Księżycowy chłopiec

Siedziałam pewnego dnia w poczekalni u okulisty, gdy do moich uszu doszedł taki oto fragment telefonicznej rozmowy recepcjonistki: …tak, do pani doktor na środę, na 11:30. Krzysztof Trzciński, zapisałam. Do dziś czasem zastanawiam się, czy ów okularnik zdaje sobie sprawę, że nosi imię i nazwisko jednego z największych muzyków jazzowych w historii Polski?

 

Komeda. To pod tym pseudonimem zdecydowana większość kojarzy Krzysztofa Trzcińskiego, pianistę a zarazem pioniera modern jazzu w Polsce, kompozytora niezapomnianej muzyki filmowej i najważniejszego twórcę polskiej szkoły jazzu. Imponujących tytułów niby wiele, a jednak sam muzyk do dziś pozostaje w świadomościach ludzi jak gdyby lekko w cieniu. Obserwując jego intensywny, lecz wyjątkowo krótki życiorys (Komeda odszedł mając niecałe 38 lat), może i trudno się temu dziwić. Nazywany przez niektórych księżycowym chłopcem faktycznie najintensywniej błyszczał na niebie sobie współczesnym, znikając poza horyzont szybko jak spadająca gwiazda. Jednak wsłuchując się raz w stworzone przez niego melodie, trudno o nich zapomnieć. Zwłaszcza, że – mniej, lub bardziej świadomi jej autorstwa – Kołysankę Komedy, skomponowaną do filmu Romana Polańskiego, Dziecko Rosemary, słyszeli i zapamiętali chyba wszyscy.

Komeda na fortepianie zaczął grać w wieku czterech lat dzięki matce, która wykryła u chłopca zainteresowanie i dryg do muzyki. Decyzja ta okazała się nie być wyłącznie pomysłem nadopiekuńczej rodzicielki, bo już w 1939 roku został przyjęty do konserwatorium poznańskiego (obecna Akademia Muzyczna) i jako zaledwie ośmioletni chłopiec zyskał miano studenta zdolnego zagrać mazurki i polonezy Chopina. Niebawem jednak wybuchła wojna, która, jak twierdzą niektórzy, pokrzyżowała plany Trzcińskich i uniemożliwiła rozwój następcy wielkiego wirtuoza. Komeda wraz z rodziną z Poznania przeniósł się do spokojniejszej podówczas Częstochowy, gdzie wciąż uczęszczał na lekcje muzyki, tym razem jednak prywatnie i zdecydowanie rzadziej, co rzekomo miało mu uniemożliwić doskonalenie techniki i nabytego warsztatu. Zdaje się jednak, że jazz był w muzyku od samego początku i po prostu nie dane mu było stać się mistrzem muzyki klasycznej. Już jako nastolatek nieświadomie synkopował ćwiczone melodie, szukając zawsze swojego sposobu grania, także w dorosłym życiu nieustannie dążąc do czegoś więcej.

W muzyce Komedy kryje się jednak znacznie więcej, aniżeli wyłącznie nowatorstwo i świeżość. Przysłuchując się za każdym razem utworom z Crazy Girl czy Matni odnoszę wyraźne wrażenie, że charakteryzuje je trudna do określenia cecha, coś na kształt bardzo polskiego rodzaju liryzmu. Trzciński w bardzo dotkliwy, różnorodny, ale przede wszystkim wiarygodny sposób potrafił opowiadać o radości, smutku, rozczarowaniu, ekstazie czy pustce. To właśnie niezwykła czułość na emocje i zdolność przekształcania obrazów w dźwięki sprawiła, że Komeda zaczął komponować muzykę filmową. Stworzył soundtracki do 65 filmów, w tym do Noża w wodzie, Dziecka Rosemary, Wyroku, Do widzenia, do jutra oraz Niewinnych Czarodziejów, gdzie pojawił się również na ekranie jako on sam. Niepozorny, rudawy i małomówny mężczyzna, wieczny chłopiec, za sprawą tych właśnie dzieł zyskał największą popularność, od 1960 roku zjednując sobie Europę. Wraz ze swoim sextetem pojawiał się na kolejnych zagranicznych festiwalach, a jego standardy jazzowe grane były przez największych. W 1968 roku trafił ostatecznie do fabryki snów w Los Angeles, gdzie komponował muzykę do Dziecka Rosemary Polańskiego i The Riot Kulika. Bajka nie trwała jednak długo, bo właśnie tam historia muzyka dobiegła końca. Pod koniec 1968 roku podczas spaceru z przyjacielem Markiem Hłaską, w wyniku żartobliwej przepychanki doznał poważnego urazu w głowę. Ze stwierdzonym krwiakiem mózgu, sprowadzony przez żonę do Polski, w kwietniu 1969 zmarł w warszawskim szpitalu.

Przez karty życia Komedy na zmianę przewijały się wątki tragiczne i komiczne. Mimo kolejnych sukcesów, twórcy towarzyszył niepokój, że to co gra, nie jest wystarczająco oryginalne. Miał obsesję na tym punkcie i po stworzeniu każdego nowego utworu pytał żonę Zofię, czy przypadkiem już tego gdzieś nie słyszała. Ciągnął się za nim również pozorny cień straconego podczas wojny czasu. Z drugiej znów strony, Komeda pewnie na zawsze zapadłby w pamięć jako Trzciński, a wielcy w Hollywood łamaliby sobie języki w próbach wymówienia jego nazwiska, gdyby nie pewne zabawna hidtoria z dzieciństwa samego muzyka. Mały Krzyś, podczas zabawy w wojnę, jedną ze ścian opatrzył dumnym napisem komęda. Koledzy nie tylko wyśmiali kumpla za błąd ortograficzny, ale jeszcze do tego ukradli ogonek od ę. Przez zwykły fajrant jazzman otrzymał przydomek do końca służący mu za pseudonim artystyczny.

23 kwietnia wypada rocznica śmierci Krzysztofa Trzcińskiego, za dwa dni zaś jego urodziny. W te dni muzyka Komedy wraca do mnie szczególnie. Zastanawiam się wtedy, co właściwie jest w jego twórczości tak wyjątkowego i tak głęboko zapadającego w pamięć? Dzięki czemu w jednym momencie zyskał pogłos na całym świecie, docierając aż do fabryki snów, a dziś przemyka jedynie czasem we wspomnieniach entuzjastów jazzu? Czy historie charyzmatycznych artystów zawsze muszą kończyć się tragicznie, abyśmy mogli zbudować z nich pomniki? I w końcu – o jakich emocjach ten księżycowy, wieczny chłopiec opowiadałby dziś, gdyby żył?

Jak zawsze oprócz pytań, pozostaje tylko muzyka. W przypadku Krzysztofa Komedy – aż.

Alicja Cieloch

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.