Władczyni wspomnień

Julieta plakatJulieta reklamowana jest jako wielki powrót Pedro Almodóvara do tematów, jakie przyniosły mu miano jednego z najciekawszych europejskich reżyserów. Jednak jego najnowszy film tylko z pozoru traktuje o kobiecych emocjach czy obsesjach. W rzeczywistości stanowi pasjonujący traktat o sile pamięci, głęboko analizując mechanizmy, które powodują, że stajemy się właścicielami naszych wspomnień.

 

Cieszę się, że dobrze wyglądasz – tym zdaniem, jakby żywcem wyjętym z ostatniego filmu Roya Anderssona, zwraca się do tytułowej bohaterki spotkana na ulicy Beatriz. Rozmowa szybko schodzi na temat Antíi – córki Juliety i zarazem przyjaciółki Beatriz z dzieciństwa. Jednak zamiast spodziewanego uśmiechu na twarzy Juliety rysuje się konsternacja, jakby słowa rozmówczyni wyrwały ją z letargu. Okazuje się, że ta wydawałoby się spełniona, energiczna kobieta w średnim wieku kryje w sobie niezabliźnioną ranę: od lat nie widziała się z córką, z trudem próbując ułożyć sobie życie bez ukochanego dziecka. Owo przypadkowe spotkanie staje się punktem zapalnym akcji – po powrocie do mieszkania Julieta postanawia napisać do córki długi list z nadzieją na pojednanie.

Dowiemy się z niego wielu szczegółów z życia bohaterki – Julieta cofa się pamięcią do chwili pierwszego spotkania z ojcem Antíi, rybakiem Xoanem; wspomina sielankę rodzinnego domu, ale i napięcie wywoływane stałą obecnością w ich życiu rzeźbiarki Avy, dawnej kochanki męża; rozpamiętuje ostatnie chwile spędzone z umierającą matką; wreszcie dzieli się gorzkimi szczegółami wydarzeń, które doprowadziły do rozłąki. Jednak nie sama historia jest tu najciekawsza, a odsłaniany przez nią mechanizm relatywizacji i narratywizacji wspomnień. To opowieść o opowiadaniu – Julieta nie jest filmem o życiu kobiety, ale o sposobie, w jaki ona sama je zapamiętała. Ostatecznie adresatem listu okazuje się nie Antía, a widz, który uzyskuje dzięki niemu wgląd w umysł Juliety, mierzącej się z demonani przeszłości i próbującej złożyć swoje życie w spójną historię.

Julieta 1

Banał? Być może, ale jeśli taki reżyser jak Almodóvar ozdabia ową zagnieżdżoną opowieść najefektowniejszymi środkami ze swojego arsenału – barokowymi dekoracjami, nasyconymi barwami, widowiskowymi kostiumami, ekstrawaganckimi fryzurami i spontanicznymi wybuchami emocji – to trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Całe to imaginarium służy bowiem zbudowaniu misternej konstrukcji, jaką stanowi świat wspomnień Juliety. Te wszystkie szaleńcze czerwienie i fiolety; turkus miękkiego swetra (symbolizujący morze, a więc podróż w nieznane), jaki ma na sobie bohaterka w dniu, w którym poznaje przyszłego męża; odważna, buntownicza fryzura; czy nawet wzorzyste tapety w madryckim apartamencie – to nie tylko ozdoby mające sprawiać widzowi czysto wizualną przyjemność. To przede wszystkim artefakty przeszłości, która – choćby najgorsza – zawsze rysuje się w intensywniejszych barwach niż teraźniejszość. Dzisiaj, gdy nienaganną cerę zastąpiły pierwsze zmarszczki, a po tapecie pozostała tylko rozdrapana ściana, powrót do lat młodości, w których żyło się mocniej i bardziej, staje się marzeniem silniejszym od jakiejkolwiek racjonalnej oceny sytuacji. A kiedy widzimy bohaterkę współcześnie – choćby wtedy, gdy wychyla się przez okno dawnego mieszkania ubrana w kolorową sukienkę – to wiemy, że to właśnie tkaniny, ale też otrzymana od Avy figurka czy stary list od córki (słowem: materialne pozostałości dawnego życia) stanowią dla niej jedyny ratunek, jedyne zaczepienie w idealizowanej przeszłości. Jednocześnie to ta, fałszywa przecież, wizja pozwoli jej na osiągnięcie samoświadomości – bo to nasze subiektywne traumy, tęsknoty i poczucie straty czynią nas tym, kim jesteśmy.

Julieta 2

Wyciągnięcie tych wniosków nie byłoby jednak możliwe, gdyby Almodóvar nie posiadał zdolności zręcznego opowiadania historii. Gawędziarski ton wraz z oszczędną, zwięzłą narracją (co budzi tym większy szacunek, że Julieta oparta jest na kilku opowiadaniach Alice Munro) powodują, że upływ trzech dekad, na przestrzeni których rozgrywają się wspomnienia bohaterki, odbywa się w naturalny, pozbawiony zgrzytów sposób. Równie ważne okazują się wybory castingowe, wspomagane sprytnymi zabiegami narracyjnymi – gdy w pewnym momencie retrospekcji Adrianę Ugarte zastępuje Emma Suárez, jesteśmy na to gotowi, bo już w pierwszych scenach filmu Almodóvar pokazuje nam obie wersje Juliety: pełną pasji początkującą nauczycielkę i zmęczoną życiem kobietę. Gdy różnica wieku wynosi kilkadziesiąt lat, łatwiej jest zawiesić niewiarę i przyzwyczaić się do myśli, że obie kobiety są jedną i tą samą osobą. Z kolei staranna charakteryzacja, uwydatniająca zmiany zachodzące na twarzy bohaterki, ułatwia śledzenie z uwagą jej transformacji. Nie mniej ciekawie jest na drugim planie, gdzie Almodóvar daje popis umiejętności ekspresowego zarysowywania ciekawych charakterów, często na przestrzeni dosłownie jednej sceny – jak choćby w przypadku gosposi Xoana, Marian, czy zarządcy kamienicy zamieszkiwanej przez główną bohaterkę. Tego typu smaczki skutecznie budują złożoność świata przedstawionego, pozwalając na natychmiastowe zadomowienie się w nim, i to pomimo stosunkowo krótkiego metrażu.

Julieta 3

Almodóvar robi wszystko, byśmy nie tylko dali się porwać opowieści, ale też jak najmocniej utożsamili się z bohaterką. To jej spojrzenie jest tu absolutnie dominujące – dzięki temu wczuwamy się w jej emocje, towarzysząc jej rozczarowaniom, samotności czy dezorientacji. Hiszpański reżyser osiąga ten efekt poprzez konsekwentne trzymanie się punktu widzenia Juliety – właściwie nigdy nie widzimy niczego, czego nie doświadczyłaby ona sama. Wiele kluczowych dla filmu wydarzeń opowiedzianych jest za pomocą elips; wiemy o nich tylko tyle, ile bohaterka – wszystko po to, byśmy ani przez moment nie utożsamili się ze spojrzeniem innego bohatera. Trzymamy z Julietą nawet wtedy (a może przede wszystkim wtedy), gdy uświadamiamy sobie, że nie jest ona osobą nieskazitelną, popełniając błędy i – świadomie bądź nie – krzywdząc bliskie sobie osoby.

Ostatecznie Julieta okazuje się filmem głęboko humanistycznym – w tym sensie, że traktuje człowieka jako pewną całość, akceptując jego słabości, traumy i obsesje. Almodóvar jakby kpi sobie z marzeń o nowym życiu czy drugiej młodości – wręcz przeciwnie, każe swojej bohaterce zanurzać się w przeszłości, daje jej szansę na rozpoznanie i zaakceptowanie swojej życiowej porażki. Pozwala Juliecie na odnalezienie oczyszczenia w podkoloryzowanych wspomnieniach, a widzom – na czerpanie przyjemności z współuczestnictwa w owej słodko-gorzkiej iluzji, jakoby można było podsumować życie zbiorem migawek z jego najważniejszych chwil. Zresztą czy kino, za pomocą montażu sugerujące związki między odległymi czasowo wydarzeniami i szukające sensu tam, gdzie być może wcale go nie ma, nie pełni takiej samej funkcji jak list Juliety?

Marcin Sarna

Julieta

reżyseria: Pedro Almodóvar

premiera: 2 września 2016 (Polska), 8 kwietnia 2016 (świat)

produkcja: Hiszpania

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.