová, wybitna reżyserka związana z czeską Nową Falą. Czy był pomysł, by ją także uczynić bohaterką kolejnej retrospektywy?

Věra Chytilová odeszła niecałe dwa miesiące temu, gdy program Kina na Granicy był już zamknięty. Oczywiście była pokusa, by przypomnieć filmy jej albo o niej. Chytilová była wielką artystką, ale wielkich artystów w ubiegłym roku odeszło niestety wielu. Odszedł pan Peter Solan, bohater retrospektywy sprzed roku, pan Miklós Jancsó, wybitny węgierski reżyser. Gigantów kina odchodzi mnóstwo i opieramy się pokusie, by honorować ich w ten sposób. Gdybyśmy każdemu z nich poświęcili cykl, powstałyby swoiste filmowe zaduszki. Być może za rok, kontynuując temat kina reżyserek, przypomnimy twórczość Věry Chytilovej.

Wspomniał pan o kinie kobiet. Nazwa sekcji Biały mazur. Kino kobiet w polskiej kinematografii ma związek z książką Moniki Talarczyk-Gubały o tym samym tytule?

Tak, to niezwykła książka. Zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem poświęcić jej filmowy cykl. W Białym mazurze zachwyciła mnie część historyczno-filmowa. Dzięki niej i rozmowie z autorką poznałem twórczość kilku reżyserek, o których nie miałem pojęcia, kobiet, które zostały zupełnie zapomniane w historii kina polskiego. Ich filmy trzeba było odkurzać, wygrzebywać z archiwów, bo nikt ich nie pokazywał od trzydziestu, czterdziestu lat. Zwłaszcza jeśli były to tytuły mniej znanych reżyserek, które kończyły karierę po jednym filmie, bo nie udawało im się przebić w środowisku, w którym reżyser to był facet a reżyserka – pomieszczenie dla reżysera…

Kino na Granicy ma świetną prasę, poleca go wielu dziennikarzy. Jak pracują państwo na tę markę i w czym tkwi sekret sukcesu?

Na pewno jesteśmy konsekwentni w tym, co robimy i mamy pewną ustaloną formułę. Odpowiadamy za program i organizację, za to, by filmy wyglądały jak najpiękniej na ekranie, żeby było je dobrze słychać, aby tłumaczenia były dobrze zrobione, żeby nie było opóźnień. Całą resztę, w tym faktycznie powszechnie chwaloną atmosferę, tworzą ludzie, którzy tu przyjeżdżają. Największą satysfakcją jest to, że mamy bardzo wielu widzów, którzy ufają nam w ciemno. My dajemy im tylko pewien pretekst, aby tutaj przyjechać, aby się spotkać. Filmy, muzyka są inspiracją do tego, by gadać, poznawać się, wymieniać poglądy, razem imprezować. W Kinie na Granicy tworzymy miejsce spotkań.

Prowokują też państwo spotkania artystów.

W tym roku ze względu na to, że był z nami pan Dušan Hanák, przekonaliśmy do przyjazdu pana Romana Kłosowskiego, który przed laty zagrał w jego filmie Ja kocham, ty kochasz. Gdy widzę, jak ci panowie spotykają się po 35 latach, wpadają sobie w ramiona i zastanawiają, czy byli na ty czy nie, to myślę, że dla takich chwil warto żyć i pracować.

W Polsce wyrasta wiele festiwali, które powinny być skazane na lokalność, a są wydarzeniami dużego formatu. Podobnie jest z Kinem na Granicy. Jak to się stało?

Faktycznie, urośliśmy z małego, lokalnego wydarzenia, które działo się w jednym kinie i prezentowało 11 filmów do dużej i rozpoznawalnej imprezy. Znaleźliśmy swoje miejsce, swoją niszę programową. Niszę, która niewątpliwie wynika z miejsca: pogranicze, Cieszyn, dwie kultury, dwie różne narodowości.

A mają państwo swoje festiwalowe wzory?

