Oparte na faktach nieautentycznych

Jak wiadomo, hipster też człowiek i od czasu do czasu chciałby zaprosić do siebie koleżankę ze studiów. Jaki zaś lepszy pretekst do wyciemnienia pokoju i cielesnej bliskości niż wspólne oglądanie horrorów? Tylko jak tu z twarzą zaproponować seans Piły, gdy koleżanka gustuje raczej w sundance’owym indie niż w hollywoodzkich produkcyjniakach? Nic prostszego – wystarczy zaprosić ją na Lake Mungo.

 

Australijskie Lake Mungo to jednocześnie horror o duchach i tzw. mockument, czyli film, który udaje dokument, choć wszyscy wiedzą (albo i nie), że jest stuprocentową fikcją. Wydany w 2008 roku, nigdy nie uzyskał rozgłosu i od tego czasu niesłusznie kurzy się na półkach i twardych dyskach fanów egzotycznych horrorów lub po prostu dziwaków pasjonujących się nieznanymi i nietypowymi filmami (przy czym niżej podpisany zalicza się do obu grup jednocześnie). Jednak aura niezwykłości otaczająca australijską produkcję nie jest jedynym ani nawet najważniejszym powodem, dla którego film ten zwraca wybredną uwagę konesera filmów grozy. Najważniejszy powód jest zabójczo prosty – Lake Mungo straszy. Bardzo.

Fabuła filmu jest żywcem wyjęta z podręcznika dla scenarzystów kupionego na pchlim targu za kilka groszy, żeby mieć co podłożyć pod kiwające się biurko. Oto nastoletnia Alice Palmer tonie w czasie rodzinnego wyjazdu (nie nad tytułowe Jezioro Mungo, o dziwo). Oczywiście filmowe postacie śmierć często lekce sobie ważą – i tak też postępuje Alice. Zamiast spocząć na wieki zaczyna przesuwać meble w rodzinnym domu, ku przerażeniu wszystkich mieszkańców. Szybko okaże się zresztą, że fakt, iż dziewczyna lubi płatać niewybredne figle, to nie jedyna tajemnica, którą rodzice Alice poznają już po jej śmierci.

Choć taki opis nie brzmi porywająco i przywodzi na myśl setki innych filmów o podobnej fabule, nie o oryginalność tutaj chodzi, ale o skuteczność. Prościutka historia o duchach stanowi oś wydarzeń, które dzięki reżyserskiemu wyczuciu debiutującego Joela Andersona szarpią wszystkie struny, które powinien szarpać wzorowy (co wcale nie znaczy idealny) horror. Akcja toczy się ślimaczym tempem, ale napięcie budowane jest metodycznie i w swoim czasie osiąga rozmiary niespotykane, przepoczwarzając się w coś, co z niewiadomego powodu wszyscy tak uwielbiamy – strach. Autentyczny strach – cel wszystkich filmów grozy, nieosiągalny dla ogromnej większości.

Gdyby ktoś próbował odpowiedzieć na pytanie o to, co sprawia, że Lake Mungo jest tak przerażający, skazałby się na lata bezowocnej pracy. Z pewnością jednak każdy podejmujący się tego zadania musiałby zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Przede wszystkim film ten nie stara się wystraszyć głośnymi dźwiękami czy potworami wskakującymi nagle w kadr. Nie próbuje też przerażać obrazami krwi, flaków, które straszą raczej awaryjną wizytą w toalecie niż wizją autentycznego zagrożenia. Mówiąc prościej, Lake Mungo niemal programowo pomija wszystkie (no, nie do końca…) tradycyjne sztuczki z repertuaru hollywoodzkiego twórcy horrorów.

Co dostajemy w zamian? Dokument! Forma filmu to druga rzecz, która stanowczo wyróżnia go na tle innych obrazów gatunku. Czemu twórcy zdecydowali się na taki ruch? Z tego samego powodu, dla którego przed każdym nowym horrorem widnieje plansza z napisem uroczyście obwieszczającym, że wszystko, co będzie działo się przez następne dwie godziny, jest oparte na faktach. Różnica polega na tym, że podczas każdego innego filmu szybko zapominamy o napisie, którego może nawet nie zauważyliśmy, dyskutując wciąż ze znajomym o zwiastunie, który puścili przed sekundą. W przypadku Lake Mungo fakt, że oglądasz dokument, bez przerwy podsuwa ci myśl, że to wszystko mogło się zdarzyć naprawdę. Wiesz, że tak nie jest – to jasne. Pamiętasz o tym, więc się nie boisz – za wyjątkiem chwil, gdy przestajesz powtarzać sobie, że to fikcja i dajesz się ponieść filmowej iluzji.

Dzieło Andersona adaptuje jedną z klisz gatunku, mianowicie found footage. Okazuje się, że brat Alice jest zapalonym fotografem i aspirującym filmowcem. Postanawia nagrywać tajemnicze zdarzenia, by udowodnić, że faktycznie są one dziełem jego siostry. Materiał ten posłuży oczywiście jako lwia część dokumentu; nie trzeba też dodawać, że właśnie te nagrania będą najintensywniejszymi momentami filmu. Choć nazwałem found footage kliszą, do formatu Lake Mungo sekwencje tego typu idealnie pasują. Są wyjątkowo proste i minimalistyczne, co pozwala uwierzyć, że są dziełem amatora, a jednocześnie nadają filmowi grobowe tempo ducha snującego się ciemnymi korytarzami. Nagrania straszą raczej tym, czego na nich nie widać – nie raz będziesz się zastanawiać, czy to coś w rogu ekranu jest doniczką czy twarzą upiora. Gdy nagrania brata Alice będą pojawiać się na ekranie, zaczniesz mimowolnie kulić się w fotelu, a odetchniesz z ulgą dopiero, gdy się skończą. Jednak nie na długo.

Lake Mungo to horror w niecodziennej formie, której skuteczność każe zadać sobie pytanie, czy horrory nie powinny być w domyśle przedstawiane jako filmy dokumentalne. Oczywiście gdyby film odniósł większy sukces finansowy, przeżywalibyśmy właśnie zalew mniej lub bardziej podobnych do siebie straszących mockumentów, co zresztą wkrótce może się zdarzyć – obraz oczekuje właśnie na swój amerykański remake. My nie czekamy.

Mateusz Podlasin

Lake Mungo

reżyseria: Joel Anderson

premiera: 18 czerwca 2008 (świat)

produkcja: Australia

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.