Niegroźny jad pajęczaków

Scorpions – Return to Forever (2015) Sony Music

Rockowe wygi dręczą ostatnimi czasy swoich wielbicieli zabawą w odejścia i powroty. Ostatecznie nic tak nie podsyca zainteresowania dinozaurem jak nowe odkrycie na jego temat. Podobną taktykę postanowili przyjąć działający równo od pół wieku (!) Scorpionsi, którzy pięć lat temu wydali album anonsowany jako ostatni. Naiwny jednak byłby ten, który uwierzyłby w to pożegnanie, w końcu dobrze znamy takie zabiegi, choćby od zespołu Pink Floyd, który w zeszłym roku zaserwował fanom odgrzewany kotlet (nazwany jednak albumem nowym). I właściwie osiągnął podobny efekt, bo Return to Forever nie powala na kolana.

 

Pamiętam moje pierwsze świadome zderzenie z grupą Scorpions. Wind of Change było mi dobrze znane, choć niekoniecznie je lubiłam – grane w niemal każdej stacji radiowej po prostu się przejadło. Dlatego znacznie bardziej przypadły mi do gustu szybsze, znajdujące się na nieznanych mi wtedy muzycznych lądach utwory z albumu Love at First Sting (1984). To była miłość od pierwszej sekundy (Bad Boys Running Wild), a kolejne kawałki (Rock You Like a Hurricane, I’m Leaving You) w tym uczuciu mnie umocniły. W moich oczach Scorpionsi byli bestiami, którzy pożerali na śniadanie podobne im zespoły (choć przyznaję, że moja wiedza na temat heavy metalu raczkowała). Sentyment jednak pozostał. W 1972 roku Klaus Meine, Rudolf Schenker, Michael Schenker, Lothar Heimberg, Wolfgang Dziony i Conny Plank byli młodzi i właśnie wydawali swój debiutancki album Lonesome Crow – genialne połączenie szaleństwa, mocnych gitarowych solówek i parnego, ciężkiego klimatu. Właściwie nigdy nie udało im się przeskoczyć tak wysoko postawionej poprzeczki, ale utrzymali miano porządnej heavymetalowej kapeli. Czterdzieści trzy lata później z ówczesnego składu ostali się tylko dwaj pierwsi członkowie, za to w 2004 roku oficjalnie pojawił się w nim polski akcent – grający na basie Paweł Mąciwoda.

Return to Forever pod względem instrumentalnym to wciąż ogień, jaki płonął na poprzednich albumach. Rock My Car czy Rock’n’Roll Band są dynamiczne, gitary i perkusja brzmią jak na heavy metal przystało, gdzieniegdzie można nawet usłyszeć specyficzny smutek towarzyszący muzyce naszych sąsiadów. Szkoda tylko, że ta iskra jest zbyt słaba, by wzniecić ogromny pożar. Pięćdziesiąt lat robi swoje, co w przypadku niemieckiej grupy niestety da się usłyszeć. W głosie Klausa Meine brakuje zapału – brzmi poprawnie, ale nie porywa. Otwierające album Going Out with a Bang powinno stanowić zapłon dla niespełna pięćdziesięciominutowego materiału. Tymczasem brzmi jak ciąg dalszy rozpoczętej kiedyś melodii, choć nie sposób doszukać się owego początku. Nie można mówić o niewypale, ale takiej introdukcji daleko do spektakularnego słuchowiska. Pierwsze wrażenie to klapa; ale to Scorpionsi, warto dać im szansę. I rzeczywiście, sytuacja zmienia się wraz z kolejnymi piosenkami – rozkręcanie się to zresztą wyraźna cecha Return to Forever. Dlatego też w ucho wpada przedostatni, skoczny utwór, The Scratch. Odżywa w nim nawet Meine, który łapie bakcyla minionych lat.

O ile nie można odmówić grupie pazura w utworach szybkich, zwłaszcza jeśli chodzi o skomponowaną muzykę, tak z balladami jest nieco gorzej. Szkoda, bo zawsze były mocnym punktem na ich albumach. Na hasło Scorpions w głowach większości osób automatycznie zagra pełne dramatyzmu Still Loving You albo wspomniane już Wind of Change. Za to w przypadku House of Cards lub Eye of the Storm jest smętnie i nijako. Znowu brak autentyczności, jakby Klaus śpiewał tekst, który pierwszy raz ujrzał na oczy. I gdzie są te zapierające dech w piersiach solówki, przy których coś w człowieku pękało? Z wolniejszych kawałków broni się jedynie Gypsy Life, w którym brzmią echa czasów dawnej świetności.

Problem z najnowszymi dokonaniami Scorpionsów polega na tym, że płyta, która powinna stanowić podsumowanie dotychczasowego, świetnego dorobku, zamiast zmiażdżyć, wzruszyć, wywołać po prostu jakiekolwiek emocje, po odsłuchaniu ląduje na półce, żeby się na niej zakurzyć. Może to kwestia składu, który przez lata uległ znacznej zmianie, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by panowie opracowali nową, lecz wciąż doskonałą jakość. W końcu zespół zdążył pokazać, że potrafi wykrzesać z siebie pokaźną dawkę wigoru. Fani tym wydawnictwem z pewnością się nie rozczarują. Inna sprawa, że fani zazwyczaj wiele wybaczają. Pozostaje jedynie wierzyć, że Return to Forever nie będzie wieńczącym dyskografię albumem Scorpionsów i przed nimi wciąż ten godny podsumowania kariery.

Paulina Kurek

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.