Następny przystanek – rock ‚n’ roll!

Co popowy producent muzyczny może zrobić z garażowo grającego zespołu? Mokrą plamę, tak. Chyba, że jest to Mark Ronson, który niczym Midas, zamienia w złoto wszystko, czego się dotknie. W tym przypadku mowa o Black Lips, którzy bezpardonowo przyjęli uwagi producenta i stworzyli bardzo fajny rockandrollowy album. Niestety, przez panującą modę na chillwave i pojawiające się w najróżniejszej postaci lo-fi odwołującej się do przeszłości, przeszedł on troszeczkę bez echa.

Choć u chłopaków na płycie Arabia Mountain odwołań do muzyki z lat 70. czy 80. nie brak to moda tego lata była ukierunkowana bardziej na dream pop. Szkoda, bo od pierwszych sekund albumu czuć przez skórę niesamowitą energię i wszech udzielający się fun!

Na najbardziej reprezentatywnego przedstawiciela Arabia Mountain wybrałem właśnie rozpoczynający album utwór Family Tree. Już na samym początku atakują nas saksofony, które momentalnie cofają czas. Dodatkowo ma się wrażenie, że owe dźwięki z nas, najzwyczajniej szydzą! Szybka rytmiczna perkusja razem z archaiczną gitarą nadają piosence tempo iście ekspresowe (kolejowa alegoria nie jest przypadkowa). Cały ten muzyczny parowóz ma na przejechanie trochę ponad dwie i pół minuty, więc musi się spieszyć, a w trakcie jazdy dochodzi jeszcze do małego wykolejenia. Owocuje ono małymi solówkami około free jazzowymi instrumentów dętych i gitar.

Warto zapoznać się z całym ostatnim albumem Black Lips, gdzie zespół brzmi jak nieoszlifowany rockandrollowy diament. Pozostawienie go bez szlifu miało na celu zostawienie jego charakteru. Brawa dla Ronsona, który potrafi z tym samym wdziękiem poprowadzić Christinę Aguilerę i rockowy zespół.

Tomasz Milewski

Ps. Świetny teledysk… teraz już się takich nie robi.

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.