Z Bogiem na ustach przeciw włoskiej mafii

święci z bostonu3Religia, czerstwy humor i wysokie stężenie przemocy. Tak w 1999 roku zadebiutował Troy Duffy. Jak sam mówił, w pisaniu scenariusza inspirował się wydarzeniami ze swojego życia, a dobre i te mniej przyjemne doświadczenia przekuł w fabułę Świętych z Bostonu. Początkowo film nie miał szans na przebicie się do szerokiej publiczności – wyświetlano go jedynie w kilku amerykańskich kinach. Dopiero konwersja na nośniki VHS i DVD pozwoliła na poszerzenie spektrum odbiorców. Szybko okazało się, że Święci to jeden z tych niewielu przypadków, gdy wyświechtana kategoria kultowości dzieła znajduje swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Twórcy filmu regularnie pojawiają się na rozmaitych zlotach, konwentach i festiwalach, wciąż gromadząc pełne sale fanów.

 

Braci MacManus poznajemy w kościele. Connor (Sean Patrick Flanery) i Murphy (Norman Reedus), wychowani w Irlandii, są gorliwymi katolikami – na szyjach noszą drewniane krzyże, a ich skóra pokryta jest licznymi tatuażami o symbolice biblijnej. Pierwsza sekwencja to kazanie lokalnego księdza, który prawi o narastającej przemocy i potrzebie społecznej reakcji na krzywdę niewinnych. Bracia, po ostentacyjnym wyjściu ze świątyni i synchronicznym odpaleniu papierosów, wyrażają aprobatę dla słów duchownego. I pewnie na tym by się skończyło, jednak dalsze wypadki spowodują, że deklaracje zostaną wprowadzone w czyn.

O bohaterach wiemy niewiele, nie poznamy wielu sekretów z ich przeszłości, a skrawkowe dane można odnaleźć w pojedynczych kwestiach dialogowych. Trzydziestokilkuletni bracia dzień dzielą między kościelne nabożeństwo, pracę w rzeźni i wieczory w irlandzkim barze. Zresztą narodowe akcenty przewijają się przez cały film i stanowią ważny element w budowaniu obrazu amerykańskiej metropolii – w Bostonie przeplatają się interesy gości spod ciemnej gwiazdy mówiących w szerokiej gamie języków: od rosyjskiego po włoski (co ciekawe, protagoniści płynnie posługują się przynajmniej sześcioma). Najlepszym kumplem braci jest Rocco (David Della Rocco), nieco od nich starszy, od razu rzucający się w oczy narwaniec, potomek włoskich imigrantów. Działa w strukturach miejscowej mafii, znajduje się właściwie na samym dole jej hierarchii – jest chłopcem na posyłki, popychadłem aspirującym oczywiście do pełnienia bardziej prestiżowej roli. Duffy rozdziela tu wyraźnie dwie charakterologiczne siły – bracia MacManus podczas niebezpiecznych operacji reprezentują pragmatyzm i opanowanie. Natomiast Rocco to szaleniec, który najpierw strzela, a później, ewentualnie, myśli o konsekwencjach. Jego kariera w dotychczasowym miejscu pracy to pasmo porażek, jest poniżany przez prawą rękę szefa (w tej roli gwiazda filmów pornograficznych lat 80. – Ron Jeremy), a dla bossa jest jedynie źródłem rasistowskich dowcipów.

święci z bostonu1

Bójka z rosyjskimi bandziorami zapoczątkuje serię egzekucji, jakie bracia i Rocco będą wykonywać na bostońskich watażkach. W przypływie religijnego impulsu MacManusowie usłyszą boski głos nakazujący walkę ze złem. Szybko staną się miejską legendą – nieuchwytnymi zabójcami, regularnie eliminującymi bandziorów wszelkiej maści. Za manifest ich działalności niech posłuży dialog w jednej ze scen: Rocco w rozmowie z braćmi konstatuje, że tacy jak oni powinni znaleźć się w każdym dużym mieście, na co Murphy odpowiada, że ich działalność jest jak sklep całodobowy.

W Świętych z Bostonu mamy do czynienia z popularną ostatnio kwestią relatywizowania zła w imię specyficznie pojmowanego dobra – na myśl przychodzi casus popularnego później serialowego Dextera. Zbrodnia zbrodni nierówna, naganne uczynki usprawiedliwiane są bezpieczeństwem ogółu społeczeństwa. Jednak historia nie zamienia się w patetyczny mit o ostatnich sprawiedliwych z krucyfiksem na piersi i bożym słowem na ustach. Connor, Murphy i Rocco nie są aniołkami, nie stronią od alkoholu, w co drugie słowo wplatają fuck, a ich stosunek do kobiet można eufemistycznie określić jako seksistowski. Duffy’emu udało się nakreślić niebanalne postacie, których odmienności wzajemnie się dopełniają. Zarówno relacje między braćmi, jak ich trudna przyjaźń z włoskim psychopatą, to mieszanka humoru, brawury i krwawych pistoletowych jatek. Amplituda napięć to wzór, według którego reżyser łączy kolejne sceny – po efektownej wymianie ognia i religijnym rytuale z nakładaniem monet na oczy zamordowanych, jesteśmy świadkami groteskowej sceny, gdy bracia w ramach żartu próbują wysłać Rocco na drugi, lepszy świat.

święci z bostonu2

Równolegle z wątkiem niebezpiecznej trójki rozwija się ścieżka fabularna, w której główne skrzypce gra agent Paul Smecker – funkcjonariusz FBI poszukujący tytułowych mścicieli. Stróż prawa w brawurowej kreacji Willema Defoe to postać kumulująca w sobie skrajne cechy pozostałych bohaterów – wybuchowy temperament łączy z wdziękiem i profesjonalizmem w rozwiązywaniu kolejnych łamigłówek. Druga linia fabularna powoduje zaburzenie chronologii zdarzeń – niejednokrotnie działania irlandzko-włoskiego teamu są zawieszane, czy wręcz zatrzymywane w kadrze, by w kulminacyjnych punktach oddać pole rudowłosemu agentowi. A ten kradnie niemal każdą minutę. Jego niekonwencjonalne metody i narcystyczne wnętrze nie pozwalają, by dochodzenie było nudną retrospekcją – Smecker wchodzi w sam środek egzekucji i staje się narratorem. To nie intryga, nie sceny akcji, a charakterologiczne zróżnicowanie jest najmocniejszą stroną filmu Duffy’ego. Święci odznaczają się dość oszczędną formą – zdarzenia rozgrywają się w niewielkiej liczbie lokacji, nie spotkamy tu też tabunu manekinów. Postaci drugo- i trzecioplanowych występuje niewiele, ale nawet epizodyczni bohaterowie, poprzez swoje przerysowanie, sposób ekspresji czy nawet wygląd, potrafią zapaść w pamięć na nieco dłużej niż krótki czas ich ekranowej obecności.

Jak na debiut, dzieło amerykańskiego twórcy to film bardzo przemyślany, w którym udało się zachować balans między farsą i opowieścią na poważnie. Reżyser sprawnie operuje odmiennymi konwencjami, śmiech zamienia się tu w płacz, a wszystko okraszone zostało kapitalnie napisanymi dialogami. Za przykład na niemożność włączenia Świętych w wygodne kategorie gatunkowe niech posłuży jedna z najlepszych sekwencji w całym filmie, w której bohaterowie wygłaszają deklarację o planowanym oczyszczeniu świata z niegodziwości, by później znaleźć się w środku zakrapianej imprezy, której finałem jest nieumyślne spowodowanie śmierci kota. Podobnie tragikomicznych momentów jest w filmie Duffy’ego w bród. Niewątpliwie gdzieś w powietrzu unoszą się tu tarantinowskie inspiracje, jednak reżyser z całą pewnością nie kopiuje twórcy Wściekłych psów i Pulp Fiction. Bierze jedynie to, co najlepsze, i przekłada na swój nieco efekciarski, ale osobliwy styl.

Dowiedz się więcej na temat Modlitwy Ojcze Nasz oraz interpretacji jaka może być, albo już jest.

Michał Litorowicz

Święci z Bostonu

reżyseria: Troy Duffy

premiera: 4 sierpnia 1999 (świat), 10 sierpnia 2001 (Polska)

produkcja: Kanada, USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.