The man who burns

Rewolucja poprzez rozwój kina – prosta dewiza, która przyświeca niezależnej wytwórni Nowe Kino, wraz z cytatem Pasoliniego (The man who burns, who runs alongside the cathedral wall, who falls down, who gets back up) stanowią rdzeń pełnoprawnego, krótkometrażowego debiutu Tobiasa Morgana. Lazarus Field to film o przejściach i po przejściach, będąc przy tym wszystkim niezwykłą video-instalacją, którą każdy może odczytać na swój sposób. Idealny start Nowego Kina.

 

Wokół zdania Pasoliniego koncentruje się wszystko – widz nie zobaczy bowiem niczego poza nagim mężczyzną, który idzie i upada, by znowu wstać. Z katedry plan został przeniesiony na pustynię, dla reżysera miejsca bardziej pierwotnego, przez co jeszcze bardziej uświęconego. Film po przejściach – bo pięcioletnie dziś, podniszczone taśmy zjeździły świat ze swoim twórcą i ostateczny kształt uzyskały dopiero w Polsce; o przejściach – całkiem osobistych, ale przedstawionych tak uniwersalnie, że może być rozumiany na mnóstwo sposobów. Mimo wszystko Lazarus pozostaje dziełem generalnym, w którym uczucie pustki i osamotnienia generują tylko obraz i dźwięk – przetransformowana w ciemną i zimną Wielka Pustynia Słona w Stanie Utah, otwierający film odgłos dzwonów i cytat o Jezusie (Ingmar Bergman – Goście Wieczerzy Pańskiej), przechodzące później w syntetyczny oddech. Całości towarzyszą niepokojące smyczki, fragmenty monologów w tle i nieprzemijający szum informacyjny, który jest słyszalny nawet wtedy, gdy bohater na ekranie cierpi i krzyczy.

Tym, co w filmie uderza najsilniej, jest niewątpliwie efekt negatywu w podczerwieni użyty w zdjęciach – widz wie, jak strasznym miejscem jest pustynia, jak niszczące panują na niej temperatury, ale trudno będzie mu odnaleźć się w skórze osamotnionego tam człowieka. Niewyobrażalny upał niwelują ciemność i chłód otaczających dźwięków, a niemal namacalna męka (płonąca skóra) pozostaje niezrozumiana, ponieważ nie da się prostą linią połączyć zabójczego skwaru i mroku, rozgrzanej ciszy i szumiącego w tle zimna. Kamera drży, co jakiś czas jest odwracana o 180 stopni lub tak, by linia horyzontu znajdowała się w pionie. Trudno powiedzieć czy to te dysonanse czynią Lazarus Field niemal bolesnym w oglądaniu, czy może to widoczny trud, z jakim został nakręcony sprawia, że jest tak nieprzystępny. Seans staje się niewygodny, gdy mimowolne ograniczenie empatii ulega degradacji do zwyczajnego współczucia. Pewne jest, że siła filmu tkwi w szczegółach i prostych rozwiązaniach (ufarbowane na biało włosy), a na im większym ekranie jest oglądany, tym więcej szczegółów widz będzie w stanie dostrzec – pot na czole czy piasek przyklejający się do stóp, dłoni i ust.

Całość to mniej niż kwadrans, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że na więcej trzeba by się było solidniej przygotować. Obraz zostaje ucięty, gdy mężczyzna ponownie się podnosi, by podążyć dalej. Jest zamknięty klamrą z otwierającego go cytatu i pozostawia wrażenie zaledwie małego fragmentu z niekończącej się tułaczki. Pozostaje w pamięci odrobinę zbyt długo, by przejść obok niego obojętnie i doskonale definiuje to, co reżyser rozumie przez nazwę Nowe Kino.

Lazarus Field

reżyseria: Tobias Morgan

premiera: sierpień 2013

produkcja: Nowe Kino

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.