Uśmiech, proszę – relacja z 6. Przeglądu Nowego Kina Francuskiego

6. Przegląd Nowego Kina Francuskiego miał w swoim repertuarze wzloty i upadki, ale różnorodne tematy i gatunki filmowe sprawiły, że z pewną dozą ciekawości śledziło się prezentowane tytuły. Można przyjąć, że program oparty został o dwa motywy przewodnie  francuskie poczucie humoru i kwestię szeroko pojętej tożsamości. Z jakim skutkiem skierowane uwagę w te strony, o tym kilka słów poniżej.

 

Zdecydowanie najciekawszym punktem Przeglądu była oparta na komiksie Joanna Sfara animacja Kot rabina, notabene również przez niego wyreżyserowana we współpracy z Antoine’em Delesvaux. Opowieść rozgrywa się w Algierii, gdzie spokojnie żyje z córką i kotem samotny rabin w średnim wieku. Pewnego dnia ów kot zaczyna mówić ludzkim głosem, a to, co ma do powiedzenia, bynajmniej Żydowi się nie spodoba, zwierzę ma bowiem dość kontrowersyjne poglądy na religię, Boga, wspólnotę, a przede wszystkim  miłość. Szereg żartów sytuacyjnych, częstokroć sarkastyczne poczucie humoru, którym czworołap został obdarzony, i ogromny dystans do podejmowanego tematu czynią z filmu z jednej strony doskonałą rozrywkę, z drugiej zaś zabierają ważny głos w dyskusjach o dialogu międzyreligijnym. Razi jedynie pisane grubą kreską i zbyt szybko podane zakończenie, jednak za samą próbę zwrócenia uwagi na problem należy się uznanie. Kot rabina broni się przede wszystkim jako świetnie napisana satyra, o czym świadczyły częste salwy śmiechu w sali kinowej.

Dalej niestety nie było już tak pięknie  były momenty, gdzie aż prosiło się o rozluźnienie drętwej atmosfery, jak np. w przypadku Dziennika panny służącej Benoît Jacquota. Oparta na powieści Octave’a Mirbeau historia romansu między tytułową służącą imieniem Celestine i ogrodnikiem Josephem została opowiedziana śmiertelnie serio, co dla tak frywolnej z natury historii jest strzałem w kolano. Jeśli dodamy do tego kuriozalne decyzje realizatorskie (na czele z dziwaczną, przypadkową wręcz grą kamery), to otrzymamy film nieznośnie pretensjonalny i zmuszający do zadania sobie pytania o cel jego powstania. Na szczęście więcej humoru znalazło się we Francuskim ministrze  jego bohaterem jest pracujący w kancelarii tytułowego ministra młody prawnik, który natychmiast po podjęciu pracy zderza się z bezmyślnością i inercją panującymi w urzędzie. Film Bertranda Taverniera pomyślany jest jako zgryźliwa satyra na zepsutą klasę polityczną – i w tym sensie można uznać go za dzieło udane, choć niepozbawione wad. Główny problem polega na tym, że potencjał komizmu sytuacyjnego dość szybko zostaje wyeksploatowany, twórcy skazani są więc na nieustanne powtarzanie tych samych żartów, ale jak się okazuje  taka formuła również ma swoich zwolenników.

Średnio udały się też właściwie wszystkie tytuły traktujące o poszukiwaniu swojej tożsamości, głównie w kontekście, a jakże, seksualnym – na czele z Nową dziewczyną François Ozona. Zdecydowanie najciekawszym momentem jest tu samo zawiązanie akcji (dlatego nie zdradzimy szczegółów), następujące po znakomitej, opowiedzianej obrazami ekspozycji. Niestety film dość szybko skręca w stronę przesadnie wykoncypowanego kina obyczajowego, gdzie logikę zdarzeń i wiarygodność emocjonalną poświęcono na rzecz efekciarskiego scenariusza. Bohaterka Nowej dziewczyny, Claire, rozerwana jest pomiędzy dwoma coraz częściej kolidującymi ze sobą zobowiązaniami: małżeńską wiernością i złożoną przed laty obietnicą opieki nad rodziną umierającej przyjaciółki. Ozon dorzuca do tego wątek genderowy, który z początku sprawia wrażenie kluczowego dla zrozumienia motywacji bohaterów (a przy okazji dodaje filmowi zbawiennej dawki humoru), ale ostatecznie okazuje się jedynie pozbawionym jakiejś głębszej refleksji ornamentem. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku Guillaume i chłopcy! Kolacja, którego bohater zauważa swoje niedopasowanie do narzucanych mu wzorców męskości, co prowadzi oczywiście do wielu nieporozumień. I tu kwestia ta została potraktowana nieco po macoszemu, twórcy koncentrują się bowiem na kloacznych żartach i wygłupach głównego bohatera, traktując poszczególne postaci w dość instrumentalny sposób. Jest to o tyle zaskakujące, że reżyser i zarazem odtwórca głównej roli, Guillaume Gallienne, nie kryje autobiograficznych inspiracji stojących za tym filmem, opartym zresztą na jego cieszącym się ogromną popularnością we Francji monodramie. Na tle tych niespecjalnie udanych produkcji zaskakująco pozytywnie wypadły Dmuchawce, opowiadające głównie o relacji między dwoma dziewczynkami, Rachel i Mariną, które na swój sposób próbują zrozumieć skomplikowany i niedostępny świat dorosłych. Pod tym względem film Carine Tardieu może przypominać obecną nie tak dawno w kinach Dziewczynkę z kotem, ale nieco więcej tu specyficznego, gorzkiego humoru, pokazującego bohaterów w krzywym zwierciadle. Reżyserka krytykuje ludzkie przywary, takie jak lenistwo, chłód emocjonalny czy nadopiekuńczość, ale robi to w na tyle ciepły sposób, że można wybaczyć jej nawet początkową naiwność. Nie jest to może wielkie dzieło, ale w przeciwieństwie do większości pozostałych filmów przeglądu, u Tardieu nie widać tego przerostu ambicji, który nawet całkiem ciekawy pomysł potrafi niekiedy obrócić w ciężkostrawne, przekombinowane kino.

5kilo kultury było patronem medialnym wydarzenia.

Marcin Sarna, Monika Pomijan

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *