Högni Egilsson, znany z islandzkich projektów GusGus i Hjaltalín, wystąpił w grudniu na 8 koncertach w Polsce, prezentując nowe, zdecydowanie bardziej kameralne oblicze. O prawdzie i fikcji na scenie, islandzkim festiwalu i przesuwaniu własnych granic – tuż przed koncertem w piwnicy krakowskiej Alchemii z artystą rozmawiała Justyna Borycka.

 

Jesteś w trakcie akustycznej trasy koncertowej po Polsce, na koncertach prezentujesz zarówno nowy materiał, jak i interpretacje utworów Hjaltalín i GusGus. To jednak nie pierwszy raz, kiedy na scenie pojawiasz się sam – jakiś czas temu stworzyłeś solowy projekt HE. Towarzyszą Ci te same emocje, o których mówiłeś przy okazji debiutu HE? Niepewność, onieśmielenie związane z występami solo?

To wyzwanie pojawiać się na scenie samemu. HE obejmuje część muzyki, którą pisałem i odkładałem na jakiś czas na bok, ale wkrótce zamierzam ją pokazać. Teraz w trasie jestem tylko ja i fortepian, „próbuję” nowe piosenki na żywo. Zawsze czuję się trochę niepewnie przed koncertem, na pewno bardziej niż z zespołem, kiedy wszystko idzie łatwiej i rzeczy po prostu się dzieją. Tutaj mam tylko głos i instrument, muszę próbować różnych rzeczy – to muzyczne wyzwanie, ale jednocześnie dobra zabawa. Nie mogę się doczekać, żeby zagrać na pięknym, starym fortepianie w tej przestrzeni, w piwnicy na żydowskiej dzielnicy Krakowa – będzie świetnie.

Miejsce z pewnością ma duże znaczenie i myślę, że intymna atmosfera piwnicy Alchemii może idealnie harmonizować z Twoją muzyką. Wyobrażasz sobie granie tego solowego materiału na jakimś wielkim festiwalu, czy raczej mogłoby to zepsuć efekt?

Sądzę, że mógłbym zagrać w dużej, festiwalowej przestrzeni z projektem HE. Jest dość monumentalny – z całą elektroniką, smyczkami i chórami. Jeśli chodzi o głos i fortepian, dobrze jest przynajmniej zacząć od grania małych koncertów, jak ten dzisiejszy. Wiesz, to świetne uczucie, kiedy 150 osób przyjdzie tutaj, w Krakowie, żeby posłuchać czegoś totalnie nowego, co jeszcze nigdzie się nie ukazało. Oczywiście pojawi się też kilka utworów Hjaltalín i GusGus – te, które napisałem.

Duże wrażenie robi utwór „Komdu með” HE, w którym śpiewasz bardzo emocjonalnie, wiele wyrażasz gestem. Lecz, jak powiedziałeś, tutaj elektronika, smyczki i chórki odgrywają ważną rolę, budując specyficzne napięcie. Podczas tej akustycznej, osobistej trasy czujesz się na scenie całkowicie sobą, czy jest tu miejsce na fikcję?

W takich nieobrobionych, akustycznych warunkach jesteś na scenie nagi. Głos zyskuje nowe znaczenie, staje się ikoną, instrumentem samym w sobie. Myślę, że wtedy na scenie jestem naprawdę ja, prawdopodobnie w najsurowszej formie. To prawie jak w domu, kiedy ćwiczę, próbuję różnych rzeczy. Kocham takie koncerty, bo różnica polega na tym, że w domu nie ma publiczności. Dzięki niej wytwarza się jakiś rodzaj magii, dziwna reakcja… To właśnie moment, kiedy muzyka naprawdę staje się muzyką. Myślę, że nie ma muzyki tam, gdzie ktoś gra sam dla siebie. Ona jest konwersacją. Chociaż ludzie tylko siedzą, po prostu to czujesz. Lubię czasem spojrzeć komuś w oczy, widzę uwagę, skupienie, energia piosenki rośnie, a ja przetwarzam ją w konkretny klimat. Koncerty w ramach tej trasy to nowe i ekscytujące doświadczenie, emocje zmieniają się każdego dnia.

Przeżywasz te piosenki za każdym razem tak samo silnie? Są takie momenty, że wracanie do niektórych z nich na scenie może mieć na Ciebie negatywny wpływ?

Czasami, na swoim najwyższym poziomie, interpretacje mogą stać się nawet bolesne. Dlatego trzeba je przefiltrować przez jakąś postać. W przypadku utworów, które śpiewałem już bardzo wiele razy, „zakładam” daną piosenkę jak ubranie i pokazuję siebie przez nią. Myślę, że stworzenie takiej postaci jest kluczem do dobrego występu.

Zdecydowanie jesteś dobrym performerem, przykuwałeś uwagę podczas koncertów Hjaltalín i GusGus w hostelu KEX na tegorocznej edycji Iceland Airwaves. Dało się wyczuć pewność siebie, wiedziałeś, że masz publiczność w garści. Przygotowujesz się jakoś specjalnie, żeby wywierać takie wrażenie, czy to po prostu się dzieje i dobrze się bawisz? 

Żeby odegrać jakąś rolę potrzebna jest pewność siebie. Podczas festiwalu widziałem mojego kumpla, młodszego ode mnie, w zespole grającym trochę industrialnego rocka. Nazywają się Fufanu.

Byli świetni!

Tak, bardzo dobry koncert. On nie śpiewał będąc sobą, kreował trudną, intrygującą postać. W pewnym momencie wszedł na ławkę oddzielającą scenę i publiczność, nagle był bardzo blisko niej. To mnie zaskoczyło, nigdy czegoś takiego nie robilem. Przestrzeń w KEXie jest dosyć trudna, mało miejsca, ludzie z tyłu nie widzą zespołu, a ja chciałem jakoś ich dosięgnąć. To, co zrobiło Fufanu, było fajne i odważne. Pomyślałem, że jeśli on może to zrobić, to ja na pewno też mogę. No i spróbowałem na koncercie GusGus.

Pamiętam, mam chyba nawet takie zdjęcie.

Super! Tak, to było cudowne. Za każdym razem mam lekką tremę przed wejściem na scenę, ale kiedy zaczyna się „show time”, nieśmiałość znika, po prostu kocham to, co robię i mówię sobie, że będzie świetnie. Przynajmniej takie jest nastawienie, jakie zawsze chciałbym mieć. Trochę projektuję je w głowie. Kiedy wszedłem na scenę w KEXie pomyślałem: Robiłem to milion razy, jestem doświadczonym performerem, prawdopodobnie jednym z najbardziej doświadczonych w tym kraju, mogę po prostu wejść na tę ławkę. Zrobiłem to, ale był to pewien krok, na który musiałem się zdecydować, on nie wydarzył się tak po prostu. Potem graliśmy z GusGus w Kafibarinn, wszedłem tam na bar i robiłem jakieś dziwne rzeczy. Nie było tak trudno. Tegoroczne Iceland Airwaves dało mi większą świadomość siebie, byłem mniej ostrożny. Żeby występ zapadał w pamięć, musisz przełamać granice własnego strachu. Artyści w ogóle powinni być go pozbawieni – to taki szczery sentyment wolności artystycznej. Oczywiście to odpowiedzialna praca i musisz dawać z siebie wszystko, ale nie możesz przejmować się tym, co pomyślą o tym inni.

Na festiwalu widziałam Cię także w publiczności podczas setu President Bongo. Wspólnie tworzycie GusGus, więc pewnie wzajemnie się inspirujecie i dobrze rozumiecie muzycznie. Byłeś kiedyś na koncercie, podczas którego pomyślałeś, że chciałbyś z tym artystą lub zespołem zrobić jakiś projekt?

HE, o którym rozmawialiśmy, powstał właśnie we współpracy z President Bongo. Lubię jego solowe sety, projekt Serengeti, który jest bardzo imponujący i inny – to ciekawe zobaczyć żywe instrumenty zmieszane z dźwiękami techno. Nie przypominam sobie chyba jednak koncertu, który wywarłby na mnie tak duże wrażenie, żebym pomyślał o współpracy. Oczywiście jest sporo artystów, z którymi chciałbym pracować. Przychodzą mi do głowy producenci pop, na przykład Diplo. Dawno nic od niego nie słyszałem, choć jakieś 3 lata temu śledziłem go dosyć regularnie. Zdecydowanie chciałbym z nim coś stworzyć, Diplo robi „hity hitów”. Jestem pewien, że mógłby z tego powstać naprawdę dobry kawałek.

Na pewno! Wiem, że doceniasz także taniec jako formę ekspresji. Występowaliście nawet razem z GusGus w towarzystwie Icelandic Dance Company, a na koncertach widać, jak dużą wagę przywiązujesz do ruchu. Jeśli nie byłbyś muzykiem, myślisz, że mógłbyś odnaleźć się artystycznie jako tancerz?

Nie, nie sądzę, żebym mógł tańczyć w balecie czy coś w tym stylu. Ale kiedy jestem na scenie, taniec jest dla mnie ważny, czasem gram jakimiś ruchami, fizycznością. Nie mógłbym chyba być profesjonalnym tancerzem, ale ogólnie dobrze tańczę. Moja dziewczyna była kiedyś tancerką, wiem, jak ważna jest to forma ekspresji. To bardzo abstrakcyjny język, bez słów, bez związku z czymkolwiek innym.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała także o Islandię. Widać tam wyjątkowy stosunek do robienia muzyki i do samych artystów – nie ma typowych „celebrytów”, możesz po prostu stać wśród ludzi na koncercie i nikt nie będzie Ci przeszkadzał. W jakim stopniu wpłynęło na Ciebie dorastanie w tym specyficznym środowisku?

Wymieniłbym język, literaturę, charakterystyczny kształt wyspy, przyrodę i zdecydowanie izolację. To główna przyczyna tego, dlaczego na Islandii pojawia się wielu artystów, którzy rozwijają się i kształtują swój styl. Charakterystyczny, a jednak korespondujący z islandzką sztuką. Nie dociera tutaj w jakimś wielkim stopniu komercjalizacja, przede wszystkim ze względu na wielkość rynku. Poza tym nie sądzę, żeby mogła pojawić się w tym kraju jakaś moda, za którą wszyscy nagle zaczęliby podążać. Nikt nie myśli o tym, żeby stać się sławnym na Islandii, wielu marzy natomiast o sukcesie za granicą. Dla mnie sukcesem jest wolne życie, bez monotonnej pracy na rzecz innych ludzi, przez którą stajesz się trybikiem w wielkiej maszynie. Jestem szczególnie wdzięczny za to, że mogę robić to, co kocham i dzięki temu być wolnym. Ale to również kwestia wyboru, czego wielu sobie nie uświadamia. Często ludźmi kieruje strach, że nie są wystarczająco dobrzy, żeby podjąć tę trudną decyzję i zacząć żyć tak, jak chcą. Chociaż może to trochę naiwne podejście w kapitalistycznym świecie napędzanym przez kasę.

To, co powiedziałeś, pokazuje właściwie Islandię w pigułce. Na koniec – jakie są Twoje najbliższe plany? Wspomniałeś o wydaniu utworów, które teraz prezentujesz akustycznie, w zeszłym roku ukazał się nowy album GusGus, ale dawno nie słyszeliśmy nic od Hjaltalín…

Chciałbym wydać solową płytę na wiosnę, pracuję teraz nad jej kształtem, międzynarodową dystrybucją. Myślę też o zaangażowaniu kilku instrumentalistów, ale nie jestem jeszcze pewien. Trudno jest tym razem pracować samemu, cała odpowiedzialność leży na mnie, więc jeśli ja czegoś nie zrobię, nikt się tym nie zajmie. Muszę dobrze zarządzać czasem. Szykujemy nowe wydawnictwo z GusGus, pracujemy nad nową płytą z Hjaltalín, tworzę muzykę do teatru i filmu. Chciałbym jednak kontynuować takie solowe granie, wciąż pisać piosenki. Byłoby świetnie wrócić do Polski z koncertami na wiosnę lub latem.

 

Rozmawiała: Justyna Borycka

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.