Tylko dźwięki

Peter Evans gościł ostatnio w Polsce kilka razy – rok temu grał w Warszawie solo, później z quintetem w październiku, w listopadzie wystąpił z Ramonem Lopezem w Krakowie, a całkiem niedawno, bo pod koniec marca, towarzyszył portugalskiemu saksofoniście Rodrigo Amado przy występie Motion Trio w Pardon, To Tu. Wyjatkowo entuzjastyczny wydźwięk po większości z tych koncertów, ale przede wszystkim obserwacja tego, co Evans robi jako artysta solowy, sprawiła, że obecność na występie tria Zebulon w warszawskiej klubokawiarni była dla mnie tym razem po prostu obowiązkowa.

 

Na żaden z wcześniejszych występów Evansa niestety dotrzeć nie mogłam, a ochota i oczekiwania, jak to z nimi bywa, z koncertu na koncert rosły. Zobaczenie któregoś z jego projektów rysuje się bowiem jako spotkanie z czymś zupełnie nowym i innym, a to nie lada obietnica. Bez względu jednak na to, czy kogoś fascynuje szaleństwo Mostly Other People Do The Killing, czy elektroniczne eksperymenty Peter Evans Quintet, sama osobowość muzyczna amerykańskiego trębacza wystarcza za niezwykle interesujący obiekt do obserwacji.

Dwa majowe wieczory w warszawskim klubie poświęcone były Zebulon Trio – z Kassą Overallem na perkusji i Johnem Hébertem na kontrabasie. Drugi, wtorkowy występ, na którym byłam, rozpoczął się dość subtelnym wejściem trąbki, wokół której krążyła cała kompozycja. Był to jednak dość ciężki i toporny początek, bo muzycy sprawiali wrażenie nierozgrzanych i przez dobre dwadzieścia minut nie udawało im się złapać wspólnego wątku. Po zamykającej improwizację trąbce nastąpił jednak lekki przełom. Zmienił się sposób prowadzenia melodii, gra przybrała bardziej zintegrowany charakter, i choć artyści wciąż poruszali sie jakby po niepewnym gruncie, to muzyka zaczęła wreszcie płynąć do przodu. Zebulon Trio mieli wtedy naprawdę klika bardzo dobrych, najlepszych podczas całego wieczoru momentów: najpierw perkusja z kontrabasem dały lekko transowe tło trąbce, przez co najintensywniej przyciągnęły uwagę, później granie dotarło gdzieś do brzegów bebopu, zmieniło się rytmicznie i nabrało tempa. Muzycy nie pochwycili jednak tego pomysłu, przez co koncert znów osiadł i zaczął zmierzać nie-wiadomo-dokąd. Ze strony sceny cały czas wyczuwalna była jakaś nerwowość, niepewność, a żaden podejmowany dźwięk nie miał tej charakterystycznej mocy i ekspresji obecnej podczas występów na żywo.

Zebulon Trio jest z założenia projektem Evansa, w którym spuszcza on z tonu, przeciwstawia się free-jazzowej anarchii, nie popadając przy tym jednak zbyt mocno w jednoznaczne, z góry zaplanowane brzmienia. Stwierdzenie o tyle interesujące, co nieprecyzyjne – bo jak wyjść z własnych ram i pozbyć się przyzwyczajeń, jak zagrać pomiędzy, ani mocno i odważnie, ani subtelnie i swobodnie, brzmieć przy tym wiarygodnie, interesująco i zagrać dobrze? We wtorek na warszawskiej scenie bynajmniej tego złotego środka nie znalazłam. Zapewne można stwierdzić, że taka jest specyfika Zebulon Trio – autorów krążka nagranego z koncertów w brooklyńskim klubie w marcu 2012 roku – i że jest to styl wymagający od słuchacza czegoś więcej niż tylko wprawnego ucha. A może to ze mną jest coś nie tak. Jednak na płycie Zebulon instrumenty zazębiają się ze sobą perfekcyjnie już od pierwszego numeru 3625, równomiernie podejmują tematy i posuwają się naprzód. We wtorek w Pardonie postęp szedł nieco opornie, a zamiast tria słyszałam lidera i dwóch towarzyszących mu muzyków – niepewnego Overalla i wycofanego (w porównaniu do tego, czego dokonuje na Zebulonie) Héberta. Myślę zatem, że jakkolwiek by nie tłumaczyć występu tria Evansa, wciąż będzie w nim brakować tego czegoś; elementu, dzięki któremu słuchacze i artyści mogą znaleźć się na wspólnym poziomie i po prostu poczuć to samo. Muzyka to bowiem nie tylko dźwięki.

Alicja Cieloch

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.