We make a little history, baby

Nick Cave And The Bad Seeds – “Push The Sky Away” (2013) Bad Seed Ltd.

Przez ostatnich pięć lat sporo się wokół Nicka Cave’a działo – od przetasowań w składzie The Bad Seeds, przez kolejne wydawnictwo zespołu Grinderman, po Push The Sky Away. Australijczyk pokazuje w nim zupełnie nową stronę twarzy, którą wszyscy dobrze znają. I trudno odmówić mu klasy.

Nick Cave zdecydowanym krokiem wraca w emocjonalne rejony muzyki. Zostawia za sobą rockowy ogon w postaci Grindermana, efekty pracy z Warrenem Ellisem i resztę wynalazków, którymi karmił słuchaczy przez ostatnie lata. Ten burzliwy okres wieńczy niesamowicie intensywny spokój, mający decydujący głos na nowym albumie. Push The Sky Away” zaskakuje od pierwszych dźwięków, bo chyba mało kto był przygotowany na taki zwrot. To wciąż dobrze znany Nick Cave, ale w wersji do romantycznego pokochania, z mrocznymi, poetyckimi tekstami i hipnotyzująco minimalistycznym brzmieniem.

Piętnasty krążek w dorobku zespołu to dziewięć miejscami ponurych ballad, będących owocem pracy głównie wokalisty i Warrena Ellisa, chociaż Australijczyk zapewnia o ogromnym wkładzie pracy całej grupy, dzięki której jego pomysły skrystalizowały się w studiu nagraniowym. Już od sennego We No Who U R słychać, że filarem większości kompozycji są repetycyjne aranże oraz ponad wszystko oszczędność, w której później zlewają się melorecytacje, fortepian, smyczki i ciężka, transowa gitara. Z pewnością nie jest albumem na jeden raz i dopiero po kilku wieczorach sam na sam ze słuchaczem wybrzmiewa w pełnej okazałości.

Chociaż płyta jest spójnym dziełem, nie sposób odmówić piosenkom różnorodności. Ponieważ tutaj Cave najlepiej odnajduje się w odrobinę posępnym klimacie, po mistrzowsku wplata niepokój nawet tam, gdzie napięcie powinny rozładować słodkie dźwięki klawiszy. Water’s Edge od samego początku trzyma słuchaczy w ciągłym oczekiwaniu, gdy słychać tylko ciężką gitarę (kojarzącą się przyjemnie ze ścieżką dźwiękową Truposza) i zawodzące smyczki. To wszystko jest utrzymane do samego końca, gdy piosenka rozpływa się w spokojnych słowach It’s the will of love/It’s the thrill of love/Ah but the chill of love is coming down. Innym razem te same smyczki brzmią już łagodniej jako akompaniament rytmicznej historii w Jubilee Street. W niemal każdym utworze Australijczyk popisuje się jakąś opowieścią ubraną w liryczny tekst, zasnuty chmurną atmosferą, którą minimalizm płyty jedynie potęguje.

Od strony tekstowej muzyk funduje słuchaczom wyprawę w sprawdzone rejony, doskonale scalając muzykę i słowa. Mroczna, przepełniona fascynacjami treść to historie o młodych dziewczętach, wypalonych uczuciach i wyznania o mijającym czasie. Pisze o marzeniu sennym, które naszło go po napisaniu Jubilee Street (stąd piosenka Finishing Jubilee Street) oraz o wyprawie do Genewy (Higgs Boson Blues), wplatając tam przy okazji kilka mniej lub bardziej przypadkowych nazwisk.

Cave pokazuje twarz, której dawno nie widzieliśmy, o której niektórzy już zdążyli zapomnieć. Do niedawna we znaki dawał się jego burzliwy kryzys wieku średniego, teraz wyciszenie, o którym sugeruje w utworze Push The Sky Away (And some people say it’s just rock’n’roll/Oh, but it gets you right down to your soul) służy mu niezwykle dobrze. Powstał bowiem pierwszy od dawna album, który trafia do serca i głowy z podobną siłą, co No More Shall We Part, a wydawać by się mogło, że taki poziom subtelnych emocji w jego twórczości jest już nie do osiągnięcia. Nie ma tu ani jednej perły, która zepchnęłaby inne kompozycje w cień, wszystkie w równym stopniu prześlizgują się do podświadomości, a Nick Cave snując swoją historię bezpardonowo udowadnia, że na poszukiwaniu można spędzić całe życie.

Natalia Jankowska

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Tagged with: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*