W obronie rzeczywistości, w obronie fikcji

W Mojej matce Nanni Moretti po raz kolejny z czułością przygląda się swoim bohaterom, uwikłanym w małe dramaty i wyzwania codzienności. Jego najnowszy film jest również swego rodzaju manifestem, w którym broni kina jako wehikułu pozwalającego przenosić się między prawdą a fikcją.

 

W scenie rozpoczynającej Moją matkę widzimy pracowników fabryki usiłujących sforsować bramę zakładu podczas protestu przeciwko planowanym zwolnieniom. Jednak to tylko zmyłka, bo całe zajście okazuje się wyłącznie inscenizacją, sceną filmu kręconego przez główną bohaterkę, Margheritę (Margherita Buy). Reżyserka wyraźnie nie panuje nad sytuacją na planie, zmagając się z permanentnym kryzysem: z jej wskazówkami nie radzą sobie zarówno aktorzy, jak i członkowie ekipy technicznej. Kłopoty z produkcją zbiegają się z problemami w życiu osobistym: właśnie rozstała się z wieloletnim partnerem, a jej matka poważnie podupadła na zdrowiu. W opiece nad rodzicem pomaga jej brat, Giovanni (w tej roli sam Nanni Moretti). To on próbuje oswoić siostrę z perspektywą nieuniknionego odejścia matki.

Najnowszy film autora Pokoju syna traktuje przede wszystkim o godzeniu się ze stratą: rozpad związku, choroba bliskiej osoby, utrata motywacji do pracy – wszystko to spada na Margheritę w jednym momencie, zmuszając ją do przemyślenia swojego życia w ekspresowym tempie. Reżyser spogląda na nią – ale też na pozostałe postacie – z ogromną dawką empatii, pozwalając im wypowiedzieć wszystkie swoje obawy i pretensje. Nie ma tu formalnych ekstrawagancji, ale Moretti stroni także od tandetnego realizmu. Ba, w jednym z najpiękniejszych ujęć, przedstawiającym siedzącego przy łóżku chorej matki Giovanniego, wydobywa ze sceny światłocienie godne Caravaggia.

Równolegle do intymnego dramatu rodzeństwa odbywa się zupełnie inne życie: na plan reżyserowanego przez Margheritę filmu przyjeżdża anglojęzyczny aktor Barry (John Turturro), wcielający się w rolę prezesa wizytującego fabrykę. Nie rozumie on jednak koncepcji reżyserki i nie jest w stanie zapamiętać dialogów, czym doprowadza resztę ekipy do wściekłości. Oba wątki spaja sen Margherity, stanowiący niejako centralny punkt całej opowieści: bohaterka widzi kolejkę osób stojących przed kinem w oczekiwaniu na premierę jej nowego dzieła. Z czasem zaczyna dostrzegać w tłumie znajome postacie: swoją matkę, ale także siebie samą – tyle że wiele lat młodszą. Kino staje się więc czynnikiem spajającym pokolenia, a w pewnym sensie również wehikułem czasu, ożywiającym na nowo dawne wspomnienia. Co ciekawe, Moretti nie wyróżnia tej sceny pod względem wizualnym, jakby wierząc, że przeszłość istnieje gdzieś obok nas, kształtując nas w takim samym stopniu, w jakim czyni to teraźniejszość.

Z początku trudno odgadnąć zamysł stojący za decyzją, by bohaterką filmu uczynić właśnie reżyserkę. Moretti nie eksploruje zanadto wątków autotematycznych; nie miesza prawdy z fikcją, jak to często ma miejsce w przypadku tego rodzaju konstrukcji fabularnych. Praca Margherity nie wydaje się ani pomagać, ani przeszkadzać w jej relacjach z matką. Sceny rodzinne, w których towarzyszą jej najbliżsi i te zawodowe, gdzie na pierwszy plan wybija się próba poskromienia niesfornego aktora, wydają się wzięte jakby zupełnie z innych filmów. Mimo wszystko jest w tym jakaś metoda: Moretti pokazuje, że rzeczywistość w swojej istocie jest absurdalna, że obok siebie dzieją się rzeczy pozbawione jakiegokolwiek podobieństwa, poza przypadkową zbieżnością chronologiczną. Jak pogodzić tak odmienne sprawy, jak niepokój związany z chorobą kogoś bliskiego i opieka nad irytującym aktorem, prowokującym sytuacje na przemian stresujące i komiczne? Nie da się, a jednak nie mamy wyjścia, musimy jakoś sobie radzić. Sukces Morettiego polega na tym, że z owego paradoksu wydobywa mało wprawdzie oryginalną, ale zgrabną metaforę: tak jak Barry improwizuje w roli prezesa fabryki, tak Margherita musi sprostać nowej sytuacji życiowej, do której w żaden sposób nie mogła się przygotować.

Gdzieś na marginesie filmu majaczy refleksja nad zawodem reżysera: bohaterka jest człowiekiem z krwi i kości, targanym wątpliwościami i obsesjami, a nie demiurgiem swobodnie powołującym do istnienia kolejne światy. Margherita męczy się pracując na planie; jej chód, postawa i wyraz twarzy z trudem składają się na stereotypowy wizerunek artysty pracującego nad swoim kolejnym dziełem. Jednocześnie Moja matka jest obroną kina rozumianego jako forma sztuki, a nie banalne naśladownictwo rzeczywistości. Chcę zobaczyć aktora, który gra, a nie tylko się wciela – łaja członków ekipy reżyserka, oczekując od nich większego skupienia na swojej pracy. Choć jej film opowiada o robotnikach walczących o zachowanie posady, to nawet w przypadku tak zaangażowanej politycznie tematyki żąda od aktorów przede wszystkim dystansu, a nie wczucia się w rolę – jakby wiedząc, że granica między światem realnym i fantazją jest czymś, co warto pielęgnować niezależnie od okoliczności. Tej świadomości nie ma – przynajmniej do pewnego momentu – Barry, zatracając się w swojej roli w stopniu uniemożliwiającym mu normalną pracę. Chcę z powrotem do rzeczywistości, krzyczy w desperacji po kolejnym nieudanym dublu, jakby uświadamiając sobie fałsz sytuacji, w jakiej się znalazł, grając postać, z którą próbuje – ale nie potrafi – się utożsamić. Cóż, jeśli kino istotnie jest wehikułem pozwalającym na podróż z prawdziwego świata w krainę fikcji, to warto zadbać o to, by poruszać się nim w obie strony.

5kilo kultury jest patronem medialnym filmu.

Marcin Sarna

Moja matka

reż. Nanni Moretti

premiera: 13 listopada 2015 (Polska), 16 kwietnia 2015 (świat)

produkcja: Francja, Niemcy, Włochy

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.