Dwa brudne łóżka, lodówka i osiem kotów

Albert i David Maysles stworzyli w roku 1975 dokument, który miał się okazać najbardziej rozpoznawalnym dokumentem Ameryki na blisko trzy dekady. Gdyby niniejszy tekst powstał w Stanach, zostałby uznany za sentymentalizm – ponieważ starszy z braci, Albert, zmarł parę tygodni temu. Jednak w Polsce film jest prawie w ogóle nieznany, być może poza wąskim gronem fanów dokumentu i miłośników amerykańskiej arystokracji.

 

Bracia Maysles od pierwszych ujęć stawiają kawę na ławę, przedstawiając fotografię artykułu New York Post z 1972 roku, który i tu będzie doskonałym wprowadzeniem. Zamieszkujące Long Island ciotka i kuzynka Jacqueline Bouvier Kennedy Onasis mieszkają w brudnym, zagraconym, 28-pokojowym domu z ośmioma kotami, pchłami, pajęczynami i brakiem bieżącej wody – warunkach tak niezdrowych, że Wydział Zdrowia Hrabstwa Suffolk nakazał im posprzątać albo czeka je eksmisja. Rodzina żony JFK nie pierwszy raz pojawiła się na okładce każdego brukowca Ameryki, tym razem jednak najmocniej wzburzyli opinią publiczną. Albert i David wpierw zaprzyjaźnili się z dwoma kobietami i zdobyli ich zaufanie, potem zaczęli kręcić film, od którego uderza wielka szczerość treści i innowacyjność formy.

Siłą Szarych ogrodów okazuje się całkowity brak wstydu obu Eddie Beale (nazywają się tak samo, określmy matkę – Big Eddie, córkę – Little Eddie). We dwie w gigantycznym domu stworzyły dziwaczny ekosystem, którego podstawą jest całkowite wyzbycie się skrupułów przed mówieniem i robieniem tego, co się chce. W efekcie jest to dom zamieszkały przez emocjonalne dzieci, a Mayslesi nie potrzebują żadnego komentarza, by to wypunktować. Wszechogarniający bałagan i brud, dziwaczne rytuały i stroje, dni wypełnione na nostalgii i zanurzaniu się w złudzeniach.

W kolosalnej willi bohaterki korzystają głównie z jednego pomieszczenia – razem z kotami zamieszkują obskurny pokoik wyposażony w dwa łóżka i lodówkę. Big Eddie jest już kobietą w podeszłym wieku, powiedzielibyśmy – stateczną, gdyby nie to, że to postać groteskowa i wzbudzająca współczucie. Jej barłóg staje się, w zależności od potrzeb, kuchnią, jadalnią, salonem, łazienką. Rzadko opuszcza posłanie i wydaje się szczerze nienawidzić całego świata, rozkoszuje się w przeglądaniu starych fotografii i płyt, mówieniu o swoich wielkich konotacjach i szydzeniu z córki. Little Eddie sama siebie uznaje za guru mody, mistrzynię tańca i śpiewu, ekspertkę w kwestiach poezji, ogrodnictwa, polityki, miłości i wielu innych, a reżyserzy z rozbawiającym wdziękiem pozostawiają sprawdzenie prawdziwości tych przeświadczeń widzowi. Córka chętnie dzieli się spostrzeżeniami na temat sytuacji, w której się znalazła. Uważa się za niewolnicę posiadłości Grey Gardens, kobietę o nieograniczonych możliwościach, która się tu marnuje. Matkę traktuje bardzo protekcjonalnie, zdecydowanie odcina się od niej, ale mimo deklarowanej niechęci do rzeczywistości, w której ją zastajemy, nie podejmuje żadnych kroków, by zmienić ten stan rzeczy.

Tytuł rekomendacji częściowo kłamie. Prócz dwóch brudnych łóżek, lodówki, ośmiu kotów i zatrważającej ilości rupieci, główna scena dramatu zawiera też odrapany, położony na ziemi i oparty o ścianę olejny portret Big Eddie w solidnej, drewnianej ramie. Operator parokrotnie konstruuje kadr z obrazem w centrum, nie stroni też od zbliżeń. To ciągłe przypominanie o arystokratycznym rodowodzie kobiet każe sięgnąć po najpopularniejszą interpretację. Amerykańskie społeczeństwo wykazuje mocno ambiwalentny stosunek do własnej arystokracji; z jednej strony mieszkańcy Stanów czują się dumni, że mimo oczywistego braku rodów rojalistycznych i uprzywilejowanych, jako takiej klasy najwyższej się dorobili. Z drugiej strony jej istnienie to pewien policzek w ważne dla Amerykanów równe szanse dla wszystkich. Szczególnie że potomkowie europejskich rodów, którzy w dziejowej zawierusze zapuścili korzenie w Nowym Świecie, wcale nie wydawali się zachłystnięci miłością do nowej ojczyzny (patrz m.in. Wiek niewinności Martina Scorsese). Inaczej sprawa miała się z nowobogackimi. Najbogatsze rodziny – Rockefeller, du Pont, Hearst etc. – wpisywały się w obietnicę spełnionego american dream. Rodzina Jackie Kennedy łączyła w sobie obie nobilitacje, poprzez pokrewieństwo z imigranckimi Kennedymi, książeckimi Radziwiłłami, nowobogackimi Bouvier/Beale i w końcu multimiliarderem Aristotelisem Onasisem. Ciągłe wspominanie przez Big Eddie i Little Eddie wystawnych uroczystości, książęcych wizyt, drogich przyjemności i strojów jest dla nich niemal rutyną; dla amerykańskich widzów w latach 70. – krytyką i zapowiedzią końca ery dziedziczonych fortun, balów debiutantek i uprzywilejowanych nazwisk.

Proroctwo lewicujących braci Maysles nie do końca się sprawdziło, ale Szare ogrody bez wysiłku bronią się na każdym innym froncie. Jako zaskakująco intymny portret ludzi oderwanych od rzeczywistości, szowinistycznej, a przy tym rozczulającej pary kobiet zamieszkującej zrujnowaną, bajecznie wielką posiadłość. Jako nowatorski dokument pozbawiony narratora w jakiejkolwiek postaci i pozwalający bohaterkom na poprowadzenie akcji od początku do końca. Jako przykład niepodrabialnego wyczucia tempa i emocji, czego kulminacją jest scena kuriozalnego przyjęcia urodzinowego z dwoma tylko gośćmi.

Warto dodać, że to prawdopodobnie jedyny film dokumentalny, który doczekał się zarówno wersji fabularyzowanej (Szare ogrody Michaela Sucsy’ego z Drew Barrymore i Jessiką Lange), jak i musicalu (nagrodzonej Tony’m produkcji Walter Kerr Theatre z 2006 roku) oraz sequela (The Beales of Grey Gardens).

Patryk Chromik

Szare ogrody

reżyseria: Albert Maysles, David Maysles, Ellen Hovde, Muffie Meyer

premiera: 27 września 1975 (świat)

produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *