Wstrzymać oddech

Fotografować to znaczy wstrzymać oddech, uruchamiając wszystkie nasze zdolności w obliczu ulotnej rzeczywistości. Tak Henri Cartier-Bresson definiował wyjście z aparatem do świata, wejście z nim między ludzi. John Maloof robi coś podobnego ze swoją kamerą, używając jej do odkrycia tajemnicy pewnej kobiety, która bezbłędnie potrafiła uchwycić chwilę za pomocą swojego aparatu analogowego. Tak jak ona wstrzymywała oddech amerykańskiej ulicy, tak on zatrzymuje jej osobę na taśmie filmowej.

 

Historia Vivian Maier rozpoczyna się w niewielkim amerykańskim antykwariacie, gdzie wspomniany John Maloof wykupuje pełen negatywów kontener, gdyż są mu one potrzebne do pracy na studia. W ten sposób do jego rąk trafiają setki niewywołanych zdjęć, a także krótkie filmiki i luźne notatki anonimowej kobiety, której nazwisko poznaje z czasem. Pierwsze sceny leżące u podstaw Szukając Vivian Maier nie zwiastują jeszcze hipnotyzującego kina dokumentalnego, zdecydowanie bliżej im do klasycznie opowiedzianej biografii. Choć Maloof najczęściej przechodzi z punktu A do punktu B, pilnie trzymając się porządku chronologicznego swojego śledztwa, dba o to, by bohaterka jego fascynacji została pokazana możliwie jak najwiarygodniej. Nie szczędzi jej więc i głosów krytyki, a nawet nagany, docierając do różnych znających ją osób.

Pytanie, które towarzyszy od samego początku filmu – Kim była ta tajemnicza kobieta? – szybko nabiera różnych odcieni, coraz bardziej pobudzając ciekawość. Okazuje się bowiem, że Vivian Maier była… nianią. Wypowiedzi rodzin, u których pracowała, rzucają nowe światło na jej postać, kreując zamkniętą w sobie ekscentryczkę, która nikogo nie dopuszczała do swojego pokoju. Z drugiej strony jawi się ona jako wspaniała opiekunka, wręcz przyjaciółka dzieci, którym nigdy nie szczędziła pochwał i zawsze zapewniała świetną zabawę. Maloofowi to jednak nie wystarcza. Rozmowy ze świadkami życia fotografki konfrontuje z jej zdjęciami, często przedstawiającymi kloszardów, ulicznych dziwaków, brudne zaułki i podejrzane zakątki. Co takiego ciągnęło tę cichą, skromną kobietę do miejsc tak niebezpiecznych, lecz tak fascynujących? Czy była to zwykła ciekawość zawodowa, a może osobliwa potrzeba wewnętrzna? Stopniowo reżyser odkrywa i mroczną stronę duszy Maier, starając się, by jego film ukazał ją jako postać z krwi i kości z wszelkimi jej wadami i zaletami, nie zaś fantazmat wynikający z ogromnej fascynacji. Nowe fakty z jej życia pozwalają coraz lepiej rozumieć zarówno dlaczego zwiedzała najpodlejsze dzielnice Chicago, jak i czemu zamykała na klucz swój pokój i pilnie broniła do niego dostępu. Do pewnego momentu Szukając… jest jednak opowieścią o duchu, który nie wiadomo skąd się wziął i dlaczego pracował jako niania.

Vivian Maier uważana była za Francuzkę przybyłą do Ameryki w poszukiwaniu pracy, którą najłatwiej było zdobyć jako opiekunka do dzieci. Maloof nie poprzestaje na zdawkowych informacjach dotyczących jej rzekomego francuskiego akcentu, próbując odszukać jej rodzinę. Okazuje się, że faktycznie europejski kraj jest tu nie bez znaczenia, ale niekoniecznie w taki sposób, w jaki wszyscy myśleli. Wątek ten świetnie pointują dynamicznie zmontowane i zestawione ze sobą rozmowy reżysera z językoznawcą, który jest przekonany o swojej racji, i mężczyzną doskonale znającym pochodzenie kobiety. To zresztą nie jedyny doskonale humorystyczny moment filmu – na szczęście twórca zadbał o to, by Szukając… nie był nudnym studium gadających głów. Drugim elementem rozluźniającym nieco klasyczną konwencję dokumentu jest właśnie dynamiczny montaż, dzięki któremu film, choć muzyka występuje w nim tylko dwukrotnie i pełen jest suchych wypowiedzi, nabiera niesamowitej energii. Rozmowy z osobami znającymi Vivian i ekspertami w dziedzinie fotografii przecinane są osobistymi filmikami nakręconymi przez nianię, co sprawia, że pasja Maloofa łączy się tutaj z autentyczną pasją Maier.

Ostatnim pytaniem, które dręczy zarówno twórcę Szukając…, jak i jego rozmówców jest to, dlaczego kobieta o tak wspaniałym talencie zamykała go przed światem. Czyżby nie zdawała sobie sprawy, jak genialne robi zdjęcia? Jak wspaniałą jest obserwatorką? Maloof i na to zdobywa odpowiedź, choć może się ona wydać nieco za prosta, wręcz zbyt oczywista, zwłaszcza w kontekście obecnej wrzawy, jaka powstała wokół prac Maier. Nigdy by nie pozwoliła na coś takiego, mówi z gorzkim uśmiechem jej dawna przyjaciółka, a widz obserwuje zapis przebiegu różnych wernisaży fotografii Vivian, które odbyły się i wciąż się odbywają na całym świecie. Nieuchronne jest skojarzenie z historią Sixto Rodrigueza, wielkiego, zapomnianego muzyka po latach odkrytego na nowo. Sugar Man zrobił furorę, koniec końców zdobywając nawet Oscara za najlepszy film dokumentalny, w żaden sposób nie zmieniając jednak bohatera, o jakim opowiadał. Mimo że trudno wyrokować o tym samym w przypadku Vivian Maier, która sławy doczekała już po swojej śmierci, można domniemywać, że gdyby żyła, pozostałaby tą samą wyalienowaną ekscentryczką. Z drugiej strony być może nigdy byśmy się o niej nie dowiedzieli. Choć i tak pozostaje tylko (aż?) wstrzymanym na swoich własnych fotografiach oddechem pasji i samotności.

5kilo kultury jest patronem medialnym filmu.

Monika Pomijan

Szukając Vivian Maier

reżyseria: John Maloof, Charlie Siskel

premiera: 9 września 2013 (świat), 9 maja 2014 (Polska)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.