Życie nie jest jedną historią. Wywiad z Györgyem Pálfim

Swobodne opadanie plakatOd piątku 8 stycznia na ekranach polskich kin można oglądać Swobodne opadanie w reżyserii Györgya Pálfiego. Reżyser gościł w Warszawie podczas zeszłorocznego festiwalu Wiosna Filmów, gdzie zadaliśmy mu kilka pytań dotyczących jego najnowszego dzieła, a także funkcjonowania węgierskiego rynku filmowego.

 

Swobodne opadanie składa się z kilku odrębnych, bardzo dziwnych historii, odbywających się w jednym budynku. Czy można odczytywać ten film jako metaforę węgierskiego społeczeństwa?

Przede wszystkim chciałem opowiedzieć o uniwersalnych problemach i pytaniach, które dotyczą wszystkich ludzi. Każde z siedmiu pięter tego budynku jest metaforą jednej kwestii dotyczącej kondycji człowieka. Oczywiście, rysunek społeczeństwa – nastrój poszczególnych scen, stroje czy reakcje bohaterów – wynika tu z węgierskiej specyfiki. Ale jeśli przyjrzymy się bliżej, to zobaczymy, że film opowiada o powszechnych sprawach. Na przykład jeden epizod dotyczy tego, jak wychowywać dzieci i co to znaczy być rodzicem. Na kolejnym piętrze zastanawiamy się nad tym, czy miłość może zaistnieć nie między dwójką, a trójką ludzi. Jeszcze inna historia pokazuje relację między utalentowanym uczniem i jego mistrzem, który nie potrafi poradzić sobie z talentem swojego podopiecznego. To uniwersalne sprawy, więc mój film jest czymś więcej, niż tylko obrazem węgierskiego społeczeństwa.

Jak wyglądał sposób powstawania filmu? Czy od razu miał Pan w głowie wszystkie siedem historii i kręcił je zgodnie z tym zamierzeniem, czy też podczas zdjęć dokonano jakichś istotnych zmian?

To była bardzo szybka praca, bo mieliśmy tylko jakieś sześć czy siedem miesięcy, by opracować, zrealizować i zmontować film. W październiku nie wiedzieliśmy jeszcze, jak będzie wyglądał, a w kwietniu Swobodne opadanie było już gotowe.

Czyli było w tym zapewne sporo improwizacji.

Bardzo dużo, bo nie mieliśmy czasu na długi okres preprodukcji. Najpierw zastanowiliśmy się wraz z żoną, która jest autorką scenariusza, jakie kwestie chcielibyśmy poruszyć w filmie. Potem narysowaliśmy krótkie synopsisy: jedna historia – jedna strona, wybraliśmy aktorów, przedyskutowaliśmy z nimi historie, i dopiero na końcu napisaliśmy scenariusz.

To nie pierwszy raz, gdy kręci Pan film złożony z krótszych historii, a nie jedną długą fabułę – podobnie było na przykład w Taxidermii. Czy taka forma jest bardziej atrakcyjna dla współczesnego widza, który ma coraz większe problemy ze skupieniem uwagi na jednej rzeczy, czy może jest po prostu bliższa Pańskim ambicjom?

Prawdę mówiąc, mam problem z tradycyjnym opowiadaniem historii. Lubię oglądać filmy z klasyczną narracją i rozumiem, że jest to najmocniejszy sposób na przekazanie emocji, ale ta forma mi nie odpowiada. Przecież moje własne życie nie jest jedną, pełną historią, to raczej wiele drobnych epizodów. Tradycyjne opowieści mają swój wyznaczony koniec, a przecież w rzeczywistości nie wiadomo, co stanie się za pięć minut. Dlatego próbuję opowiadać historie bez jednoznacznego zakończenia, tak jak w życiu.

A czy nie chciałby się Pan jednak przełamać i stworzyć właśnie takiej jednej, długiej fabuły? Ma Pan jakieś konkretne plany na kolejne filmy?

Tak, jak najbardziej. Następny film może być historią bardziej tradycyjną, ale opowiedzianą w niekoniecznie tradycyjny sposób. Będzie to adaptacja powieści Stanisława Lema Głos Pana. Planuję ją jako dokumentalny film science-fiction.

Brzmi interesująco. Czy to znaczy, że ma Pan plany dotyczące przyszłych filmów, czy raczej zaczyna każdą produkcję od białej kartki?

Nie, to niemożliwe, żeby skupić się tylko na jednym projekcie, przede wszystkim ze względu na finansowanie, które zawsze jest trudną kwestią. Jeśli uprę się, że chcę nakręcić akurat taki, a nie inny film, to może się okazać, że nie zrobię tego nigdy. Nie da się jednak zaplanować swojej kariery. Mam dużo pomysłów i jeśli będę miał warunki, żeby któryś z nich zrealizować, to wykorzystam szansę, ale moja historia jako reżysera nie zależy tylko ode mnie.

