From Canada with love

Kanada. Jakie są Wasze pierwsze skojarzenia z tym krajem? Syrop klonowy, drwal z wielką brodą w koszuli w kratę czy może Justin Biebier (sic!)? Nie każdy wie, że z tego państwa pochodzi wielu świetnych artystów i nie są to tylko, jakby się mogło wydać, artyści folkowi. Dzięki temu, że w ich muzyce odczuwa się coś specyficznego, ląd ten, choć tak bardzo oddalony geograficznie, jest bliski memu sercu. Postanowiłem zaprezentować Wam pięć zespołów o wspólnych korzeniach, których warto posłuchać.

 

Dusted

Pochodzą z Toronto, jeden z nich jest członkiem Holy Fuck. Ich muzykę ciężko sklasyfikować. Chillout, ambient, a może indie rock? Teorii jest wiele. W lipcu 2012 pod szyldem Polyvinyl Records wydali swój pierwszy i jak na razie jedyny album zatytułowany Total Dust. Jest melodyjnie, czasem bardziej szorstko, nie wszystko do końca musi być spójne i idealne. Gitara często gra drugą rolę, jakby była ukryta gdzieś w kącie. Okazjonalnie usłyszymy smyczki lub tamburyn, dzięki którym muzyka staje się cieplejsza. Wokalnie chłopaki stosują wiele różnych, ciekawych zabiegów, od sztucznych efektów po dodanie drugiego głosu czy po prostu podwyższenie tonu. Wszystko to owiane jest jakby promieniami i blaskiem kanadyjskiego słońca. Słuchając tego albumu mamy wrażenie, że jego autorom nigdzie się nie spieszy, nie zastanawiają się nad przyszłością. Idealnym cytatem podsumowującym Total Dust jest Whatever the lengths we’ll go to/ We’ll get there somehow. Dlaczego warto poznać Dusted – ciężko znaleźć podobne brzmienie na naszym kontynencie.

Great Lake Swimmers

Folk rock w najczystszym wydaniu. Na swoim koncie mają już pięć płyt. W Polsce zagościli niestety tylko raz, na Halfway Festival w 2012 roku. Pięcioosobowy zespół znany jest z tego, że do stworzenia swojego brzmienia używa wielu instrumentów. Znajdziemy tutaj gitary akustyczne i elektryczne, smyczki, perkusje, banjo, harmonijkę, bas, klawisze i wiele przeszkadzajek. Folkowe ballady przeplatają się z żywymi, pokrzepiającymi melodiami, którym czasem towarzyszy powiew country. Teksty opowiadają o codziennym życiu (Easy come and easy go/ That’s what they say/ When they’re about to go broke), miłości (And the world stops spinnin’ when you stop spinnin’ / Sighs when you sigh when you sigh), otaczającym nas świecie (What if it was in your backyard/ What if it was your way of life). Osobiście polecam ich najświeższe wydawnictwo New Wild Everywhere. Płyty świetnie słucha się w podróży. Great Lake Swimmers przekazują w swojej twórczości ogromną ilość miłości i optymizmu. W ich utworach można poczuć zapach kanadyjskich lasów, zobaczyć piękne krajobrazy Wielkich Równin czy poczuć wilgoć Wielkich Jezior. Dzięki temu znaleźli się w tym zestawieniu.

Yukon Blonde

Początkowo nazywali się Alphababy, ale w 2008 zmienili nazwę na obecną. Pochodzą z Kolumbii Brytyjskiej, gdzie występują wielkie powierzchnie lasów deszczowych, wypełnionych dziką zwierzyną. I taka też jest ich muzyka – dzika, naturalna, słuchanie ich płyt przypomina przechadzkę po lesie z grupą znajomych. Domeną Yukon Blonde jest dobra zabawa. Utwory są melodyjne, płynnie przechodzą z jednego w drugi. Nie pozwalają nam siedzieć w miejscu. Nasze ciało pragnie tańca i ruchu od pierwszego kliknięcia play. W ich melodiach nie ma nic skomplikowanego – chwytliwy riff, mocna sekcja basowa i perkusyjna plus refren, który łatwo zapamiętać. Ta popowa prostota sprawia, że trafiają w gusta wielu słuchaczy. Trafili do Fantastycznej 5 dzięki utworowi Wind Blows, którego melodia jest tak charakterystyczna, że od kilku dobrych lat co jakiś czas znienacka pojawia się w mojej głowie .

Arcade Fire

Tej grupy nie mogło tutaj zabraknąć. Pomimo dużej popularności, goszczeniu na największych festiwalach, dużego dorobku muzycznego, jak i wielu nagród, nie każdy wie, kim są Arcade Fire. Potwierdzeniem tego, a zarazem zabawną anegdotą jest sytuacja z 2011 roku, kiedy to otrzymali Grammy za album roku (The Suburbs) pokonując przy tym Eminema, Lady Gagę czy Katy Perry. W internecie pojawiło się wiele zabawnych komentarzy, kim oni w ogóle są i jakim prawem otrzymali nagrodę (słynne Who the f*** is Arcade Fire). Wróćmy jednak do nich samych. Zespól został założony przez małżeństwo, Wina Butlera oraz Régine Chassagne, obecnie składa się z siedmiu muzyków. Grają indie rock i stali się jedną z ikon tego gatunku, chociaż mają tylko trzy albumy długogrające. Zaletą ekipy Butlera jest nie tylko duża ilość nietypowych instrumentów (akordeon, harfa, mandolina, waltornia), ale także ich kreatywność i energia. Niebanalne teksty, widowiskowe koncerty, nietuzinkowe teledyski, filmy krótkometrażowe – wszystko to sprawiło, że mają oni rzeszę fanów na całym świecie. Wystarczy obejrzeć relacje z koncertów na youtube’ie, gdzie niemal każdy na widowni śpiewa ich teksty. Czy może być coś cenniejszego dla muzyków, niż śpiewający tłum wielbicieli, który nie ma końca? W 2013 roku ma ukazać się ich kolejna płyta, a muzyka Arcade Fire zostanie wykorzystana w filmie Her. Dzięki tej wszechstronności są dla mnie jednym z najważniejszych kanadyjskich zespołów.

Ortega Cartel 

Ich kanadyjskość jest trochę naciągana, bo przecież to Polacy. Ale gdyby nie Kanada pewnie by nie istnieli. Swoją działalność rozpoczęli w Monteralu z inicjatywy Pitera Pitsa i Patryka Patr00 Antoniewicza. Od samego początku zjednali sobie morze polskich fanów. Dlaczego znaleźli się w moim zestawieniu? Bo to hip-hop w najlepszym wykonaniu, a ten gatunek rzadko przewija się na naszym portalu. Wydawali głównie nielegale, dopiero Lavorama z 2009 roku jest oficjalnym albumem. Ich styl to zabawa muzyką i tekstami. Inspirują się jazzem i klasycznym hip-hopem. Utwory czasem wydają się niedopracowane, jakby nagrane z marszu, ale dzięki temu są tak łatwo rozpoznawalni. Pomimo luźnego flow, tekstów bez spiny i braku skupiania się na problemach blokowisk, pomiędzy wersami potrafią przekazać mądrości życiowe. Nie ma tutaj lejącego się, drogiego alkoholu, szybkich samochodów i tłumów kobiet. Jest za to chill, piwo na ławce pod blokiem i kumpelska przyjaźń. Wspomniana wcześniej płyta przyniosła im największą sławę. Gościnnie wystąpiły na niej takie osobowości polskiego hip-hopu jak O.S.T.R., Reno, Tede czy Mielzky. Dzięki niej i za sprawą fanów postanowili zagrać swój pierwszy koncert w Polsce. Oczywiście sala koncertowa wypełniła się po brzegi. To właśnie jest ich największa siła – robienie muzyki dla ludzi, a nie dla pieniędzy.

Łukasz Joszko

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.