Życie w cztery godziny

Uodporniliśmy się już na zabawy gatunkami. Rozpieściły nas tarantinowska bezczelność, przestylizowane dzieła Parka Chan-wooka i znany z krzyżowania komedii z gore Takashi Miike. Jednym słowem: nuda. Na szczęście jest ktoś, kto wyrwie was z marazmu. Przed państwem Sion Sono, geniusz i wariat zarazem.

 

Japończyk zazwyczaj się nie ogranicza i kręci długie filmy, jednak „Love Exposure” to prawdziwa bestia, bite 237 minut. Nasuwa się pytanie: po co aż tyle? Bynajmniej nie po to, by odstraszyć wszystkich widzów cierpiących na ADHD. Co to, to nie, film Sono to kwintesencja filmowej nadpobudliwości. I właśnie ta nadpobudliwość potrzebuje przestrzeni, objawia się bowiem swobodnym skakaniem po wszystkich, ale to wszystkich gatunkach filmowych, często w obrębie jednej sekwencji. Metoda, która tkwi w tym szaleństwie, z każdą kolejną sceną staje się lepiej widoczna, nie pozwalając zakwalifikować „Love Exposure” jako kolejnej błyskotki w skarbcu nieskażonego powagą postmodernizmu.

Podzielona na segmenty opowieść koncentruje się na trojgu nastolatków, kolejno przyjmując ich punkty widzenia i coraz mocniej splatając ich losy. Licealista Yu, pochodzący z bardzo religijnej rodziny, musi poradzić sobie ze śmiercią matki oraz z ojcem, który pod wpływem tego dramatu zostaje księdzem i staje się coraz bardziej fanatyczny. W końcu dochodzi do tego, że zmusza syna do codziennej spowiedzi, nie akceptując odpowiedzi: Dziś żadnych grzechów nie popełniłem. Terroryzując chłopaka, w praktyce zmusza go do podjęcia rozmaitych grzesznych przedsięwzięć. Na skutek tego Yu rozpoczyna karierę w światku hentai, zostając ekspertem od, by tak rzec, „fotografii podspódniczkowej”. W międzyczasie przysięga sobie i Bogu, że zwiąże się tylko z jedną jedyną dziewczyną, jego Marią. Problem w tym, że upatrzona Maria – a na imię jej Yoko – ma matkę, w której zakochuje się ojciec Yu. W międzyczasie trzecia persona dramatu, Aya, zaczyna interesować się Yu. Zaciekawienie z jej strony oznacza jednak nieliche niebezpieczeństwo, ponieważ jest ona wysokiej rangi członkinią sekty o nazwie Kościół Zero. W zgodzie z zasadą, że cel uświęca środki, zrobi wszystko, by zwabić rodzinę chłopca w sidła organizacji i dzięki temu wymusić na nim posłuszeństwo.

Powyższy szkic absurdalnie skomplikowanej fabuły, choć pobieżny, pozwala przynajmniej nadgryźć tajemnicę metody twórczej Sono. Jej pierwszym składnikiem jest wykrzywianie rzeczywistości, umieszczanie w niej karykaturalnych postaci i mnożenie kontrastów. Dzięki temu Japończyk może pozwolić sobie na swobodne, na pierwszy rzut oka chaotyczne przemieszanie elementów dramatu rodzinnego, parodii filmu religijnego, filmu szkolnego, slapsticku, filmu zemsty, gangsterki, gore, sztuk walki (tak!), a przede wszystkim klasycznego romansu. „Love Exposure” to wynik radosnej zabawy w filmowej piaskownicy, zapośredniczony za pomocą zwierciadła wykrzywionego tak mocno, jakby zaraz miało pęknąć. Prawdziwy diabelski młyn dla wszystkich, którzy nie boją się szaleństwa i łamania reguł tradycyjnej narracji. Wszystko to podane w zapierającym dech w piersiach tempie, nadawanym przez teledyskowy montaż i zdjęcia z ręki. Sion Sono to z całą pewnością wariat.

Wszystko to byłoby lekko rozczarowujące – w końcu, jako się rzekło, postmodernistycznych układanek mamy na pęczki, także w samej Japonii, gdzie podobnie szaleją m. in. wspomniany Miike oraz Tetsuya Nakashima – gdyby nie drugie dno. Tak się bowiem składa, że „Love Exposure” pod przykrywką uroczego nieładu skrywa pokłady psychologicznej prawdy i, nade wszystko, jest filmem głęboko zaangażowanym społecznie. Sono nie bez przyczyny porusza tematy religii, patriarchatu i rozpadu rodziny, a w dalszych partiach filmu ujawnia traumy związane z alkoholizmem, pedofilią i gwałtem. Opowiadając o problemach nastolatków, wybiera najbardziej palące kwestie społeczne i wali prosto między oczy, bezlitośnie obnażając choroby toczące japońskie – i przecież nie tylko japońskie – społeczeństwo. Przechodząc od doznawanych przez bohaterów wzlotów do bolesnych upadków, pokazuje też, dlaczego „Love Exposure” nie mogło być opowiedziane w inny sposób. Mnogość gatunków nie jest bowiem tylko sztuczką i wabikiem na wielbicieli łowienia nawiązań. Nade wszystko jest to niezwykle ambitna próba dobrania osobnej konwencji do każdego odcienia życia – każdy wybór stylistyczny koresponduje z sytuacją i odczuciami bohaterów. Jak choćby w momencie, gdy Yu ostatecznie poddaje się gniewowi i daje tamu wyraz rozpętując, oczywiście za pomocą samurajskiej katany, krwawą łaźnię na miarę „Kill Billa” i wszystkich jego inspiracji w rodzaju „Lady Snowblood”.

Na deser dostajemy mnóstwo zwariowanego humoru. Gwarantuję wam, że scen, w których Yu i jego partnerzy fotografują majtki przechodzących dziewczyn, nie zapomnicie nigdy. Robią to bowiem w stylu… kung-fu. Oczywiście akcje w terenie poprzedzone zostały długotrwałym treningiem pod okiem brodatego mistrza – prawdziwe „Hentai Karate Kid”. Niezastąpionym generatorem śmiechu jest również aktorska nadekspresja. Szczególnie wcielający się w Yu Takahiro Nishijima często zachowuje się raczej jak bohater anime niż człowiek z krwi i kości. Towarzyszące mu Hikari Mitsushima i Sakura Andô mają może nieco bardziej powściągliwą mimikę, ale i one dostają do odegrania wiele zupełnie odlotowych partii. Doskonale wpisuje się to w pozbawioną zahamowań konwencję filmu.

Prawdziwą wisienką na torcie jest jednak zaangażowanie samego reżysera – Sono nie jest ani zaledwie błaznem, ani „socjopatą z brzytwą” (jak kiedyś określono Antonioniego). Nie lekceważy problemów, ale i nie przygląda się im z dystansu, zimno analizując. Wręcz przeciwnie, w każdy swój film wkłada całe serce. Naprawdę obchodzi go to, o czym opowiada. Czy będzie to homoseksualizm („Zły film”), plaga samobójstw („Klub samobójców”), czy dysfunkcyjne rodziny („Noriko’s Dinner Table”), pod płaszczykiem eskapistycznej gry konwencjami Sono ujawnia się jako niezwykle empatyczna osoba. Jego dzieła wydają się uciekać od rzeczywistości, poruszać się w świecie kinofilskich fantazji, ale tylko do czasu – zawsze nadchodzi w nich moment, w którym zdajemy sobie sprawę, że to wszystko jest śmiertelnie serio. Tak samo jest w „Love Exposure”, będącym niejako kompilacją charakterystycznych cech twórczości Japończyka.

Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, „Love Exposure” jest po prostu filmem o życiu. Chowającym się za szaleńczym pędem przez style i konwencje, ale do głębi poruszającym i po prostu „do rany przyłóż”. Wzrusza tym bardziej, że wspomniany wyżej romans nie jest tylko kolejnym dodatkiem do mozaiki – ostatecznie okazuje się, że zgodnie z tytułem, to miłość ma fundamentalną rolę do odegrania w świecie wypełnionym traumami i rozczarowaniami. Kolejny banał? Cóż, obejrzyjcie końcówkę tego filmu. Końcówkę tak bezwstydnie melodramatyczną, wyrażającą taką wiarę w to, że jednak może być lepiej, że aż zapierającą dech w piersiach. I pokazującą, że jakbyśmy się nie bawili konwencjami, prędzej czy później i tak powrócimy do melodramatu, bo nic lepiej nie wyraża prostych, autentycznych uczuć.

Przeżyć całe życie w 237 minut? Dlaczego tylko tyle? Sion Sono to z całą pewnością wariat, tak. Lecz w tym wypadku szaleństwa od geniuszu nie oddziela nawet cienka linia.

Robert Mróz

„Love Exposure”

Reżyseria: Sion Sono

Premiera: 6 lutego 2009 (świat)

Produkcja: Japonia

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.