Swobodne opadanie

A jak dokładnie wygląda finansowanie filmów na Węgrzech? U nas od 10 lat funkcjonuje Polski Instytut Sztuki Filmowej, stojący za sukcesami zarówno komercyjnymi, jak i artystycznymi dziesiątek filmów – na koncie mamy m.in. Oscara czy Srebrnego Niedźwiedzia. Czy u Was istnieje podobna instytucja, która wspiera projekty filmowe, oceniając je na przykład na podstawie scenariusza?

Teoretycznie mamy fundusz filmowy, ale działa on odwrotnie niż w Polsce. Prowadzi go jeden człowiek, który przez wiele lat był producentem w Stanach. Niestety, nienawidzi on i nie rozumie europejskiego modelu kina autorskiego, bo wyjechał stąd w wieku jedenastu czy dwunastu lat. Lubi za to filmy hollywoodzkie i chce robić takie same na Węgrzech, więc wspiera projekty komercyjne. Dla nas, twórców kina autorskiego, jest to zabójcze. Od pięciu lat nie mogę otrzymać dotacji.

Jak to możliwe, że tak duża władza skupia się w rękach jednej osoby? To dziwne, że wszystkie środki publiczne trafiają właśnie do niego.

To skomplikowana sprawa, bo fundusz wykorzystuje wpływy z loterii, czyli publiczne pieniądze. Następnie zostają one przekazane na produkcję filmów, ale rozporządza nimi jedna osoba, która na dodatek traktuje te środki jak swoje własne. Najgorsze jest to, że fundusz ma wystarczająco dużo pieniędzy dla całego rynku filmowego, ale nigdy nie rozdaje ich w całości. Filmowcy nie mają za co kręcić filmów, a środki leżą na koncie w banku. Masz scenariusz, masz pomysł, ale nie możesz wykonywać swojej pracy. Można to wręcz uznać za pewną zawoalowaną formę cenzury, choć oczywiście formalnie mamy zapewnioną wolność artystyczną.

A środki prywatne albo koprodukcje?

Jeśli zapytam osobę prywatną o wsparcie, to każdy powie, że całe środki na kulturę przekazuje do funduszu. Trudno mówić też o wsparciu stricte komercyjnym, bo o ile w Polsce jest 40 milionów ludzi i można odzyskać pieniądze z kin, to na Węgrzech jest to niemożliwe. Z kolei jeśli zapytam za granicą, to odpowiedź będzie taka, że pierwsze 40 czy 50 procent budżetu muszę wnieść sam. A przecież mogę je uzyskać tylko z tej jednej instytucji, która nie chce wspierać kina autorskiego. Oczywiście nigdy nie usłyszysz od nich nie, zamiast tego powiedzą: jeszcze nie teraz, napisz to od nowa. To absurd, bo jeśli rozwijałem swój scenariusz przez dwa lata, to on już naprawdę nie będzie lepszy.

Wróćmy jeszcze do Swobodnego opadania, które szczęśliwie zostało zrealizowane. Wydaje mi się, że jeden z wątków – małżeństwa żyjącego w sterylnych warunkach w strachu przed bakteriami i zanieczyszczeniami – dobrze wpasowuje się w Pana dotychczasową twórczość, w której ważną rolę pełni kwestia ciała: jego przekształceń, deformacji czy wręcz rozkładu.

To prawda, biologiczna determinacja jest dla mnie czymś bardzo ważnym. Zawsze próbuję znaleźć tę granicę: jak najdalej możemy się posunąć w ramach barier narzuconych przez nasze śmiertelne ciała – jak w Księdze rekordów Guinnessa, która pełna jest takich skrajnych przypadków. To paradoks, że pod względem emocji, duszy czy głębi naszych uczuć, jesteśmy praktycznie nieograniczeni – za to nasze ciało może biec maksymalnie 25 kilometrów na godzinę, a do tego musi jeść i pić, bo bez tego nie przeżyjemy więcej niż kilka dni.

A w jaki sposób to spostrzeżenie realizuje się we wspomnianej przeze mnie historii? Ciekaw jestem, jak należy ją rozumieć.

W tym wątku chodzi o związek między dwojgiem ludzi. Oczywiście na pierwszy rzut oka dotyczy on kwestii zdrowotnych: dobrego powietrza, zdrowej żywności, wpływu środków chemicznych na ludzkie życie. Jednak w tej części filmu najważniejsze jest to, co bohaterowie sądzą o sobie nawzajem, jak działa ich relacja, jeśli nie mówią szczerze o swoich problemach. Każda miłość to nie tylko uczucie do mężczyzny czy kobiety, ale także męskiego lub kobiecego świata. W tym związku świat mężczyzny jest mocniejszy, przez co kobieta nie może wypowiedzieć swoich problemów. A jest ich wiele, więc ta historia może zakończyć się tylko w jeden sposób. Czasami bywa też odwrotnie, gdy świat kobiety jest silniejszy od męskiego. Tylko część związków jest naprawdę zdrowa.

rozmawiał: Marcin Sarna

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.