Z Jolą Dygoś, założycielką i dyrektorką Kina na Granicy, stwierdziliśmy, że robimy taki festiwal, na jaki sami chcielibyśmy jeździć. Oczywiście uczymy się od innych. Inspiracje dotyczą najróżniejszych rzeczy: wyboru miejsc projekcji, organizacji, układu programu, systemu komputerowego – rzeczy zasadniczych i banalnych. Nie ukrywamy, że wiele nauczyliśmy się od Romana Gutka i Nowych Horyzontów, choć Kino na Granicy było tu wcześniej. Bardzo lubimy Letnią Szkołę Filmową w Uherském Hradiště. Ma ona jednak bardziej seminaryjny charakter, więcej spotkań, dyskusji, masterclassów. Łączy nas to, że nie mamy formy konkursu. Żywimy sentyment do Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu, do wrzesińskich Prowincjonaliów, do 70mm Film Fest w Krnovie, podpatrujemy, co oferuje tysiącom widzów znakomity karlowarski festiwal itd., itp. Najmniej zewnętrznych inspiracji jest w naszym programie, bo skupiamy się na trzech kinematografiach, i to sprawia, że jesteśmy wyjątkowi. Od 15 lat udowadniamy, że czerpiąc z filmów z Polski, Czech i Słowacji można co roku robić program, który ma ponad 100 pozycji i jest wciąż zaskakujący i atrakcyjny. Najważniejsze to znać historię kina i z niej czerpać. Pomysłów mamy na długie, długie lata.

Jaki jest wkład strony czeskiej w tworzenie festiwalu i czy z którejś strony inicjatywa jest większa?

Dyrektorka festiwalu jest Polką, dyrektorka finansowa Czeszką, jest dwóch dyrektorów programowych, Polak i Czech. Koordynatorzy są także polscy i czescy, mamy też koordynatorkę słowacką w Bratysławie. Tu równość jest zachowana, co jest nie tylko wyjątkowe, ale i zgodne z koncepcją imprezy. Współpracujemy blisko i zachowujemy polsko-czeski balans. Finansowanie również jest zrównoważone. Równo rozkłada się odpowiedzialność i nakład pracy.

Jak powstaje polsko-czeski program?

Ja zdecydowanie lepiej znam kino polskie niż współczesne czeskie, dlatego na przykład za dobór czeskich nowości odpowiedzialny jest drugi dyrektor programowy, Martin Novosad. Każdy wybór jest jednak akceptowany przez sztab. Jeżeli chodzi o cykle retrospektywne czy tematyczne, to jest absolutnie wspólna praca. Podpowiadamy sobie nawzajem, czasem też konsultujemy z ekspertami, ale znów wszystkie propozycje są akceptowane przez zespół. To oczywiście wiąże się z możliwością oglądania, bo nie pokazujemy filmów, których nie znamy. Inną sprawą jest podejście do tego, co pokazywać, tutaj się nieco różnimy. Ja z polskiego kina wybieram najlepsze pozycje, do tego duży nacisk kładę na krótki metraż. Martin ma inną koncepcję, on chce pokazać pełną perspektywę, by widzowie sami mogli sobie wyrobić pogląd o kondycji czeskiego kina. Stąd mamy aż 21 nowych produkcji czeskich.

Niestety to kino nie dociera później do Polski…

No właśnie, tych filmów nie będzie w Polsce, nie ma szans. Mamy oczywiście świadomość tego, że jesteśmy jedynym festiwalem, na którym można te filmy zobaczyć. Pokazujemy ponad 50 nowych produkcji, jeżeli ktoś się interesuje kinem czeskim czy słowackim, to tu dostaje jedyną szansę, by zobaczyć wszystko w komplecie.

Czy próbują państwo badać reakcje ze strony widowni? Czy Czesi chcą oglądać polskie filmy?

To jest pytanie, które się pojawia codziennie i to z najróżniejszych stron – ze strony organizacji, które promują polską kulturę za granicą, ze strony dziennikarzy. Polskie kino na czeskich i słowackich festiwalach jest bardzo lubiane i cenione, jest pewną marką.

Głównie polskie dramaty?

Raczej tak jest identyfikowane. Z dramatami i wielkimi historycznymi produkcjami. To z jednej strony, tej festiwalowej. Z drugiej, w Czechach i na Słowacji polskie filmy rzadko trafiają do dystrybucji kinowej. Dziennikarze czescy czy słowaccy przyjeżdżają, chłoną nasze kino i nie mogą się nadziwić, jakie jest ciekawe. Widzowie niekoniecznie. Ale na festiwalowych pokazach w Karlovych Varach czy Uherském Hradiště zawsze są komplety widzów, dyskusje, bardzo dobry odbiór.

A jak czeskie kino ma się w Polsce?

Jest go bardzo mało. Trudno tego nie zauważyć. W tym roku będzie to chyba tylko jeden film, Po ślubie Jana Hřebejka. Coś straciliśmy. Zgubiła się marka czeskiego kina. Hasło czeskie kino zniknęło. Były lata, że było go znacznie więcej.

Myśli pan o latach 90. i czasie po roku dwutysięcznym?

Tak. Choćby Petr Zelenka, ale on od 7 lat nie zrobił filmu. To strasznie długa przerwa jak na twórcę tej klasy. Choć oczywiście nie próżnuje. Jesienią będzie premiera jego sztuki Dubbing Street. Jestem bardzo ciekaw, jak będzie odebrana, bo jest o dubbingu, a w Polsce przyzwyczajeni jesteśmy do filmów z lektorem, więc spektakl może być odebrany inaczej niż w Czechach, w których dubbing jest powszechny. Zelenka robi też serial dla HBO, czeską wersję Bez tajemnic.

Obszerną reprezentację na Kinie na Granicy ma kinematografia słowacka…

Pokazywaliśmy 30 słowackich produkcji, to się nigdzie nie zdarza. Na festiwalu są oficjalni goście ze Słowacji, którzy nie pojechali do Pilzna, gdzie odbywa się odpowiednik polskiego Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Słowacy od lat mówią, że na świecie nie ma drugiej imprezy, która tak mocno promowałaby ich kinematografię. Wiem też, że w największych mediach słowackich były w tym roku artykuły o Kinie na Granicy. To niezwykłe. My słowackie kino uwielbiamy, dlatego robimy to z największą przyjemnością. Ciekawostką jest, że na Słowacji Sala samobójców Jana Komasy była absolutnym blockbusterem, hitem box office’u. Mają tam premiery inne polskie filmy. Teraz wchodzi Wałęsa. Człowiek z nadziei Wajdy, w najbliższym czasie Ida Pawlikowskiego.

Organizatorzy MFF T-Mobile Nowe Horyzonty robią wersję objazdową festiwalu. Czy państwo myśleli o takiej formie promocji filmów z Kina na Granicy?

Byłoby to trudne, bo nie jesteśmy dystrybutorem, ale myśleliśmy o takim objeździe, choćby w ramach promocji marki Kina na Granicy. Na razie promujemy festiwal w inny sposób, Czeskie Centrum organizowało pokaz dokumentów Czeskie dokumenty, proszę i my to wydarzenie współorganizowaliśmy. Niedawno wyszła książką Hrabal i inni. Adaptacje czeskiej literatury pod redakcją prof. Eweliny Nurczyńskiej-Fidelskiej i dr Ewy Ciszewskiej, którą promowaliśmy. Skupiamy się na tym, by wyłapywać pewne inicjatywy i je wspierać.

Czy planują państwo jakieś zmiany na przyszłość?

Programowo będziemy kontynuować retrospektywy, cykle tematyczne, pokazy nowych produkcji. Zastanawiamy się, czy na stałe nie włączyć do programu filmów ukraińskich. Zobaczymy po reakcjach publiczności. W tym obszarze jest mnóstwo rzeczy do odkrycia, zjawisk kompletnie w Polsce nieznanych, zapomnianych, jak np. ukraińska szkoła poetycka czy kino nieme. Być może będziemy myśleć o kolejnych miejscach projekcji. Z drugiej strony już teraz widzowie mogą mieć problem, aby z trzech różnych projekcji o tej samej godzinie wybrać coś dla siebie. Kundera pisał, że życie jest sztuką wyboru, te słowa świetnie odnoszą się także do festiwali. Jak na razie format imprezy, jej wielkość i idea pasują do polsko-czeskiego Cieszyna, a Cieszyn pasuje do niej. To jest najważniejsze.

rozmawiali Beata Poprawa i Krystian Buczek

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *