Niezal!

Faiver – Opus Magnet (2015) wyd. własne

Tęczowy Music Box to był obciach/Beastie Boys, Sonic Youth naszywki na kostkach / Kostki to plecaki. To cytat z piosenki Jesteście gotowi?, który krótko i zwięźle opisuje, jak na pewnym etapie życia ewoluowały zainteresowania muzyczne co najmniej trzech młodych osób. Pierwszą był oczywiście autor tekstu – Fisz. Drugą – niżej podpisany autor tej recenzji. Trzecią natomiast Faiver, artysta odpowiedzialny za nagranie Opus Magnet – albumu, który choć powstał w Polsce, sporo czerpie z nowojorskiej alternatywy lat 80. i 90. Poniżej recenzja krążka, który powinien zainteresować nie tylko tych, którzy z sentymentem wracają do tamtych lat. 

 

Zanim przejdę do tego, co zawiera Opus Magnet, przybliżę, kim jest Faiver. Albo nie. Przybliżę, kim nie jest. Otóż na pewno nie jest on artystą zależnym. Od nikogo. Pisze, nagrywa i wydaje swoją muzykę samodzielnie, nie zważając na panujące trendy, oczekiwania, wymagania. Totalny niezal i DIY po prostu. Faiver nie jest też miłośnikiem cyfryzacji muzyki. Za to zakochany jest w analogowym brzmieniu, co ani mnie nie dziwi, ani specjalnie od Faivera nie różni. W tekstach na Opus Magnet równie często, co sympatia do starej technologii, przewija się niechęć do współczesnej muzyki przesiąkniętej studyjną korektą i pozbawioną duszy. Jedźmy dalej. Faiver nie jest człowiekiem, który chce na muzyce zarabiać. Nie oszukuje się też, że to, co tworzy mu na to pozwoli. Cytując zainteresowanego — Jak heroina, strychnina albo jeszcze gorzej / Kocham to, z czego dziś żyć nie mogę. Co za tym idzie, wbrew Kazikowej tezie o płodności głodnego artysty, w muzyce Faivera słychać masę twórczej pasji i kreatywnego zapału. Muzyka na Opus… to w większości 3 gitarowe akordy (bez darcia mordy), bluesowa piątka (pentatonika znaczy), piski oscylatorów i prosty perkusyjny (oczywiście niezautomatyzowany) bit. I tu właśnie, w tym szczególe tkwi diabeł. Faiver kombinuje, ale nie przekombinowuje. Tworzy, ale nie przetwarza. Prostota jest tu kluczem do zdobycia uwagi słuchacza poszukującego szczerej nawijki, położonej na surowe pętle, które są stworzone na żywych(!) instrumentach.

Przejdźmy jednak do piosenek. Płyta po brzegi wypełniona jest rapem, bluesem i punkiem, co słychać od samego jej początku. Otwierająca materiał kompozycja Ortotris jest ciężka i gęsta. Zbasowany drumkit wybija prosty rytm, gitara dogrywa do tego prostą melodię, co jakiś czas przewija się partia analogowych klawiszy i harmonijka ustna. Niby nic, ale owa prostota jest tu cnotą, a wszystko żre jak trzeba. Podobnie brzmi De-I-Igrek, z tym że perkusja, której zestaw składa się jedynie z werbla, talerza oraz stopy (i wystarczy), nie jest aż tak ciężka. Bas generuje już czterostrunowe wiosło, nie klawisz, a w refrenie prym wiodą efekty moogopodobnego instrumentu. Swoją drogą, jeśli coś w muzyce Faivera może podobać mi się najbardziej, to właśnie syntezatory. W Jak Jest czy Metropolii, wraz z perksujsją i gitarą, stanowią szkielet kompozycji, ale dzięki bardzo bogatemu wachlarzowi ich brzmień niezwykle urozmaicają piosenki. Są piski, zgrzyty, ale i ciepły (bo analogowy) sound. W 27 + syntezatory świetnie współgrają ze skreczami, a na wieńczącej płytę Metropolii z trąbką zagraną z tłumikiem. Nie da się też zbagatelizować ich roli w utworze tytułowym. Na Opus Magnet linia basu szybko przywołuje skojarzenie ze starym Cypress Hill, by później przypomnieć klmat płyt Oddalenie i 12 Groszy Kazika. Z czym by się ten track nie kojarzył, zawiera najwiecej elementów — główną oś kompozycji uzupełniają zarówno skrecze, jak i harmonijka ustna czy piski oscylatorów. Bogata muzyczna wyobraźnia twórcy czyni równie ciekawymi kompozycje instrumentalne. Nawet jeśli Blues No 5″ można traktować tylko jako oryginalny muzyczny przerywnik niesiony powtarzanym samplem, przesterowanym sześciostrunem i idącą mu w sukurs harmoniką ustną, tak już Post Kosmos (Jak Było W Szpitalu) jest znacznie bardziej urozmaicony. Całość oparta jest na nieco rozstrojonym akustyku i (uwaga…) analogowym syntezatorze, na którym stworzone zostały też wszelkie ozdobniki wybrzmiewające w tle. Do tego mamy riff gitary elektrycznej pełniący funkcję refrenu… i nic więcej do sukcesu nie potrzeba.

Nie można jednak zapomnieć, że Michał Smogorzewski to nie tylko instrumentalista, ale i ogarnięty MC. Nie znajdziecie tu bragga czy podwójnych rymów, jest jednak konkretna nawijka, która sprawnie i bezpośrednio przekazuje treści. O czym na Opus… rapuje Michał? Tak jak napisałem w pierwszym akapicie i wstępie — to hołd dla alternatywy lat 90., analogów, idei DIY, przybijanie piątki scenie niezależnej, nieważne czy to rock, rap, punk, czy blues, ale też elementom tej kultury nieco pobocznym — skateboardingowi czy graffiti. Faiverowi zdarza się też od tej tematyki odbić. Metropolia to opis zmęczonej albo jeszcze pijanej, albo już skacowanej stolicy z perspektywy jej mieszkańca. Pies natomiast to miła nawet dla uszu słuchacza mainstreamowej rozgłośni radiowej ballada, zainspirowana podróżą, a w zasadzie krótkim w niej przystankiem. Tak jak Metropolia, odbiega od głównego nurtu Opus…, ale za to ujawnia drzemiący w Michale potencjał do komponowania ładnych, ale broń Boże infantylnych piosenek. Na płycie się wprawdzie nie znalazła, ale również ukazuje liryczno-muzyczną wszechstronność Faivera. Jeśli więc zainteresuje was Opus Magnet, który odsłuchać i nabyć możecie tu, zreknijcie też tu i posłuchajcie Psa.

Tomasz Spiegolski

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *