Narracyjne ramy futbolu nie znają granic. Najsławniejsi piłkarze są bohaterami zbiorowej wyobraźni nie tylko jako aktorzy niepowtarzalnych spektakli rozgrywanych na zielonych deskach teatrów-stadionów, ale również jako przedstawiciele kultury popularnej, niemającej z rozgrywkami piłkarskimi wiele wspólnego. Autorzy jednej z reklam Nike proponują animowany spot, w którym występują awatary niemal wszystkich najpopularniejszych gwiazd dzisiejszego futbolu. Cristiano Ronaldo, Zlatan Ibrahimović, Neymar i spółka współzawodniczą z technologicznie idealnymi robotami. Ta odsłona postmodernistycznej narracji „człowiek kontra maszyna” jest częścią ofensywy reklamowej „Risk Is Everything”. Hasło kampanii Nike niemal dosłownie obiecuje jakąś opowieść i w związku z tym odpowiednio komponuje się z ujęciem piłki nożnej jako formy narracyjnej. A że „futbol jest opowieścią”, twierdzi wprost np. Michał Okoński, autor książki „Futbol jest okrutny” oraz bloga pod tym samym tytułemNic więc dziwnego, że filmowcy czerpią ze świata futbolu. W końcu, jak konstatuje w „Semiotyce filmu” Jurij Łotman, opowiadanie stanowi istotę kina.

Kamera jako środek narracyjny w dwóch różnych przedstawieniach futbolu

Język filmowy, jakim dysponują dziś operatorzy wielkich igrzysk piłkarskich, przeszedł długą ewolucję. Ostatnią fazę wyznacza powstały w 2006 roku dokument zatytułowany „Zidane – portret z XXI wieku”. Do nakręcenia dzieła użyto kosmicznej maszynerii – czas spędzony na boisku przez piłkarza Realu Madryt w spotkaniu z Villarrealem śledziło aż 17 kamer! Każdy koci ruch Francuza, każdy dyskretny gest i każde rzucone ukradkiem spojrzenie zostało zarejestrowane w kilkunastu ujęciach. Autorzy filmu, Philippe Parreno i Douglas Gordon, stanęli przed pytaniem, jak zmontować ten imponujący materiał. Należało stworzyć portret harmonijny i, co ważniejsze, nienudny. Wysokie ryzyko nudy, mogącej wziąć górę nad intrygującym konceptem, postanowiono zneutralizować niepokojącą muzyką Mogwai oraz wypowiedziami samego piłkarza dotyczącymi jego spojrzenia na piłkę nożną. Niestety, mimo udanego, płynnego montażu, podjęte środki okazały się niewystarczające. Film wydaje się mało atrakcyjny dla widzów niezainteresowanych futbolem, a i wśród pasjonatów oraz koneserów kunsztu Zidane’a wielu może być rozczarowanych seansem. Finalnie jednak Parreno i Gordon stworzyli dzieło warte uwagi choćby ze względu na odważny pomysł narracyjny i intrygującą formę.

.Zidane – portret z XXI wieku

Zupełnie inny poziom techniki filmowania futbolu reprezentuje produkcja „Zaginiony mundial”. Jej autorzy, Lorenzo Garzella i Filippo Macelloni, docierają do uczestników tajemniczego turnieju zorganizowanego w 1942 roku w Patagonii. Władze FIFA oficjalnie zaprzeczają, że odbyła się taka impreza, jednak Garzella oraz Macelloni próbują przekonać widzów, że fakty są zupełnie inne. Kamera i aparat fotograficzny jawią się w „Zaginionym mundialu” jako narzędzie ratowania przeszłości od zapomnienia. Historia mundialu, która miała zostać udokumentowana przez operatora Guillerma Sandriniego, jednego z najważniejszych bohaterów filmu, jest wprost fascynująca. Po pierwsze w przewrotny sposób ukazuje to, jak ulotna i łatwo podważalna jest pamięć oraz jak skutecznym środkiem dla jej zachowania może być kamera dokumentalisty. Poza tym urzeka stosunek Sandriniego do swojej pracy. Fotograf, dysponujący prymitywnym z dzisiejszej perspektywy sprzętem, wymyśla nowe techniki filmowania i eksperymentuje z miejscem umieszczenia kamery. Jednym z zapadających w pamięć pomysłów Sandriniego jest umieszczenie kamery w murawie boiska w sposób umożliwiający filmowanie gry z perspektywy nóg zawodników. Operator jest prawdziwym pasjonatem, który mimo ograniczonych środków wkłada w swoją pracę całe serce i zaangażowanie. Podczas jednego z meczów jego zdjęcia miały służyć określeniu tego, czy piłka przekroczyła linię bramkową. Na wywołanie negatywu zawodnicy i publiczność podobno czekali aż kilka godzin! Dzisiejsi konserwatywni urzędnicy FIFA dopiero podczas mundialu w Brazylii dopuścili używanie nowoczesnej technologii goal line, mającej rozwiewać podobne wątpliwości. Na wprowadzenie (już przecież gotowych) rozwiązań innych spornych sytuacji wciąż jednak musimy czekać.

„Zaginiony mundial”, poza tym, że w ujmujący sposób opisuje pracę operatora piłkarskiej imprezy, przedstawia wiele antropologicznych znaczeń futbolu. W turnieju w Patagonii miało wziąć udział kilka reprezentacji, między innymi drużyna nazistowskich Niemiec, antyfaszystowsko nastawieni włoscy robotnicy, polscy misjonarze i zespół patagońskich autochtonów – członkowie plemienia Mapucze. Rzecz to niewyobrażalna, ale Garzella i Macelloni przekonują, że w finale starli się Niemcy, którzy każdym boiskowym zagraniem musieli udowadniać swoją „wyższość” usankncjonowaną hitlerowską doktryną, z czerpiącymi radość z gry piłkarzami Mapucze. Starcie to urasta wręcz do rangi archetypowego pojedynku Goliata z Dawidem – siły z lekkością i dyscypliny ze spontanicznością. Futbol w „Zaginionym mundialu” stanowi też arenę gry całym spektrum kulturowych przedstawień uczucia romantycznego. Mamy tu do czynienia z miłością zakazaną politycznie, miłością instynktowną i miłością starszego człowieka-mistrza do młodej kobiety-uczennicy. Aha, jest też miłosny czworokąt oraz sportowe współzawodnictwo konkurentów o niewieście serce w sytuacji, gdy obaj mężczyźni wiedzą, że faworytka czułym okiem spogląda z trybun. Nie można mieć całkowitej pewności, co w tej niesłychanej historii jest prawdą, a co fikcją, jednak w żadnym stopniu nie przeszkadza to czerpać przyjemności z pięknego, romantycznego przedstawienia futbolu, jakie w swoim obrazie zawarli Garzella i Macelloni.

Zaginiony mundial

Naucz się działać drużynowo, koleżko, Ronaldo, nie podając, w szatni też przeżyje piekło, czyli kolektywizm w narracjach futbolowych

Kultura kibicowania opiera się na zbiorowym przeżywaniu i wyrażaniu emocji. Oglądanie meczu jest więc w pewnym stopniu podobne do filmowego seansu z bliskimi osobami. Nie dziwi więc fakt, że reżyserzy zainteresowani futbolem podchwytują ducha tego sportu. Piłka nożna zajmuje szczególne miejsce w filmografii Kena Loacha. Angielski autor, od samego początku swojej kariery aż po ostatni film prezentowany w tym roku w Cannes, przedstawia różne warianty tej samej opowieści. Loachowska historia często opiera się na promowanej przez reżysera idei solidarności i sprawiedliwości społecznej. Pokrzywdzony przez obojętność, ustrój gospodarczy lub politykę socjalną outsider – na ogół przedstawiciel brytyjskiej lower class – próbuje wyjść na prostą. Beznadziejne uderzanie głową w mur niekiedy udaje się przerwać dzięki pojawiającej się nagle pomocnej dłoni. Według Loacha tę funkcję może spełniać lokalna społeczność, stanowiąca solidarny zespół.

Już w „Kesie”, drugim pełnometrażowym filmie Anglika, piłka nożna stanowi ważny wątek. Główny bohater, czternastoletni Billy, jest wrażliwym, wycofanym dzieckiem, które nie potrafi znaleźć zrozumienia ani u członków rodziny, ani wśród rówieśników. Podczas lekcji wuefu zostaje wybrany do jednej z drużyn jako ostatni z uczniów. Chłopiec rzecz jasna trafia na bramkę, a zawodami zupełnie nie jest zainteresowany. Sama lekcja wygląda dość specyficznie, gdyż w jednym z zespołów gra wuefista – mężczyzna w średnim wieku, masą i siłą znacznie górujący nad nastolatkami. Odnosi się on z agresywną wyższością do chłopców, nieuczciwie sędziuje mecz, w którym przecież sam bierze udział, i leczy swoje kompleksy karykaturalnie utożsamiając się z Bobbym Charltonem. Jak zauważa Karolina Kosińska w artykule „A może pójdziemy na mecz?” opublikowanym w „Kontekstach”, figura wuefisty jest tu symbolem aroganckiej władzy ordynarnie oszukującej społeczeństwo. Gdyby dalej budować tę metaforę, to chłopcy byliby w niej obywatelami państwa podległymi niesprawiedliwym rządom. Wówczas szczególnego znaczenia nabrałaby scena, w której wuefista mści się na Billym za puszczonego przez chłopca gola. Bohater niestety nie znajduje pomocy u rówieśników, gdyż ci obawiają się, że jeśli wstawią się za kolegą, podzielą jego los.

Kes

Futbol zajmuje istotne miejsce także w kilku innych filmach Loacha („Joe”, „Szukając Erica”) zapewne również dlatego, że sam reżyser jest kibicem piłkarskim. Autor „Whisky dla aniołów” wspiera grający w szóstej lidze angielskiej zespół Bath City. Takie ulokowanie kibicowskich uczuć wynika m. in. z krytycznej opinii Loacha na temat współczesnego, mocno skomercjalizowanego futbolu. Polityka największych klubów często uniemożliwia wiernym fanom, pamiętającym gorsze czasy ulubionego zespołu, kupno drogich biletów. Dość wspomnieć, że kibice zawiedzeni i odrzuceni przez władze Manchesteru United w 2005 roku założyli nową drużynę – FC Manchester of United. Zespół do dziś gra w niskiej klasie rozgrywek, jednak znów należy do wspólnoty kibiców – jak postuluje Loach – a nie tylko do wielkiego biznesu.

Indywidualista w narracji futbolowej

Komentatorzy sportowi niekiedy używają iście mesjanistycznego sformułowania, wedle którego lider drużyny „bierze na siebie ciężar gry”. Zdarza się też, że ów zawodnik swoimi działaniami przesądza o wyniku spotkania. Klasyczny przykład tego rodzaju meczu stanowi słynne spotkanie Argentyna-Anglia, rozegrane podczas mundialu w Meksyku w 1986. Diego Maradona strzelił wtedy dwie bramki, a jego zespół pokonał Wyspiarzy 2:1. Mecz przeszedł do historii i obrósł legendą z kilku powodów. Opowiada o nich Emir Kusturica w dokumencie zatytułowanym „Maradona by Kusturica”.

Serbski reżyser wielokrotnie przywołuje bramkę boskiego Diego, który w czasie rajdu rozpoczętego przy linii środkowej boiska z niezwykłą łatwością mijał kolejnych piłkarzy Anglii, by w polu karnym „położyć” bramkarza i wpakować piłkę do siatki. Kusturica przypomina też gol, który Maradona zdobył po zagraniu ręką. Te dwie bramki jak w soczewce skupiają dwoistą naturę El Diego – geniusza i oszusta. Bramkę zdobytą „ręką Boga”, jak do dziś mówi się o tym nieuczciwie zdobytym golu, Maradona porównuje do skradnięcia bogatemu angielskiemu dżentelmenowi portfela. Argentyńczyk uważa swój czyn za uprawniony z powodów politycznych, związanych między innymi z napiętymi stosunkami dyplomatycznymi na linii Londyn-Buenos Aires kilka lat po wojnie o Falklandy. Maradona w ujęciu Kusturicy to piękny chuligan, święty grzesznik błądzący we mgle kokainowego nałogu, lecz serdecznie otwierający swoje serce przed zwykłymi kibicami. W pamięć zapada scena, w której płaczący Maradona dosłownie spowiada się ze swoich grzechów fanom wypełniającym po brzegi piłkarski stadion.

Maradona by Kusturica

Emocjonalny argentyński piłkarz ma wielką moc oddziaływania. Kusturica przedstawia wielu z nich, między innymi… członków Kościoła Maradony, oficjalnej i całkowicie legalnie działającej instytucji. Wyznawcy słynnego piłkarza mają nawet swoje obrzędy i ołtarzyki. Sami noszą koszulki z napisem D10S („10” to numer na koszulce ich idola, zaś słowo „Dios” znaczy „Bóg”, nota bene Manchester United zdobycie 19. i 20. tytułu mistrza Premier League promował hasłami: „CHAMP19NS” i „CHAMP20NS”). Razem z reżyserem i piłkarzem podróżujemy do Neapolu. Maradona przez wiele lat był zawodnikiem klubu ze stolicy Kampanii i doprowadził go do mistrzostwa Włoch. A był to dopiero pierwszy w historii rozgrywek tytuł dla klubu z południa Italii (!). Maradona udowodnił południowcom, że z powodzeniem mogą konkurować z bogatszymi firmami z północy kraju. Zupełnie zrozumiałe są więc wiwaty tłumów kibiców na cześć piłkarza. Zapewne wielu fanów SCC Napoli w pewnym stopniu utożsamia się z El Diego, chociażby w jeden ze sposobów, jaki proponuje Manu Chao w pojawiającej sie w filmie Kusturicy piosence „La Vida Tombola”:

Gdybym był Maradoną
Byłbym taki jak on
Gdybym był Maradoną
Naprzeciw bramki

Gdybym był Maradoną
Nigdy bym się nie mylił

 

Futbolowa fabryka opowieści

Piłka nożna jest dziedziną silnie zmitologizowaną. Jak widać na przykładzie Maradony, zdarza się, że piłkarze uchodzą w oczach fanów za bogów. Bywa też, że wspólnota kibicowska niczym pierwotne plemię organizuje żywot jednostki, a ważne wydarzenia piłkarskie uznawane są za historyczne kamienie milowe. Czy możliwe jest nadwątlenie podstaw tego futbolowego szaleństwa? W filmie „Miłość kibica” kochanka głównego bohatera, oddanego fana londyńskiego Arsenalu, przeprowadza odważny i retorycznie przekonujący szturm na nonsensowne jej zdaniem uczucie partnera do piłkarskiego klubu. Jednak próby dziarskiej kobiety nie przynoszą pożądanych skutków. Okazuje się, że miłość kibica to uczucie beznadziejne.

Długo można by rozważać przyczyny fenomenu popularności piłki nożnej. Poza czynnikami społecznymi oraz potrzebą utożsamienia się z idolem ważnym faktorem bywa wspomniany narracyjny charakter futbolu. Ta cecha – podobnie jak w przypadku kina – zaspokaja ludzką potrzebę odbierania opowieści, a możliwości piłki nożnej jako generatora wspaniałych historii są wprost nieograniczone. Wystarczy cofnąć się do ostatniego finału Ligii Mistrzów, w którym po raz pierwszy oglądaliśmy piłkarskie derby. Jakby tego było mało, Atletico, ubogi ziomek królewskiego, galaktycznego Realu, aż do 93. minuty z konkurentem zza miedzy i było o włos od sprawienia sensacji. Albo to samo Atletico, które na stadionie FC Barcelony przed prawie stutysięczną widownią w dramatycznych okolicznościach wywalczyło zwycięski remis z faworyzowanymi katalończykami i w ostatniej kolejce rozgrywek sięgnęło po tytuł mistrza Hiszpanii. Kto by się spodziewał takich spektakli przed rozpoczęciem sezonu?

Piłka nożna jest jak film, którego scenariusz na naszych oczach piszą futbolowe talenty – choć ze znaczącym udziałem bezczelnie panoszących się ghostwriterów: szczęścia oraz pecha. Futbol niczym kino potrafi wzruszać, zachwycać i zaskakiwać. Bywa też piękną i niesamowitą historią. Alex Ferguson, najbardziej utytułowany trener w dziejach, po finale Ligi Mistrzów, w którym jego Manchester United w ostatnich minutach gry zdołał strzelić dwie bramki Bayernowi Monachium i wygrał rozgrywki, został poproszony o skomentowanie wyniku meczu. Zwykle imponujący wiedzą o wszelkich piłkarskich niuansach Walijczyk tym razem przeprowadził chyba jedyną słuszną analizę: Football, bloody hell!.

Bartosz Marzec

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.