Nadal nie uważam, że to westernowe piosenki. Wywiad z Danielem Spaleniakiem.

Jeszcze podczas jednego z letnich festiwali przyłapaliśmy Daniela Spaleniaka, gdy relaksował się przed koncertem czytając powieść Murakamiego. Opowiedział nam o swoim występie podczas Open’er Festival, życiu młodego debiutanta, muzycznych inspiracjach i o tym, czy woli góry, czy morze.

 

Jesteś debiutantem, a już miałeś szansę zagrać koncert na jednym z największych festiwali w Polsce. Jak wrażenia po Open’erze? Jak oceniasz swój występ?

Były problemy organizacyjne. Nie wiem, jak to się stało, ale w trakcie koncertu dostaliśmy informację, że mamy zagrać ostatni utwór. Byliśmy wtedy w połowie setlisty. Trochę nas to zbiło z tropu i sam nie wiem, jak ten koncert potoczył się dalej. Zdążyliśmy już zejść ze sceny, a techniczni powiedzieli, że jednak możemy grać dalej, bo ktoś coś źle zapisał w rozkładzie. Wyszliśmy więc jeszcze raz, ale wszystko było już strasznie chaotyczne i nie wypadło aż tak dobrze, jak chcieliśmy.

Najbardziej oczekiwany koncert?

The Black Keys. Przed Open’erem bardzo dużo ich słuchałem, ale powiem szczerze, że trochę się zawiodłem. Jakoś nie czułem energii na tym koncercie. Może stałem za blisko sceny, tam jest dużo mniej głośników. Kiedy na innych koncertach przeniosłem się pod duże głośniki po lewej stronie, to już było czuć tę moc.

Zaskoczeniem dla mnie był Jack White, który zagrał niesamowicie, dużo lepiej od Keysów, a przyznam, że się nie spodziewałem, bo nowa płyta jakoś nie przypadła mi do gustu.

Jak czujesz się występując na scenie obok tak dużych gwiazd? Jak wygląda życie młodego debiutanta?

Powiem szczerze, że występowanie obok to jest trochę abstrakcyjne stwierdzenie. Ja nie widziałem żadnego artysty, obok którego grałem na Open’erze. Nawet na własnej scenie nie widziałem nikogo. Nie wiem, kiedy oni przyjeżdżają, o której są na backstage’ach. Tak naprawdę granie na takim festiwalu różni się od innych koncertów tylko wielkością sceny, co oznacza też większą tremę. Życie młodego debiutanta? Myślę, że nie różni się niczym szczególnym od normalnego. Nie jest jakoś szczególnie ekscytujące. Na pewno nie przy debiucie na taką skalę.

Jak oceniasz odbiór płyty?

Przerósł moje oczekiwania. Naprawdę nie spodziewałem się, że tak daleko to zajdzie, dlatego bardzo się cieszę. Myślałem, że rzeczywiście dotrze do paru osób i ktoś tam o mnie usłyszy, ale nie marzyłem nawet, że zapewni mi to granie na Open’erze.

Czy to faktycznie wygląda jak taki duży skok?

Myślę, że może za granicą, gdzieś na Zachodzie tak jest, ale w Polsce to tak nie wygląda. To nie jest tak, że nagle na koncerty przychodzi 300-400 osób, nie mówiąc o takich liczbach jak 100 000. Beatlesi z dnia na dzień mieli pełny stadion i dziewczyny krzyczały tak, że nie mogli grać. To jest skok. Ja widzę coraz więcej ludzi na koncertach i cieszę się z tego, bo każda pojedyncza osoba to już jest coś.

Jednak granie na takich uznanych festiwalach jak Open’er jest dość nobilitujące.

Jasne, oczywiście. Nie mogłem uwierzyć, gdy dostałem e-mail od organizatorów. Bardziej liczyłem na OFF Festival w tym roku, ale się zawiodłem. Szkoda. Na Open’era wysłałem płytę, ale to było już dosyć dawno i w sumie nie wiązałem z tym jakichś większych nadziei. Powiem szczerze, że o tym zapomniałem. I tak czekałem na odpowiedź z OFF-a a tu nagle Łukasz Ziółkowski – Open’er. Z OFF-em wyszło tak, że dostałem się do II etapu konkursu, którego wygranie gwarantowało występ na festiwalu, jednak po przeczytaniu regulaminu odpuściłem. Tym samym, po cichu, poparłem apel, który opublikowali wtedy moi przyjaciele z We Call It a Sound. Podobało mi ostatnie zdanie: Arturze Rojku, może Ty zagrasz na takich warunkach? Filipie, pozdrawiam cię tutaj z tego miejsca i podpisuję się pod tym w 100 procentach.

Daniel Spaleniak

Skoro już o We Call It a Sound mowa – jak oceniasz polską scenę alternatywną?

Faktycznie, teraz powstało coś takiego. Mam swoje zdanie na temat różnych wykonawców, ale ogólnie idzie to w dobrym kierunku i powstaje coraz więcej ciekawej muzyki. Chociażby właśnie nowa płyta We Call It a Sound, która jest świetna i za każdym razem, gdy mam okazję, to o niej wspominam.

Można powiedzieć, że taki rozwój to nowe zjawisko?

Nie interesowałem się tym wcześniej, ale faktycznie teraz polski mainstream zaczął przenikać się z alternatywą. Ona też stała się trochę modna.

A masz jakieś porównanie do zagranicznych scen?

Nie, nieszczególnie. Słucham dużo muzyki z Ameryki (śmiech). Tam trudno jest dotrzeć do mniejszych zespołów. To jest ogromny rynek. Teraz interesuję się bardziej tym naszym polskim podwórkiem.

Myślisz, że te amerykańskie inspiracje przebrzmiewają w twojej debiutanckiej płycie? W kilku recenzjach pojawia się określenie, że twoje piosenki są westernowe.

Tak, słyszałem to. Tworząc je nie zdawałem sobie z tego sprawy. Miałem z tyłu głowy, że to faktycznie jest trochę amerykańskie, ale nigdy nie myślałem, że robię westernową muzykę. Później, gdy przeczytałem recenzje, stwierdziłem, że coś w tym jest, chociaż nadal nie uważam, że to westernowe piosenki. Dla mnie to bardziej dźwięki z małych, brudnych, niepokojących teksańskich miasteczek. Te klimaty mi się podobają. Natomiast recenzenci uznali, że to jest western. Jeśli wolą tak to podpisać, to proszę bardzo.

No właśnie – twoja muzyka jest nastrojowa, ale nienachalna i gdyby miał to być soundratrack do filmu, to do jakiego? Może jakiegoś konkretnego reżysera?

Moim marzeniem byłoby, żeby trafiła do filmu Jarmuscha. To by było po prostu kapitalne. To chyba pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Gdybym usłyszał swoje piosenki w jakimś dobrym filmie, byłbym zachwycony i… pewnie onieśmielony, bo, szczerze, jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.

Prace nad płytą trwały dwa lata, a jesteś młodym twórcą i jest to taki wiek, w którym w przeciągu roku można stać się praktycznie inną osobą.

Myślę, że słychać to trochę na płycie, bo kawałki są spójne pod względem klimatu, ale różnią się stylistyką. Nie potrafię określić jednego gatunku. Nigdy też nie próbowałem tego jakoś sklasyfikować. Podałem płytę na tacy recenzentom – proszę zróbcie to za mnie. Muszę przyznać, że wyniki były naprawdę ciekawe. Ale rzeczywiście praca nad albumem trwała długo, było bardzo dużo utworów, zostało wybranych 12 i myślę, że wybrałem najlepsze, jakie do tej pory udało mi się stworzyć.

Mówiąc o szufladkowaniu – gdybyś był swoją płytą i miałbyś sobie leżeć na półce sklepowej, to między kim a kim chciałbyś leżeć?

Chyba obok Kurta Villa i Beatlesów. Nie wiem czemu, po prostu ich najbardziej lubię. Pod spodem mógłby być Bob Dylan, a Nick Cave na górze, i byłoby super.

Trzeba przyznać, że jako osoba sprawiasz zupełnie inne wrażenie niż można by wywnioskować z nastrojowej, ale też bardzo dojrzałej i poważnej płyta.

Jestem lekkoduchem, ale też wrażliwym człowiekiem. To są moje dwie strony. Tę drugą stronę, swoje niepokoje, smutki czy żale, przelewam na płytę. Teraz nagrywam wesołe utwory, bo jestem w dobrym humorze i wszystko w moim życiu się układa. To mnie trochę dziwi i czasami żałuję, bo tamte bardziej nastrojowe piosenki też mi się podobały i chciałbym troszkę tej melancholii przemycić. Na razie nie ma na to miejsca.

W teledyskach, w tekstach dużo jest natury. Czy to twoje źródło inspiracji?

Jeżeli chodzi o inspirację, to nie potrafię dokładnie określić, co nią jest. Po prostu wszystko: filmy, muzyka, przyroda, ludzie. Nigdy nie mam tak, że inspiruje mnie jedna konkretna rzecz. Natomiast jeżeli chodzi o naturę, to rzeczywiście bardzo ją lubię. W szczególności te lasy, które udało się Weronice uchwycić w teledysku. Niesamowite było to, że trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo i cały teledysk nagraliśmy spontanicznie. Wyszło to bardzo zgrabnie, bo mamy podobne poczucie estetyki i dobrze się rozumiemy. Bardzo jej dziękuję, bo to klip do My Name Is Wind pchnął Dreamers na szerokie wody.

… a gdybym miał wybierać między górami a morzem to, na tę chwilę, wybieram góry.

rozmawiali Anna Ślusareńka i Teodor Klincewicz

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *