Synestezje – Muzyka. Plastyka. Słowo.

Synestezję najprościej można wyjaśnić jako przenikanie się zmysłów. Zależności między muzyką, słowem i obrazem mogą stanowić inspirację w wielu dziedzinach sztuki, co po raz czwarty udowadnia krakowski festiwal.

 

Synestezje rozpoczęłam w sobotę koncertem Poli Rise w małej sali klubu Studio. Od wydania EP The Power of Coincidence wokół projektu tajemniczej młodej wokalistki i kompozytorki pojawia się coraz więcej głosów zachwytu, dlatego z ciekawością oczekiwałam brzmienia syntetycznych utworów z mini-albumu na żywo. Początkowo atmosfera wydawała się dość chłodna, wyczuwalny był dystans i lekka niepewność wokalistki. Przełamanie lodów nastąpiło jednak wraz z singlem The Name of Ra, do którego tekst napisała Pati Yang. Główną rolę odegrał w tym operujący elektroniką producent MANOID, który mocniejszym, głębszym brzmieniem rozluźnił niewielką publiczność, uwalniając tym samym także szczery uśmiech Poli. Pomimo ciekawie skonstruowanego klimatu, łączącego chłodną elektronikę z emocjonalnym wokalem nawiązującym do iamamiwhoami, KARI czy nawet Björk, trudno znaleźć w tym występie coś zaskakującego. Pola prezentuje się za to ciekawie w nagraniu Dezeer Session, którego wyjątkową scenografię stanowi przypominająca portal do innej rzeczywistości konstrukcja autorstwa OCDC Collective, dostępna do obejrzenia w ramach wystawy prac młodych artystów towarzyszącej Synestezjom.

Oprócz przyciągającej wzrok formy scenograficznej na wystawie moją uwagę przykuła seria plakatów Freedom in Jazz Music Magdaleny Jaskulskiej, wybór grafik Magdaleny Chmielek inspirowanych między innymi muzyką oraz multimedialna interpretacja relacji koloru i dźwięku Jakuba Hadera, stanowiąca zapis ruchów zwiedzających wystawę zamrożonych w czasie i kolorze.

Prosto z wystawy przeszłam do głównej sali klubu Studio, która niedługo potem zapełniła się dosłownie po brzegi – takich tłumów nie widziałam tutaj dawno. Miałam wrażenie, że czasy największej popularności Domowych Melodii minęły, jednak atmosfera panująca w wielkiej, zatłoczonej przestrzeni jeszcze przed wyjściem zespołu na scenę szybko wyprowadziła mnie z błędu. Mimo że od wydania ich ostatniego albumu 3 upłynął rok, zaplanowana na listopad i grudzień intensywna trasa koncertowa wyprzedała się niezwykle szybko. Do Domowych Melodii zawsze pochodziłam z dystansem, puszczając mimo uszu cały związany z nimi zamęt, dlatego mimo wielu okazji dopiero teraz po raz pierwszy zobaczyłam ich na żywo – dokładnie 3 lata po pierwszym koncercie w krakowskiej Alchemii, od którego wszystko się zaczęło. Przyznam, że już od pierwszych chwil powoli ulegałam urokowi plastycznych tekstów Justyny, które sprawiają, że Domowe Melodie wpisują się w tematykę festiwalu nie tylko muzyką, ale właśnie słowem. Poczucie humoru, świetny kontakt z publicznością odśpiewującą wszystkie utwory, manipulowanie nastrojem – od delikatnych ballad przy fortepianie (Tu i teraz), przez Świnię i Zbyszka aż po Rio odegrane w meksykańskich sombrero. To wszystko sprawiało, że uśmiech niemal nie schodził z twarzy. Domowe Melodie dają z siebie wiele i dzielą się czystą radością z muzyki, czego dowodem są aż 4 bisy. Chętnie zobaczyłabym ich po raz drugi, ale w bardziej kameralnych, domowych warunkach, o ile przy takiej popularności jest to jeszcze możliwe.

W niedzielę pierwszym festiwalowym wydarzeniem był inspirowany powieścią Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego spektakl rysunkowy Lustro zwielokrotnione autorstwa Karoliny Styczeń, Mai Starakiewicz i Arka Stokłosy. Projekt opierał się na tworzeniu na żywo monochromatycznego pejzażu powstającego symetrycznie ku środkowi, gdzie wyświetlane były czarno-białe, symboliczne animacje. Towarzyszyła temu muzyka elektroniczna, momentami kojarząca się z motywami etnicznymi, uzupełniana fragmentami recytacji. Jednym słowem – przyjemna chwila oderwania od rzeczywistości, obserwacji powstających form nierozproszonych kolorem.

Niedługo po akcie rysunkowym rozpoczął się spektakl Deep Trip – Drum & Dance Performance Art Color Ballet Kraków. Tu kolor miał już kluczowe znacznie. Fluorescencyjne stroje wykonane techniką body painting, liczne rekwizyty, maski odrealniające ruch postaci wprowadzały widza w świat mocno angażujący zmysły. Muzyka na pograniczu głębokiej elektroniki, ambientu, z wykorzystaniem plemiennych, rytmicznych brzmień scalała się z elementami choreografii w stylistyce tańca współczesnego, wśród których najmocniejszymi momentami były duety. Co ciekawe, tancerze byli również twórcami dźwięków dzięki bębnom, beczkom i wiadrom, które okazały się świetnymi rekwizytami dla techniki modern jazz.

Wieczór należał natomiast do laureata festiwalowego przeglądu zespołów, duetu Bordo, oraz wyczekiwanego przeze mnie koncertu Smolika i Keva Foxa. Bordo skojarzyli mi się właśnie z barwą ich nazwy – głęboką, ciemną, trochę staroświecką i intensywną. W ich muzyce słychać silną inspirację twórczością Republiki. To przede wszystkim melorecytacja, pogłosy, niepokój, lekka psychodela i analogowy keybord/syntezator przywołujący polskie brzmienia lat 80. Podczas występu dźwięki ewoluowały do bardziej melodyjnych form, pod koniec powracając jednak do kontrolowanego chaosu.

Potem na scenie pojawili się autorzy jednego z najprzyjemniejszych albumów, jakie słyszałam w tym roku – Smolik i Kev Fox. Albumu idealnie skrojonego, co w przypadku produkcji Smolika nie jest niczym zaskakującym. Przyzwyczaiwszy się już do wieczorowego, jesienno-zimowego nastroju obecnego na płycie, oczekiwałam raczej klimatycznego koncertu. No, może z wyjątkiem przebojowego singla Run, który w wersji studyjnej nieszczególnie mnie porwał. Tymczasem mocne uderzenie nastąpiło już od pierwszych dźwięków rozpoczynającego koncert Mind the Bright Lights – i tak zostało do końca. Między niezwykle energetyczną, pulsującą perkusją i surowym brzmieniem gitary wypełnionymi przestrzenną elektroniką Smolika pojawiały się także nastrojowe, delikatne momenty przywodzące na myśl Fink, w których emocje zawarte w głosie Keva odgrywały główną rolę. Takim momentem był utwór Help Yourself, prowadzony akustycznie w towarzystwie mglistych szumów kreowanych przez Smolika. Progresywnie nastrój utworu ewoluował w emocjonalną formę, dla której oprawę stanowiła minimalistyczna reżyseria świateł. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak niezwykła proporcjonalność brzmień i idealne zgranie na scenie, jakiego nie widziałam od koncertu Son Lux na tegorocznym OFF Festivalu. Smolik i Kev Fox to silne osobowości, które mają do siebie szacunek. To widać i przede wszystkim słychać w pełnej muzycznej przestrzeni, jaką wspólnie kreują. Nie można też nie wspomnieć o wyjątkowych możliwościach głosowych Keva. W Vera Lynn schodzi w bardzo niskie rejestry, w Beautiful Morning eksponuje charakterystyczne zdarcie, a w Hollywood, wykonywanym w duecie z Natalią Grosiak – delikatność. Dopełnieniem całości były bisy – Where Did You Sleep Last Night Nirvany płynnie przechodzące w Come Together The Beatles, a na drugi ogień – Run.

Festiwal Synestezje. Muzyka. Plastyka. Słowo. angażuje wiele zmysłów, prezentując polskich artystów rożnorodnych dziedzin sztuki ze wspólnym mianownikiem, jakim jest chęć odkrywania nowych przestrzeni. Największą uwagę skupiają jednak wrażenia dźwiękowe i to dla nich szczególnie warto się na Synestezjach pojawić.

Justyna Borycka

2015-12-05_poli-rise_AleksyBaszynski-4
fot. Aleksy Baszyński

KSAF_AGH_ABaszynski_domowemelodie_004
fot. Aleksy Baszyński

KSAF_AGH_ABaszynski_domowemelodie_012
fot. Aleksy Baszyński

domowe_melodie_09
fot. Aleksy Baszyński

151206_KSAF-AGH_DeepTrip_KKokosza_014
fot. Katarzyna Kokosza

2015-12-07_DeepTripColorBallet_PDlugosz-6
fot. Patrycja Długosz

015_KSAF AGH_20151205_Synestezje_KSzufnara
fot. Kamil Szufnara

2015-06-12_Smolik-KevFox-Synestezje_SabinaSzkarlat- _12_
fot. Sabina Szkarłat

15-12-06_KSAF-AGH_KKokosza_Smolik_002
fot. Katarzyna Kokosza

2015-06-12_Smolik-KevFox-Synestezje_SabinaSzkarlat- _5_
fot. Sabina Szkarłat

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *