Mogłoby się wydawać, że członkowie Fuck For Forest to spadkobiercy idei hipisowskich dzieci kwiatów. Rewolucja seksualna, ideologia ekologiczna, życie w komunach i bunt przeciwko wszechobecnemu konsumpcjonizmowi – brzmi znajomo, prawda? Michał Marczak, mimo widocznej sympatii dla bohaterów swojego filmu, odczarowuje jednak wykreowany przez nich samych i media obraz zgorszenia i nadchodzącej rewolucji. Kontestacja w wydaniu FFF przybiera formę autoterapii, która ma na celu zwalczyć zagubienie, brak akceptacji i samotność jej członków.

 

Założycielami tej organizacji ekologicznej o chwytliwej nazwie są Norwedzy – Leona Johansson i Tommy Hol Ellingsen. Ona uwielbia drzewa i nie rozumie, dlaczego ludzie zrywają kwiaty, aby pozwolić im zwiędnąć; on, jak sam mówi, lubi się po prostu pieprzyć. Kiedy się spotkali, wiedzieli co zrobią. Tak w dużym skrócie powstało Fuck For Forest, którego członkowie gromadzą pieniądze na ratowanie przyrody, sprzedając amatorskie filmy porno (najczęściej z własnym udziałem) w Internecie.

Michałowi Marczakowi udało się wniknąć do tej grupy zapaleńców z kamerą. Z pozycji obserwatora rejestruje ich mieszkanie, miejsca spotkań i samą działalność. Na szczęście unika epatowania pornografią, która jest podstawą funkcjonowania grupy. Interesuje go przede wszystkim moment przed i po, a nie sam stosunek. Próbuje odkryć, co kieruje ludźmi, którzy dla ratowania natury sprzedają własną intymność. Chodzi o cel czy raczej środki, którymi mają go osiągnąć? Ile w tym misji, a ile perwersji? Reżyser nie odpowiada jednoznacznie na te pytania, nie ocenia, a z życzliwością i cierpliwością dokumentalisty prezentuje tak zjawisko, jak i jednostki je tworzące. Marczak zrobił dobry dokument, a w nagrodę życie napisało mu świetną puentę.

W świat FFF wprowadza nas Danny – przyciągający uwagę ale zagubiony cherubinek o mentalności dziecka, dzięki któremu poznajemy pozostałych pornoaktywistów. Roztrzęsiona kamera podąża za grupą kolorowych nagusów, oddając ich niepoukładany świat na lekkim haju. Wśród tych młodych ludzi widać zapał i chęć do walki o ochronę przyrody i wolną miłość. Wydaje się, że organizacja ma plan i działa konsekwentnie (400 tys. euro na koncie robi wrażenie). Choć to kontrowersyjny pomysł na ratowanie planety, idea jest warta uwagi. Szybko jednak okazuje się, że FFF mogłaby walczyć o cokolwiek, a chaos panujący wewnątrz organizacji nie należy do tych spod znaku konstruktywnych. Mieszkanie założycieli grupy jest schronieniem dla życiowych rozbitków, którzy szukają dopiero własnej drogi. Kubłem zimnej wody dla aktywistów, ale i widzów okazuje się wyprawa do Amazonii. Grupa jedzie tam z entuzjazmem, pieniędzmi i w myśl Louisa-Ferdinanda Céline’a, który pisał: Dzień to powinien być jeden długi wzwód, nieziemska rozkosz, przymusowa lub dobrowolna. FFF próbuje łączyć hedonizm z przeciwstawnym humanizmem, chce pomóc, ale nie rozumie potrzeb biednych i bezrobotnych mieszkańców amazońskich lasów. Ci ludzie potrzebują pracy, szkół, szpitali, a nie seksualnego wyzwolenia. Górnolotne i piękne hasła nijak mają się do oczekiwań Indian.

Z tego czołowego zderzenia cywilizowanej Europy i biednych plemion Ameryki Pd. członkowie FFF nie wychodzą cało. Misja, która ich połączyła, nie okazała się trwałym spoiwem. Z seksualno-wyzwoleńczego marszu członków FFF pozostały idealistyczne hasła i puste frazesy, a ekologiczna erekcja poszła w las.

Milena Ryćkowska

„Fuck for Forest„

reżyseria: Michał Marczak

premiera: 13 października 2012 (świat), 23 listopada 2012 (Polska)

produkcja: Niemcy, Polska

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *