Winni czarodzieje

– Ja chce tak jak jest! W tym gipsie! Całe życie! – krzyczy Bogumił Kobiela (Wartburg) oklejony gorsetem (albo kaftanem bezpieczeństwa) z gipsu, uciekając spod noża dawnym kolegom ze szkoły medycznej. Gonią go utytłani białym pyłem – niczym duchy albo uczniowie Umarłej klasy Kantora – legendarni polscy aktorzy Tadeusz Łomnicki (Opel Rekord) i Adam Hanuszkiewicz (Romeo) oraz reżyser Jerzy Skolimowski (Zastawa) i jego żona, zmarła w tym roku Joanna Szczerbic (Alfa). To scena z Rąk do góry Jerzego Skolimowskiego, zaskakująco aktualnego, być może najodważniejszego polskiego filmu lat 60.

 

Niestety, nakręcony w 1967 roku obraz nigdy nie miał okazji skonfrontować się z widownią swoich czasów. Surrealistyczne, a jednocześnie boleśnie bezpośrednie Ręce do góry zostały przez cenzurę skierowane na półkę, na której przeleżały rekordowo długo – aż 14 lat. Do odkopania arcydzieła przyczyniła się odwilż lata Solidarności. Później, w 1985 roku, Ręce do góry weszły na polskie ekrany w sposób zaskakujący dla samego Skolimowskiego. To film dla reżysera Czterech nocy z Anną graniczny – niepokorny artysta, peerelowski bon vivant, który oddał głos swojemu zagubionemu pokoleniu w Rysopisie czy Walkowerze (a także w scenariuszach do Niewinnnych czarodziejów Wajdy i Noża w wodzie Polańskiego), postawił władzy ultimatum. Albo ten film, albo żaden. Konflikt zakończył się dla Skolimowskiego emigracją.

Piątka dawnych przyjaciół ze studiów medycznych spotyka się po dziesięciu latach na zjeździe absolwentów. Zastawa (bohaterowie nazywają siebie markami swoich samochodów), który w wyniku nieszczęśliwego incydentu przed laty został wydalony z uczelni i jest wiejskim weterynarzem, czyta na scenie, pośród spazmatycznej potańcówki (hipnotyczna muzyka Krzysztofa Komedy), oskarżycielski – jak utrzymuje – anonimowy list. Razem z resztą dawnej studenckiej paczki postanawia odszukać autora wiadomości i dać mu w mordę – podpici, elegancko ubrani zjazdowicze udają się na dworzec, by tam na gapę wsiąść do towarowego (albo, jak sami mówią, bydlęcego) wagonu. Ta zamknięta przestrzeń, w 1967 roku wciąż bardzo czytelna symbolicznie, będzie miejscem specyficznych dziadów: wzajemnych oskarżeń, surrealistycznych wizji, narkotycznych rytuałów.

Ręce falują w górze podczas somnambulicznego balu (atmosfera końca świata jak podczas atomowego tańca w finale Szymona pustelnika Buñuela), Tadeusz Łomnicki wyciąga trupio białe dłonie przed siebie, jakby chcąc złapać i usidlić żonę dawnego przyjaciela. Kobiela Wartburg z przaśnym, partyjnym Trzeba czynu! na ustach – niczym Jan Piszczyk z Zezowatego szczęścia Munka – już dawno poddał się bezwarunkowo i podąża z prądem. Gdy pijany zaśnie, koledzy dla żartu ulepią mu gipsowy kaftan z na stałe uniesionymi do góry rękami – ostateczny strój konformisty.

Reszta nie jest lepsza. Jeśli nie idzie ręka w rękę z Partią, to próbuje jak najwięcej skorzystać na Małej Stabilizacji i utargować namiastkę mitycznego Zachodu dla siebie – grany przez Łomnickiego Opel Rekord beznamiętnie zbija pytania Alfy – Żona? – Coraz młodsza. – Dzieci? – Coraz starsze. – Samochód? – Coraz nowszy. Zaraz po nim Romeo (Adam Hanuszkiewicz) zapytany o to kim jest, bez żenady odpowiada: – Jestem modny, mam pieniądze. Podobnie jak w Stokrotkach Věry Chytilovej krytyka bezmyślnego konsumpcjonizmu i zastania w pustej formie dziś jest nie tylko aktualna, ale jeszcze bardziej wyraźna. Bohaterów toczy nieustanny strach przed utratą pozycji, niekorzystną zmianą losu. Wtedy strach przed karzącą ręką Partii, dziś – niewidzialną ręką Rynku.

Bydlęcy wagon, odwołanie do obozowych losów pokolenia II Wojny Światowej, urasta do rangi metafory świata. Dworzec niewiele różni się od surowego, ciemnego wnętrza pociągu. Przestrzeń raz bywa duszna i ciasna, innym razem przytłaczająco wielka – niczym mieszkanie-więzienie w Lokatorze Polańskiego. Wagon wypełniony świecami przyzywa upiory – jadą w nim wszyscy, przeszłe i przyszłe pokolenia, architekci, prezesi, inspektorzy, przewodniczący – wszyscy zagipsowani. Ogromne wrażenie robią ekspresjonistyczne z ducha zdjęcia Witolda Sobocińskiego – zwłaszcza w negatywowej sekwencji wijących się w orgii ciał-posągów czy w scenie podnoszenia gigantycznego portretu Stalina o podwójnych oczach.

Trudno uwierzyć, że Ręce do góry to dzieło współautora scenariusza do Niewinnych czarodziejów. Ten film to jakby rewers opowieści o młodym lekarzu (również Tadeusz Łomnicki), który palił zachodnie papierosy, słuchał jazzu i uprawiał życie wiecznego singla. Niewinni czarodzieje nie są już bez winy – postarzeli się, skostnieli, założyli rodziny, kurczowo trzymają się ciepłych posad. Dzisiejsi przyszkoleni do jedzenia (nawiązując do tekstu pokoleniowego Doroty Masłowskiej sprzed lat) niewiele się od nich różnią. Zmieniły się tylko marki samochodów.

Krystian Buczek

Ręce do góry

reżyseria: Jerzy Skolimowski

premiera: 21 stycznia 1985 (Polska)

produkcja: Polska

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.